— Mamo, to były luźne plany.
— Kiedy zaczęliście je robić?
Cisza.
— Adam.
— W sierpniu.
Henryk żył jeszcze trzy miesiące.
Zrobiło mi się niedobrze.
— Twój ojciec umierał.
— Wiem.
— A wy w sierpniu planowaliście sprzedać nasz dom.
— Nie tak to wyglądało!
— Jak?
— Tata sam mówił, że nie wiadomo, jak długo pociągnie.
Zamarłam.
— Co powiedziałeś?
Adam zorientował się natychmiast.
— Źle to zabrzmiało.
— Powtórz.
— Nie chciałem…
— Twój ojciec mówił, że nie wiadomo, jak długo pociągnie, więc uznałeś, że można już wyceniać dom?
— Mamo, do cholery, próbowałem myśleć praktycznie!
Rozłączyłam się.
Tego dnia nie zeszłam na kolację.
Nazajutrz przyszła wiadomość od Klaudii.
Nie agresywna.
„Czy możemy porozmawiać bez Adama?”
Zastanawiałam się pół godziny.
Zgodziłam się.
Zadzwoniła.
Jej głos brzmiał inaczej niż zwykle.
Nie było w nim tej charakterystycznej pewności.
— Pani Tereso… wiem, że mnie pani nienawidzi.
— Nie nienawidzę cię.
— To gorzej.
— Nie wiem, co czuję.
Przez chwilę obie milczałyśmy.
— Te pierwsze przelewy zrobiłam bez wiedzy Adama — powiedziała.
— Domyśliłam się.
— Miałam oddać.
— Wszyscy powtarzacie to samo.
— Bo tak było.
— Klaudia, z czego?
Cisza.
— Nie wiem.
Po raz pierwszy usłyszałam od niej uczciwą odpowiedź.
— Bałam się — powiedziała po chwili. — Studio zaczęło tonąć. Zatrudniłam dziewczynę, wzięłam sprzęt w leasing, zrobiłam remont. Potem klientek było mniej. Wzięłam jedną pożyczkę, żeby spłacić drugą. Potem kolejną.
— Dlaczego nie powiedziałaś Adamowi?
— Bo całe małżeństwo słyszałam, że to jego rodzina jest rozsądna finansowo, a ja jestem tą „rozrzutną”.
To brzmiało jak zdanie powtarzane wiele razy.
— Henryk tak mówił?
— Nie wprost.
— Ja?
— Pani też nie wprost.
Zabolało.
Nie wiedziałam, czy miała rację.
Może czasami miała.
Klaudia kontynuowała:
— Chciałam wszystkim udowodnić, że potrafię prowadzić firmę. Że nie jestem dziewczyną, która tylko dobrze wygląda i wydaje pieniądze męża.
— Więc wzięłaś nasze.
— Tak.
Nie usprawiedliwiała się.
Po prostu powiedziała „tak”.
To było bardziej ludzkie niż wszystkie tłumaczenia Adama.
— Jak dostałaś dostęp?
— Adam miał kody.
— Dał ci je?
— Nie wtedy. Znałam hasło do jego telefonu. Dostęp był zapisany.
— Czyli wzięłaś pieniądze bez wiedzy kogokolwiek z nas.
— Tak.
— A później?
— Adam zobaczył historię.
— W maju.
— Tak.
— I co zrobił?
Długo nie odpowiadała.
— Najpierw chciał odejść.
Tego się nie spodziewałam.
— Od ciebie?
— Tak. Spakował torbę.
— Dlaczego nie odszedł?
— Maja się obudziła. Zaczęła płakać. Potem ja dostałam ataku paniki. Powiedziałam mu, ile naprawdę mamy długu.
— I został.
— Został.
— A następne przelewy?
Głos Klaudii stał się prawie szeptem.
— Były już za jego wiedzą.
A więc Henryk miał rację.
Adam nie tylko osłaniał żonę po fakcie.
Później uczestniczył w tym świadomie.
— Kto wymyślił sprzedaż domu?
— Adam.
Oparłam głowę o ścianę.
— Jesteś pewna?
— Tak.
— Mówił, że to wspólny pomysł.
— Nie.
— A ty się zgodziłaś.
— Tak.
— Dlaczego?
Klaudia zaśmiała się gorzko.
— Bo tonęłam, pani Tereso. Jak ktoś tonie, łapie wszystko.
— Nawet cudzy dom.
— Nawet.
Nie lubiłam jej.
Nie ufałam jej.
Ale po raz pierwszy od lat rozumiałam ją odrobinę lepiej.
To nie znaczyło, że jej wybaczałam.
Rozumienie nie jest uniewinnieniem.
— Dlaczego mi to mówisz?
— Bo Adam robi ze mnie jedyną winną.
To również nie było zaskoczeniem.
— Co się stało?
— Powiedział wczoraj, że gdybym nie narobiła długów, nie musiałby kombinować z pani domem.
— A ty?
— Powiedziałam, że gdyby nie chciał żyć ponad stan, nie kupowalibyśmy wszystkiego na kredyt.
— I?
— Pokłóciliśmy się.
W tle usłyszałam drzwi.
Klaudia ściszyła głos.
— Pani Tereso, jest jeszcze coś.
— Co?
— Adam nie powiedział pani prawdziwego powodu, dla którego tak zależało mu na sprzedaży domu.
Serce zabiło mocniej.
— Jakiego?
— Kiedy pani wyjechała, dostał wezwanie z banku.
— W jakiej sprawie?
— Poręczenia.
— Jakiego poręczenia?
Klaudia nie zdążyła odpowiedzieć.
Usłyszałam głos Adama:
— Z kim rozmawiasz?
Połączenie się urwało.
Przez resztę dnia próbowałam dodzwonić się do niej trzy razy.
Nie odbierała.
Napisałam do Adama.
„Jakie poręczenie?”
Nie odpowiedział.
Wieczorem dostałam wiadomość od Jadzi.
„Teresa, był tu jakiś człowiek. Pytał o Henryka i o ciebie. Zostawił wizytówkę”.
Na zdjęciu znajdowało się logo firmy pośrednictwa finansowego.
Nie znałam nazwy.
Zadzwoniłam następnego dnia.
Mężczyzna przedstawił się jako Tomasz Kurek.
Po podaniu przeze mnie danych zamilkł.
— Pani nie wie?
— Czego?
— Pani mąż kontaktował się z nami w sierpniu w sprawie podpisu na jednym z dokumentów.
— Jakiego podpisu?
— Zgody na zabezpieczenie pożyczki.
Poczułam, jak robi mi się zimno.
— Jakiej pożyczki?
— Firmowej pani Klaudii.
— Czy nasz dom był zabezpieczeniem?
— Nie. Do tego nie doszło.
Odetchnęłam.
— Więc co było zabezpieczeniem?
— Polisa inwestycyjna pana Henryka.
O polisie wiedziałam.
Niewielkiej.
Henryk wpłacał tam pieniądze przez kilkanaście lat.