Po chwili przyznała, że dwa tygodnie wcześniej kontaktował się z nimi mój syn. Mówił, że po śmierci ojca chcemy „uporządkować sprawy rodzinne”, a ja prawdopodobnie przeniosę się do niego.
— Czy wyraziłam zgodę na sprzedaż?
— Nie mamy żadnej umowy podpisanej przez panią — odpowiedziała szybko. — To była tylko wstępna rozmowa.
Podziękowałam i się rozłączyłam.
Wtedy przypomniałam sobie coś.
Trzy dni przed śmiercią Henryk próbował mi powiedzieć, gdzie schował dokumenty. Nie miał już siły. Powtarzał tylko:
— Dolna… szuflada. Jak Adam zapyta o dom…
Nie zrozumiałam go.
A potem morfina zrobiła swoje.
Poszłam do gabinetu.
Dolna szuflada biurka była zamknięta.
Kluczyk znalazłam w pudełku po jego starym zegarku.
W środku leżała brązowa koperta.
Na niej jedno zdanie napisane ręką Henryka:
„Teresko, jeśli to czytasz, znaczy, że jednak miałem rację. Najpierw sprawdź przelewy. Potem zdecyduj, co zrobić z naszym synem”.
Otworzyłam kopertę.
Wypadły z niej wydruki bankowe.
Żółtym zakreślaczem zaznaczono dwanaście przelewów.
Łącznie siedemdziesiąt dwa tysiące złotych.
Wszystkie wyszły z naszego wspólnego konta w czasie, kiedy Henryk był już ciężko chory.
Wszystkie zostały zatwierdzone przez dostęp, który kiedyś daliśmy Adamowi, żeby pomagał nam opłacać rachunki.
Ale tylko cztery trafiły na jego konto.
Pozostałe osiem miało innego odbiorcę.
„Studio Urody K. Nowak”.
Firmę Klaudii.
Pod ostatnim przelewem Henryk dopisał:
„Adam twierdzi, że nic o tym nie wie”.
A niżej:
„Nie wierzę mu”.
CZĘŚĆ 3
Usiadłam przy biurku Henryka i patrzyłam na te kartki, dopóki cyfry nie zaczęły mi się rozmazywać.
Siedemdziesiąt dwa tysiące.
Nie była to suma, która robiłaby z człowieka milionera. Ale dla nas oznaczała bardzo dużo.
Były tam pieniądze, które odkładaliśmy na wymianę dachu. Część naszej poduszki finansowej. Pieniądze na prywatne wizyty Henryka. Kilkanaście tysięcy, których brak zauważyłam, ale byłam wtedy tak skupiona na jego chorobie, że przyjęłam wyjaśnienie Adama bez zastanowienia.
„Tato pewnie poprzenosił środki”.
„Bank coś księguje z opóźnieniem”.
„Mamo, nie zawracaj sobie teraz tym głowy”.
Przypomniałam sobie wszystkie te zdania.
Kiedy ktoś całe życie jest uczciwy, długo nie przychodzi mu do głowy, że członek jego własnej rodziny może kłamać prosto w oczy.
Zaczęłam wyjmować resztę dokumentów.
Pod wyciągami bankowymi znajdowała się mała kartka z numerem telefonu i imieniem.
„Marek Rosiński — księgowy Klaudii”.
Pod nią Henryk napisał:
„Wie więcej”.
Dalej leżała kopia umowy pożyczki sprzed czterech lat.
Nasza pożyczka dla Adama.
Sto dwadzieścia tysięcy złotych na wkład własny do mieszkania.
Pamiętałam ją doskonale.
Adam miał oddawać po tysiąc pięćset złotych miesięcznie, kiedy stanie na nogi. Przez pierwszy rok wpłacił sześć rat. Potem przyszła ciąża Klaudii, narodziny Mai, problemy w pracy i ciąg kolejnych powodów, dla których nie powinniśmy być „małostkowi”.
Henryk nigdy więcej nie upomniał się o pieniądze.
Ja też nie.
Na odwrocie umowy znalazłam świeżą notatkę męża.
„Nie chodzi mi już o zwrot. Chodzi o to, że oni są przekonani, że wszystko im się należy”.
Zamknęłam oczy.
Jakby siedział obok.
Jakby mówił to swoim zachrypniętym głosem.
Telefon zawibrował.
Adam.
Nie odebrałam.
Po chwili przyszła wiadomość.
„Mamo, królik ma taką niebieską szczotkę. Klaudia mówi, żebyś go dziś wyczesała”.
Patrzyłam na ekran i nagle parsknęłam śmiechem.
Pierwszy raz od pogrzebu.
Był to krótki, prawie obcy dźwięk.
Mój mąż leżał od tygodnia na cmentarzu. W szufladzie miałam dowody, że ktoś wyprowadzał pieniądze z naszego konta. Mój dom był wyceniany za moimi plecami.
A mój czterdziestoletni syn przypominał mi o czesaniu królika.
Napisałam tylko:
„Dobrze”.
Potem wyłączyłam telefon.
Nie po to, żeby ich ukarać.
Potrzebowałam kilku godzin, podczas których nikt nie będzie mi tłumaczył, co powinnam czuć.
O dwudziestej przyjechała pani Ania z córką. Zabrały zwierzęta razem z karmą, żwirkiem i instrukcją Klaudii.
— Ile pani wyjeżdża? — zapytała Ania.
— Rok.
Popatrzyła na mnie zaskoczona.
— Rok?
— Taki mam plan.
— Rodzina wie?
Pokręciłam głową.
Ania uśmiechnęła się lekko.
— W takim razie życzę pani szerokiej drogi. Albo raczej spokojnego morza.
Kiedy samochód z klatkami zniknął za zakrętem, zamknęłam drzwi.
Po raz pierwszy od tygodnia dom był naprawdę cichy.
Przed snem zadzwoniłam jeszcze do sąsiadki, Jadzi.
Znałyśmy się prawie trzydzieści lat.
To ona siedziała ze mną w szpitalnym korytarzu w noc, kiedy lekarz powiedział, że Henrykowi zostało niewiele czasu. Nie mówiła wtedy „będzie dobrze”, bo obie wiedziałyśmy, że nie będzie.
Po prostu trzymała mnie za rękę.
— Jadźka, mam do ciebie nietypową prośbę.
— Jaką?
— Jutro wyjeżdżam.
— Do sanatorium?
— Na statek.
Zapadła cisza.
— Na jaki statek?
— Na rok.
— Teresa, czy ty oszalałaś?
— Możliwe.
— To dobrze. Najwyższa pora.
Roześmiałyśmy się obie.
Poprosiłam, żeby raz na kilka dni zerknęła na dom. Kluczy Adamowi nie miała dawać pod żadnym pozorem.
— A jeśli przyjedzie?
— Powiedz, że nie masz.
— A mam?
— Będziesz miała od jutra.
Po rozmowie spakowałam kopertę Henryka do bagażu podręcznego.
Nie spałam prawie wcale.
O czwartej czterdzieści wstałam, zaparzyłam kawę i usiadłam przy kuchennym stole.