— Wiesz, ile wysiłku kosztowało mnie zarządzanie tą firmą? Ile kontraktów zdobyłem? Ile osób musiałem przekonać, żeby traktowali nas poważnie?

— Wiem. Pamiętam też, kto przez lata finansował rozwój przedsiębiorstwa i kto odpowiadał za jego zobowiązania. Jeśli masz dowody, że ktoś popełnił błąd, przekaż je audytorom.

— Nie będę rozmawiał z ludźmi, których zatrudniłaś po to, żeby mnie pogrążyć.

— To ty podpisywałeś dokumenty, które teraz sprawdzają.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Przez moment myślałam, że się rozłączy.

— Nie rozumiesz, co zrobiłaś — powiedział w końcu. — Jeśli mnie usuniesz, matka nie odpuści.

— Nie chodzi już o to, czego chce twoja matka.

— Zawsze chodziło o nią, Marta. Nawet kiedy nie chciałaś tego widzieć.

Te słowa zabrzmiały inaczej, niż się spodziewałam. Nie jak groźba, ale jak coś, co wymknęło mu się mimo woli. Zanim zdążyłam zapytać, co ma na myśli, zakończył połączenie.

Przez dłuższą chwilę trzymałam telefon przy uchu.

Czy Adrian naprawdę obawiał się matki? Czy ich współpraca miała charakter bardziej skomplikowany niż wspólny interes? A może próbował przerzucić odpowiedzialność na Helenę, ponieważ zdał sobie sprawę, że nie zdoła już kontrolować sytuacji?

Nie znałam odpowiedzi.

Tego samego dnia wieczorem pod siedzibę firmy podjechał samochód Heleny. Nie weszła do budynku. Zatrzymała się przy bramie i czekała, aż ktoś z ochrony powiadomi mnie o jej obecności. Kiedy wyszłam do holu, stała z rękami splecionymi przed sobą, jakby przyszła na spotkanie z urzędnikiem, którego zamierzała zmusić do ustępstwa.

— Musimy porozmawiać — powiedziała.

— Nie mamy o czym.

— Nie bądź dziecinna. To sprawa rodzinna.

— Jeśli dotyczy dokumentów firmy, rozmawiaj z prawniczką.

Jej uśmiech stwardniał.

— Zniszczyłaś życie mojego syna. Najpierw wyrzuciłaś go z własnego domu, potem pozbawiłaś pracy, a teraz rozpowiadasz, że jest złodziejem.

— Nie rozpowiadam niczego. Zleciłam niezależny audyt.

— Znam takie audyty. Najpierw wybiera się ludzi, którzy mają znaleźć winnego, potem płaci im się za odpowiedni raport.

— Jeśli dokumenty są prawidłowe, audyt to potwierdzi.

Przez chwilę patrzyła na mnie bez słowa.

— Twój ojciec też tak mówił — rzuciła w końcu.

Zamarłam.

— Co powiedziałaś?

Helena jakby dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że zdradziła więcej, niż zamierzała. Poprawiła torebkę i skierowała się do wyjścia.

— Nic, co miałoby teraz znaczenie.

— Nie odchodź. Co wiesz o moim ojcu?

Nie odwróciła się.

— Powinnaś uważać, z kim rozmawiasz, Marto. Nie wszyscy, którzy oferują ci pomoc, chcą twojego dobra.

Po tych słowach wyszła z budynku.

Jej reakcja była zbyt gwałtowna, bym mogła ją zignorować. Wiedziałam już, że znała sprawy przedsiębiorstwa na poziomie wykraczającym poza zwykłą ciekawość matki prezesa. Znała również mojego ojca. Nie potrafiłam jednak pojąć, dlaczego nagle wciągnęła go do rozmowy o dokumentach powstałych po jego śmierci.

Wróciłam do biura i poprosiłam Pawła, by pomógł mi odtworzyć historię Błękitnej Linii od momentu jej rejestracji.

Przez weekend analizowaliśmy stare umowy, korespondencję i dokumentację nieruchomości. Odkryliśmy, że Helena była związana z firmą konsultingową jeszcze przed moim małżeństwem z Adrianem, choć jej nazwisko nigdy nie pojawiało się w oficjalnych dokumentach. W pierwszych latach działalność spółki była marginalna. Później zaczęła świadczyć usługi doradcze na rzecz dostawców Medivity. Kiedy Adrian został prezesem, Błękitna Linia otrzymała bezpośredni dostęp do części kontraktów.

Z każdym kolejnym dokumentem coraz bardziej oczywiste stawało się, że nie chodziło o przypadkowe nieprawidłowości.

Ale wciąż brakowało nam jednego elementu: dowodu, że Helena osobiście kierowała operacją.

W poniedziałek rano Paweł przyniósł do biura starą teczkę, którą odnalazł w archiwum papierowym. Nie była opisana nazwą Błękitnej Linii, lecz numerem jednego z kontraktów z pierwszych lat działalności firmy. W środku znajdowały się protokoły spotkań i korespondencja z kancelarią prawną. Na jednej ze stron mój ojciec zanotował, że proponowany sposób przeniesienia nieruchomości „nie zapewnia ochrony przedsiębiorstwa przed roszczeniami podmiotu zewnętrznego”.

Pod spodem znajdowała się data sprzed jego śmierci.

To oznaczało, że zauważył zagrożenie na długo przed tym, zanim Adrian został prezesem.

— Dlaczego wcześniej tego nie widzieliśmy? — zapytałam.

— Dokument znajdował się w teczce kontraktu, który uznawaliśmy za niezwiązany z obecną sprawą. Dopiero nazwa kancelarii wskazała nam połączenie.

Paweł podał mi kolejną stronę. Była to lista osób uczestniczących w spotkaniu, na którym omawiano plan reorganizacji części aktywów Medivity.

Na liście widniało nazwisko Heleny Radeckiej.

Nie jako członkini zarządu ani pracowniczki, lecz jako przedstawicielki zewnętrznego podmiotu.

Przy jej nazwisku mój ojciec dopisał jedno zdanie:

„Nie zgadzać się na przekazanie kontroli osobom, które nie ponoszą odpowiedzialności za produkcję”.

Wtedy zrozumiałam, dlaczego Helena tak gwałtownie zareagowała, gdy wspomniałam o audycie. Nie chodziło tylko o pieniądze. Nie zaczęła swoich działań wraz z objęciem stanowiska przez Adriana. Jej powiązania z próbą przejęcia aktywów przedsiębiorstwa sięgały czasów, gdy mój ojciec wciąż żył.

Jednak nadal nie znałam całej historii. Nie wiedziałam, dlaczego ojciec nie zdecydował się podjąć zdecydowanych działań ani jaką rolę odegrały w tym późniejsze wydarzenia.

Paweł przyjrzał się dokumentom.