Policjanci zaczęli zabezpieczać pomieszczenia. Joanna wyszła przed budynek i zadzwoniła do Pawła.
— Kim jest ten człowiek?
— Nazywa się Tomasz Ptak. Twierdzi, że Natalia zapłaciła mu za włamanie do samochodu.
— Po co?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Miał znaleźć dokumenty firmy. Umowy, polisę, dane bankowe. Cokolwiek, co pozwoliłoby sprawdzić, ile naprawdę jesteś warta.
Joanna oparła dłoń o zimną karoserię.
— Czyli to zaczęło się przed kolacją.
— Znacznie wcześniej.
— Co jeszcze powiedział?
Paweł wypuścił powietrze.
— Twierdzi, że Natalia nie jest jedyną osobą zadłużoną.
Joanna zesztywniała.
— Kto jeszcze?
— Twój ojciec podpisał poręczenie.
Z budynku dobiegł podniesiony głos Marka.
Joanna odwróciła się.
Ojciec stał w drzwiach, blady jak ściana.
Telefon Pawła zawibrował w jej uchu.
— Joanna, jest gorzej. W dokumentach pojawia się także twój podpis.
— Nigdy niczego nie podpisywałam.
— Wiem.
— Co to znaczy?
Tym razem Paweł odpowiedział natychmiast.
— To znaczy, że ktoś go podrobił.
CZĘŚĆ 3
Przez kilka sekund Joanna nie potrafiła poruszyć żadną częścią ciała.
Podrobiony podpis.
Te dwa słowa zepchnęły zniszczoną kuchnię, rozbite szkło i rodziców stojących pod policyjnym nadzorem gdzieś na dalszy plan.
Nagle problem nie dotyczył już tylko zemsty za odmowę sprzedaży firmy.
Ktoś próbował wciągnąć ją w finansową katastrofę Natalii.
— Jakiego dokumentu? — zapytała.
— Poręczenia dodatkowego — odpowiedział Paweł. — Według papierów miałaś zagwarantować część zobowiązania przedsiębiorstwem.
— To niemożliwe.
— Oczywiście, że niemożliwe. Podpis wygląda podobnie, ale mamy wzory z akt spółki. Są różnice.
Joanna przypomniała sobie granatową teczkę leżącą podczas rodzinnej kolacji przed ojcem.
Nie zajrzała do środka.
Uznała ją wtedy za zestawienie długu Natalii.
Teraz poczuła chłód na karku.
— Kiedy dokument został podpisany?
— Siedem miesięcy temu.
Siedem miesięcy.
Jeszcze zanim ktoś włamał się do samochodu.
Jeszcze zanim rodzice zaczęli otwarcie naciskać na sprzedaż.
— Muszę kończyć — powiedziała. — Policja chce ze mną rozmawiać.
— Niczego nie konfrontuj sama. Zwłaszcza z ojcem. Przyjadę.
Rozłączyła się.
Marek stał kilka metrów dalej z jednym z funkcjonariuszy. Krystyna siedziała na krześle w recepcji, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nadal wyglądała bardziej na obrażoną niż przestraszoną.
Jakby problemem nie było to, co zrobili.
Problemem było to, że Joanna odmówiła przyjęcia roli niewdzięcznej córki.
— Proszę pani — odezwał się policjant — musimy ustalić, czego dokładnie brakuje.
— Jeszcze nie wiem.
Rozejrzała się.
Zniszczenia wyglądały chaotycznie, ale im dłużej patrzyła, tym bardziej uderzała ją ich osobliwa selektywność.
Zniszczono chłodnię.
Kilka pieców.
Magazyn suchej żywności.
Rozbito komputer w biurze.
Ale sejf był zamknięty.
Szafki administracyjne również.
Kasa nie została ruszona.
— Czy pańscy rodzice mieli klucze? — zapytał funkcjonariusz.
— Nie.
— Kod alarmowy?
— Nie.
— W takim razie jak weszli?
Joanna spojrzała na ojca.
Marek odwrócił wzrok.
Drzwi rzeczywiście wyglądały na wyważone, ale teraz przypomniała sobie coś jeszcze.
Na nagraniu przesłanym przez system widziała Krystynę już wewnątrz.
Nie widziała momentu wejścia.
— Monitoring wszystko pokaże.
Marek odchrząknął.
— Nie rób z tego przedstawienia.
Joanna odwróciła się do niego.
— Włamaliście się do mojego zakładu.
— To jest rodzinny spór.
— Nie.
Jej głos był spokojniejszy, niż się spodziewała.
— Rodzinny spór kończy się wtedy, gdy ktoś niszczy cudzą własność.
Krystyna wstała.
— Gdybyś zachowała się jak siostra, niczego nie musielibyśmy robić.
Policjant uniósł rękę.
— Proszę nie komentować zdarzenia w tej chwili.
Matka spojrzała na niego z autentycznym niedowierzaniem, jakby pierwszy raz spotkała człowieka, który nie przyjął jej wersji rzeczywistości bez pytania.
Joanna odeszła.
Pracownicy zaczynali przyjeżdżać.
Pierwsza pojawiła się Dorota, kierowniczka kuchni, pracująca z Joanną od dziewięciu lat. Gdy zobaczyła wnętrze, zasłoniła usta.
— Boże…
Joanna podeszła do niej.
— Nikt dziś nie wchodzi dalej niż recepcja. Policja zabezpiecza miejsce.
— Co z jutrzejszym bankietem?
To pytanie wyrwało Joannę z szoku skuteczniej niż cokolwiek wcześniej.
Jutrzejszy bankiet.
Sześćset osób.
Kontrakt z firmą farmaceutyczną.
Normalne życie nadal istniało.
Niezależnie od tego, że jej rodzice właśnie próbowali je wysadzić od środka.
— Zadzwonię do Vistuli.
Dorota zmarszczyła brwi.
— Do hotelowej grupy?
— Mamy plan awaryjny.
Jeszcze godzinę temu Joanna nie wiedziała, czy naprawdę zadziała.
Teraz musiał.
Dyrektor operacyjny Grupy Vistula, Adam Milewski, odebrał po trzecim sygnale.
— Widziałem alert od ubezpieczyciela — powiedział bez wstępów. — Co się stało?
— Lokal jest częściowo zniszczony. Policja traktuje sprawę jako włamanie i umyślne uszkodzenie.
— Ludzie?
— Wszyscy bezpieczni.
— Dobrze. Reszta jest do rozwiązania.
Joanna zamknęła oczy.
Pierwszy raz od przyjazdu poczuła, że może oddychać.
— Umowa relokacyjna nadal obowiązuje?
— Oczywiście. Nasza kuchnia produkcyjna przy ulicy Grudziądzkiej jest wolna od trzynastej. Macie też dostęp do magazynu obok.
— Potrzebuję miejsca wcześniej.
— Dam wam wejście za dwie godziny.
— Adam…
— Joanna, dlatego podpisaliśmy ten aneks. Nie po to, żeby wyglądał dobrze w segregatorze.
Prawie się roześmiała.
Prawie.
— Dziękuję.
— Podziękujesz, jak obsłużycie jutrzejszy bankiet.
Kiedy przekazała Dorocie wiadomość, kobieta patrzyła na nią chwilę, po czym skinęła głową.