— Ja dowiedziałem się później.
— W maju?
Westchnął.
— Tak.
— A pierwszy przelew był w lutym.
— Nie wiedziałem o pierwszych.
— A kiedy się dowiedziałeś, kazałeś jej przestać?
Nie odpowiedział.
— Adam?
— Ona była w panice.
— Czy kazałeś jej przestać?
— Mamo, to nie jest takie proste.
— Jest bardzo proste.
— Nie, nie jest. Mieliśmy dziecko, kredyt, firmę, zaległości. Klaudia bała się, że wszystko stracimy.
— Więc postanowiliście, że stracimy my?
— Przecież wy mieliście oszczędności!
Powiedział to głośniej.
Za głośno.
I nagle wszystko stało się jasne.
Nie uważał tego za kradzież.
Uważał, że przesunęli pieniądze z miejsca, gdzie „były”, do miejsca, gdzie były „potrzebne”.
— Te pieniądze były na leczenie twojego ojca.
— Wiem.
— Nie, Adam. Nie wiesz. Gdybyś wiedział, nie powiedziałbyś teraz tego, co powiedziałeś.
— Wszystko chcieliśmy oddać.
— Kiedy?
Milczał.
— Kiedy, Adam?
— Po sprzedaży studia.
— Studia, którego nikt nie chce kupić?
Zaskoczyłam go.
— Skąd wiesz?
— Wiem więcej, niż ci się wydaje.
Usłyszałam ciężki oddech.
— Rozmawiałaś z Markiem.
— Tak.
— On nie zna całej sytuacji.
— To opowiedz mi całą.
I wtedy powiedział rzecz, która bolała bardziej niż przyznanie się do pieniędzy.
— Mamo, gdybyś nie znalazła tych papierów, wszystko by się przecież ułożyło.
Nie odpowiedziałam.
— Mamo?
— Właśnie dlatego muszę kończyć.
— Nie rozłączaj się.
— Do widzenia, Adam.
— Mamo!
Rozłączyłam się.
Przez pierwsze dwa tygodnie rejsu prawie nie wychodziłam z kabiny poza posiłkami.
Nie dlatego, że żałowałam wyjazdu.
Po prostu dopiero kiedy nikt niczego ode mnie nie chciał, moje ciało zrozumiało, jak bardzo jest zmęczone.
Spałam po dziesięć godzin.
Czytałam.
Chodziłam po pokładzie.
Czasem siedziałam w fotelu z kawą i patrzyłam na morze.
Poznałam Ewę z Wrocławia, siedemdziesięcioletnią wdowę, która po śmierci męża nauczyła się nurkować.
— Dlaczego? — zapytałam.
— Bo on zawsze mówił, że to nie dla mnie.
— Był przeciwny?
— Nie. Po prostu lubił wiedzieć lepiej.
Roześmiała się.
— Umarł, więc poszłam sprawdzić.
Zaczęłyśmy jadać razem śniadania.
Pewnego dnia zapytała mnie:
— A pani dlaczego tu jest?
Mogłam powiedzieć: „bo umarł mi mąż”.
Ale to nie była pełna prawda.
— Chyba dlatego, że nie wiedziałam, co zrobić z życiem, kiedy przestało być potrzebne wszystkim dookoła.
Ewa odłożyła filiżankę.
— Niech pani uważa.
— Na co?
— Na to słowo. „Potrzebna”.
— Dlaczego?
— Bo łatwo pomylić bycie potrzebnym z byciem kochanym.
To zdanie zapisałam wieczorem w notesie.
Tymczasem w Polsce sytuacja się sypała.
Nie wiedziałam tego od razu.
Jadzia zdawała mi relacje dopiero wtedy, gdy sama ją pytałam.
Czwartego dnia po wypłynięciu Adam pojawił się pod moim domem.
Najpierw próbował swoim kluczem.
Nie pasował.
Przed wyjazdem wezwałam ślusarza.
Nie powiedziałam o tym nikomu poza Jadzią.
Adam zadzwonił do niej.
— Ciocia, mama zmieniła zamki?
— Widocznie.
— Dlaczego?
— Nie wiem.
— Ma ciocia klucz?
— Mam.
— To niech ciocia otworzy.
— Nie.
— Ale ja jestem jej synem.
Jadzia opowiadała mi tę rozmowę z wyraźną satysfakcją.
— Powiedziałam mu, że jest dorosły, więc chyba wie, że cudzy dom nie staje się jego tylko dlatego, że jego matka wyjechała.
— Co odpowiedział?
— Że to sprawy rodzinne.
— A ty?
— Że ja jestem sąsiadką, a klucz nadal zostaje u mnie.
Następnego dnia pod dom przyjechał agent nieruchomości.
Jadzia sfotografowała jego samochód.
Zadzwoniłam do biura.
Tym razem rozmawiałam z właścicielem.
Powiedziałam spokojnie, że nie wyrażam zgody na żadne oględziny, zdjęcia, prezentacje ani rozmowy o sprzedaży nieruchomości.
Mężczyzna przepraszał.
— Pani syn powiedział, że wszystko zostało uzgodnione.
— Nie zostało.
— Oczywiście. Zaznaczam to w systemie.
— Proszę też usunąć zdjęcia mojego domu.
— Natychmiast.
Po tej rozmowie Adam zadzwonił.
— Naprawdę musiałaś robić awanturę w biurze?
— Nie zrobiłam awantury.
— Właściciel do mnie dzwonił, jakbym próbował ci ukraść dom.
— A próbowałeś go sprzedać?
— Nie! Chciałem tylko wiedzieć, ile jest wart.
— Po co?
— Żebyśmy wiedzieli, jakie masz możliwości.
— Ja?
— No tak.
— Czy raczej wy?
Milczał.
— Mamo, chciałem znaleźć rozwiązanie korzystne dla wszystkich.
— W jaki sposób sprzedaż mojego domu miała być korzystna dla mnie?
— Zamieszkałabyś z nami.
— Pytałeś mnie, czy chcę?
— Wiedziałem, że po śmierci taty będzie ci ciężko.
— A wy byście spłacili swoje długi.
— To byłby dodatkowy plus.
Powiedział to.
Naprawdę.
Dodatkowy plus.
— Ile macie długu, Adam?
— To nie ma znaczenia.
— Ile?
— Mamo…
— Jeśli mamy rozmawiać jak dorośli, odpowiedz.
Westchnął.
— Około stu osiemdziesięciu.
Poczułam ucisk w żołądku.
— Tysięcy?
— Tak.
— Oprócz kredytu hipotecznego?
— Tak.
Usiadłam na łóżku.
— Jak?
— Studio. Pożyczki. Karty. Leasing.
— I myślałeś, że sprzedamy mój dom za ponad milion, spłacimy wasze sto osiemdziesiąt tysięcy, a ja zamieszkam w waszym mieszkaniu?
— Mielibyśmy większy wkład, żeby kupić większe.
— Czyli nawet nie zamierzałeś zachować obecnego mieszkania.