— To pracujemy.

I nagle zrobiło się prościej.

Nie łatwo.

Prościej.

Jedni pracownicy jechali po mobilne chłodnie.

Inni kontaktowali się z dostawcami.

Ktoś zmieniał harmonogram.

Ktoś zabezpieczał towary, których policja pozwoliła dotknąć.

Joanna patrzyła na nich i czuła jednocześnie wdzięczność oraz wstyd, choć rozsądek mówił jej, że nie ma za co się wstydzić.

To jej rodzice zniszczyli zakład.

A jednak przez lata to ona była uczona, że wszystko, co robiła rodzina, stawało się również jej odpowiedzialnością.

Natalia pożyczała pieniądze?

Joanna miała zrozumieć.

Natalia nie oddawała pieniędzy?

Joanna miała nie robić scen.

Natalia dostała od rodziców samochód po trzydziestych urodzinach, kiedy Joanna przy tych samych urodzinach usłyszała, że „przecież radzi sobie sama”?

Joanna miała być dumna ze swojej niezależności.

Właśnie ta niezależność miała teraz zostać wykorzystana przeciwko niej.

Bo skoro radziła sobie zawsze, powinna poradzić sobie jeszcze raz.

Po sprzedaży wszystkiego.

Paweł przyjechał przed dziewiątą.

Towarzyszyła mu młoda kobieta z czarną torbą na dokumenty.

— Marta Sokołowska, specjalistka od przestępstw gospodarczych — przedstawił ją. — Współpracuje z naszą kancelarią.

Marta skinęła Joannie głową.

— Obejrzałam skany dokumentów, które przesłał nam anonimowo człowiek podający się za Tomasza Ptaka. Musimy potwierdzić ich autentyczność, ale część wygląda wiarygodnie.

— Dlaczego anonimowo?

— Najpierw anonimowo. Później zadzwonił. Twierdzi, że boi się problemów.

— A nie bał się włamywać do mojego samochodu?

Marta nie zareagowała na ironię.

— Ludzie często zaczynają się bać dopiero wtedy, gdy orientują się, jak duża jest sprawa.

Usiedli przy stoliku w kawiarni po drugiej stronie ulicy.

Paweł rozłożył kilka wydruków.

Pierwszy przedstawiał umowę pożyczki dla Nuvelli.

Drugi — poręczenie Marka Malinowskiego.

Trzeci miał nazwę firmy Joanny.

I podpis wyglądający jak jej własny.

Joanna poczuła mdłości.

— Skąd mieli dokumenty mojej spółki?

Marta przesunęła kartkę.

— Do poręczenia dołączono stary wydruk z CEIDG, kopię pani dowodu oraz zestawienie przychodów.

— Nigdy nie dałam Natalii kopii dowodu.

— Rodzicom?

Joanna chciała powiedzieć „nie”.

Potem sobie przypomniała.

Dwa lata wcześniej ojciec pomagał jej w formalnościach dotyczących rodzinnej działki po babci. Potrzebował kopii dokumentu do pełnomocnictwa.

— Ojcu.

Paweł nie powiedział nic.

Nie musiał.

— Myślicie, że to on?

— Myślę, że ktoś posłużył się dokumentami, do których miał dostęp — odpowiedziała Marta. — Nie będziemy wyciągać wniosków przed analizą.

— Natalia wiedziała?

— To jej firma zaciągała zobowiązanie.

Joanna patrzyła na podpis.

Z daleka był przekonujący.

Z bliska brakowało jednego szczegółu.

Od liceum podpisywała nazwisko w specyficzny sposób: ostatnia litera przechodziła w długą linię pod spodem.

Tutaj kreska urywała się wcześniej.

Ktoś ćwiczył.

Ale niedostatecznie.

— Mogę mieć oryginał?

— Spróbujemy go uzyskać od wierzyciela.

— Kto nim jest?

Marta wskazała nazwę.

„Korporacja Finansowa Nordis”.

Joanna nic o niej nie wiedziała.

Paweł natomiast zmarszczył brwi.

— Sprawdziliśmy podstawowe dane. To niewielka spółka inwestycyjna. Pożycza firmom, które nie mają szans dostać dużego finansowania w bankach.

— Jak Natalia mogła dostać prawie cztery miliony?

— Właśnie dzięki zabezpieczeniom.

— Czyli dzięki mojej firmie.

— Między innymi.

Joanna przesunęła wzrok na dokument ojca.

— A jego dom?

— Poręczył nieruchomością.

Nagle zrozumiała.

Nie chodziło tylko o Natalię.

Rodzice nie chcieli ratować wyłącznie ukochanej młodszej córki.

Ratowali również siebie.

Jeśli dług nie zostałby spłacony, mogli stracić dom.

Marek doskonale o tym wiedział podczas rodzinnej kolacji.

A jednak mówił o „rodzinie” i „ambicji”, jakby jego własna odpowiedzialność w ogóle nie istniała.

— Dlaczego mi nie powiedział?

— Bo wtedy wiedziałabyś, że nie prosi cię o poświęcenie dla siostry — powiedział Paweł. — Prosiłby cię o zapłacenie za jego decyzję.

Joanna poczuła coś dziwnego.

Nie złość.

Nie jeszcze.

Raczej pustkę.

Od dzieciństwa ojciec przedstawiał siebie jako człowieka rozsądnego.

Ten, który poprawiał cudze błędy.

Ten, który przestrzegał Joannę przed kredytami, ryzykiem, „życiem ponad stan”.

A potem sam zastawił dom za biznes Natalii.

Telefon Joanny zadzwonił.

Numer nieznany.

Spojrzała na Pawła.

— Odbierz — powiedział.

Włączyła głośnik.

— Słucham?

— Pani Joanna?

Męski głos.

Nerwowy.

— Tak.

— Tomasz Ptak.

Marta od razu wyjęła notes.

— Chciałem powiedzieć… ja nie wiedziałem, że oni pójdą tak daleko.

Joanna zacisnęła palce na telefonie.

— Kto?

— Pani rodzina.

— Proszę mówić konkretnie.

Po drugiej stronie rozległ się oddech.

— Natalia poprosiła mnie kilka miesięcy temu, żebym wyjął dokumenty z auta. Powiedziała, że to jej własność rodzinna. Że potrzebuje jednej teczki.

— Zapłaciła panu?

— Pięć tysięcy.

— Znalazł pan dokumenty?

— Nie. Tylko stary segregator z fakturami. Nic ważnego.

— Więc dlaczego teraz pan dzwoni?

Długa cisza.

— Bo wczoraj Natalia zadzwoniła do mnie ponownie.

Joanna spojrzała na Martę.

— Czego chciała?

— Żebym znalazł kogoś, kto podpali pani lokal.

W kawiarni nagle wszystkie dźwięki jakby przygasły.

— Co?

— Odmówiłem. Powiedziałem, że jestem idiotą, ale nie aż takim. Wtedy stwierdziła, że już nie trzeba. Że jej rodzice „załatwią sprawę inaczej”.

Joanna wstała gwałtownie.

— Gdzie jest Natalia?

— Nie wiem.

— Kiedy ostatnio z nią pan rozmawiał?

— Około dwudziestej pierwszej.