CZĘŚĆ 1

W domu wciąż pachniało woskiem ze zniczy i liliami z pogrzebu, kiedy Adam wszedł bez pukania.

Henryka pochowałam dokładnie tydzień wcześniej. W szary wtorek, pod ciężkim listopadowym niebem. Założyłam mu białą lnianą koszulę, tę, w której zawsze wyglądał młodziej, a do wewnętrznej kieszeni marynarki wsunęłam nasze stare zdjęcie znad Bałtyku. Mieliśmy na nim po dwadzieścia kilka lat, włosy targane przez wiatr i miny ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, ile razy życie sprawdzi ich cierpliwość.

Przez siedem dni płakałam tak, że piekły mnie oczy.

Ósmego dnia wykupiłam roczny rejs dookoła świata.

Nie dlatego, że postradałam rozum po śmierci męża.

Przez czterdzieści lat byłam dla wszystkich zapasowym kołem. Pogotowiem finansowym. Kucharką. Kierowcą. Opiekunką. Darmową niańką. Osobą od „mamo, tylko na chwilę”, „mamo, pożyczysz?” i „mamo, przecież masz czas”.

Dopiero po śmierci Henryka zrozumiałam, że żałoba jest ciężka.

Ale bycie wykorzystywaną było cięższe.

Kiedy Henryk chorował, sprzedałam kolczyki, które dostałam od niego na dwudziestą rocznicę ślubu, żeby dopłacić do prywatnej rehabilitacji. Kiedy Adam stracił poprzednią pracę, przelałam mu prawie wszystkie oszczędności, bo zapewniał, że potrzebuje pomocy najwyżej przez dwa miesiące. Kiedy urodziła się Maja, przez trzy miesiące spałam na rozkładanej kanapie w ich salonie, wstawałam nocą do butelek, prasowałam ubranka i gotowałam obiady.

Klaudia opowiadała wtedy znajomym:

— Teresa jest szczęśliwa. Przynajmniej czuje się potrzebna.

Na pogrzebie własnego ojca Adam nie objął mnie ani razu.

Kiedy grabarze zaczęli zasypywać grób, podszedł do mnie, popatrzył na ubłocone czubki moich butów i zapytał:

— Mamo, zastanawiałaś się już, co teraz zrobisz z domem?

To pytanie tkwiło we mnie przez cały tydzień.

Dlatego kiedy tego sobotniego popołudnia wrócił w nowej kurtce, ciemnych okularach i z tonem człowieka, który już podjął decyzję za wszystkich, wiedziałam, że coś się skończyło.

— Mamo, jedziemy na kilka dni odpocząć.

— To dobrze — odpowiedziałam. — Przyda wam się.

— Będziesz musiała przypilnować zwierząt.

„Będziesz musiała”.

Nie: „Czy mogłabyś?”.

Klaudia weszła za nim, niosąc dwa transportery. Trzeci pchała nogą przez próg.

Dwie papużki darły się w klatce. Biały królik trząsł się w plastikowym transporterze, a bury kot Borys wcisnął się pod samą tylną ściankę jak więzień.

Klaudia postawiła klatki tuż obok oprawionego zdjęcia Henryka.

Bez kwiatów.

Bez uścisku.

Bez pytania, czy daję sobie radę.

Położyła na stole trzy torby karmy i kartkę.

— Papużkom wodę zmieniasz dwa razy dziennie. Królikowi nie dawaj sałaty, bo potem ma problemy. Borysa lepiej nie wypuszczaj, bo się stresuje. I sprzątaj dokładnie, bo po tych zwierzętach strasznie śmierdzi.

Popatrzyłam na nią.

— Klaudia, tydzień temu pochowałam męża.

Westchnęła.

Naprawdę westchnęła.

— Pani Tereso, każdy ma jakieś problemy.

Adam nawet nie drgnął.

— Mamo, przecież i tak będziesz sama. Przynajmniej będziesz miała zajęcie.

Papużki wrzeszczały. Płomień świecy obok fotografii Henryka zadrżał.

I wtedy wydarzyło się ze mną coś dziwnego.

Nie zezłościłam się.

Poczułam spokój.

Taki zimny, czysty spokój, jaki przychodzi, kiedy człowiek przez lata odsuwa od siebie pewną myśl, a potem wreszcie pozwala jej wybrzmieć.

Spojrzałam na klatki.

Potem na syna.

I uśmiechnęłam się.

— Oczywiście. Zostawcie je.

Klaudia podniosła wzrok znad telefonu. Chyba spodziewała się awantury.

— Zostawiliśmy też zapasowy klucz do mieszkania — powiedziała. — Gdyby zabrakło karmy albo żwirku.

Adam pocałował mnie w czoło.

Tak, jak całuje się ciotkę przy wyjściu z imienin.

— Dzięki, mamo. Na ciebie zawsze można liczyć.

Drzwi się zamknęły.

Stałam pośrodku salonu jeszcze przez kilka sekund.

„Na ciebie zawsze można liczyć”.

Właśnie to było problemem.

O szóstej rano następnego dnia miałam wsiąść do pociągu do Gdyni.

O piętnastej statek miał odbić od nabrzeża.

Mój bagaż był spakowany od trzech dni i schowany w sypialni, żeby nikt przypadkiem go nie zobaczył.

Została tylko jedna rzecz.

Musiałam znaleźć kogoś, kto zaopiekuje się zwierzętami.

Zadzwoniłam do pani Ani, weterynarki z osiedla, której córka prowadziła niewielki hotel dla zwierząt pod miastem. Znałyśmy się od lat. Kiedy usłyszała, co się stało, powiedziała tylko:

— Przywieziemy transportery. Niech pani o nic się nie martwi.

Godzinę później zwierzęta miały zapewnioną opiekę.

Opłaciłam tydzień.

Nie byłam potworem.

Zwierzęta nie były niczemu winne.

Zaczęłam pakować karmę, kiedy spod torby z pelletem wysunęła się przezroczysta koszulka.

Pomyślałam, że to instrukcja od weterynarza.

Podniosłam ją.

Na pierwszej stronie widniało logo biura nieruchomości.

Niżej mój adres.

Przeczytałam pierwsze zdanie dwa razy.

„Wstępna analiza możliwości sprzedaży nieruchomości zabudowanej, szacowana cena ofertowa: 1 280 000 zł”.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

Na marginesie ktoś dopisał długopisem:

„Po pogrzebie nie naciskać od razu. Adam mówi, że mama raczej zgodzi się na mieszkanie u nich”.

Odwróciłam kartkę.

Na następnej stronie znajdowało się zdjęcie mojego domu.

Zrobione od strony ogrodu.

A pod nim kolejne odręczne zdanie.

„Klucze mamy. Dom można pokazać bez problemu”.

 

CZĘŚĆ 2

Przez kilka sekund słyszałam tylko własny oddech.

Potem zadzwoniłam pod numer biura z dokumentu.

Przedstawiłam się nazwiskiem.

Kobieta po drugiej stronie zamilkła.

— Pani Teresa Wysocka?

— Tak.

— Chyba zaszło jakieś nieporozumienie.

— Na pewno.