I płatność dokonaną trzy tygodnie przed śmiercią mojej matki na rzecz firmy transportowej, do której należała ciężarówka uczestnicząca w wypadku.
To nadal nie było dowodem zabójstwa.
Ale wystarczyło, by wznowić postępowanie.
Krawiec zniknął.
Na trzy dni.
Zatrzymano go na lotnisku w Pradze.
*
Rok po moim wyjeździe na wieś siedziałem przed sądem.
Zofia trzymała mnie za rękę.
Stanisław siedział obok.
Ojciec po drugiej stronie korytarza.
Krawiec przechodził między policjantami.
Zatrzymał wzrok na mnie.
— Twoja matka też myślała, że prawda wystarczy — powiedział.
Policjant popchnął go do przodu.
Ojciec wstał.
Przez chwilę wyglądało, jakby chciał go uderzyć.
Nie zrobił tego.
Usiadł z powrotem.
To był chyba największy dowód, że nie tylko ja się zmieniłem.
*
Kilka tygodni później pojechałem do Zofii.
Stała przy ogrodzeniu.
— Mam coś dla ciebie.
Wręczyłem jej kopertę.
— Jeśli to pieniądze…
— Otwórz.
W środku znajdowało się pismo z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.
Przyjęcie na fizjoterapię.
I informacja o stypendium fundowanym przez niezależną fundację dla studentów z terenów wiejskich.
Spojrzała na mnie podejrzliwie.
— Ty to zrobiłeś?
— Pomogłem znaleźć program.
— A stypendium?
— Komisja.
— Jakub.
— Przysięgam.
Patrzyła jeszcze chwilę.
Potem mnie pocałowała.
Pierwszy raz.
Stałem jak idiota.
— Myślałem, że pasterki są skromniejsze.
— Myślałam, że bogaci chłopcy potrafią się całować.
— Daj mi drugą próbę.
Roześmiała się.
*
Dwa lata później powiedziałem Łukaszowi, że chcę poślubić Zofię.
— Serio?
— Serio.
— Twój ojciec dostanie zawału.
— Lubi ją.
— Twoja ciotka jej nie lubi.
— Moja ciotka nie lubi nikogo, kto nie ma jachtu.
— I dlatego zamierzasz urządzić wesele w ich hotelu?
Spojrzałem na niego.
Uśmiechnął się.
— O nie.
— Co?
— Znam tę minę.
— Jaką?
— Tę, którą miałeś przed każdym idiotycznym pomysłem na studiach.
Miał rację.
Tylko tym razem sądziłem, że wszystko kontroluję.
To był mój ostatni ślad dawnego Jakuba.
*
Rodzinie powiedziałem, że ślub będzie formalnością.
Mała ceremonia.
Bez przesady.
Niektórzy krewni nadal traktowali Zofię jak ciekawostkę.
„Dziewczyna z gospodarstwa”.
„Pasterka”.
„Ta od owiec”.
Podczas jednej kolacji moja kuzynka zapytała Zofię, czy wie, którego widelca używa się do ryby.
Zofia odpowiedziała:
— Tego, którym najłatwiej wbić komuś w rękę.
Pokochałem ją jeszcze bardziej.
Pomysł narodził się wtedy.
Chciałem wystawić rodzinę na próbę.
Był dziecinny.
Głupi.
Okrutny.
Przekonałem Zofię, żebyśmy podczas wesela udawali, że zawarliśmy małżeństwo głównie dla żartu.
Powiedziałem kilku kuzynom, że po prostu „chciałem zrobić coś szalonego”.
Plotka rozeszła się natychmiast.
Na ślub przyszło ponad osiemdziesiąt osób.
Niektórzy tylko po to, żeby zobaczyć spektakl.
Zofia ostrzegała mnie:
— Nie podoba mi się to.
— Zobaczymy, kto naprawdę nas szanuje.
— A jeśli nikogo nie obchodzi powód?
— Tym lepiej.
— Jakub, bawisz się ludźmi.
Powinienem był jej posłuchać.
Ale myślałem, że jestem sprytniejszy.
*
Ceremonia odbyła się w starym pałacyku pod Kazimierzem Dolnym.
Zofia miała prostą suknię.
Bez drogich kamieni.
Bez projektanta, którego nazwisko rozpoznałyby moje ciotki.
Wyglądała piękniej niż ktokolwiek na tej sali.
Na początku wszystko było idealne.
Potem alkohol rozwiązał języki.
Usłyszałem za plecami:
— Ciekawe, ile wytrzyma.
— Jakub zawsze lubił eksperymenty.
— Intercyzę podpisała?
— Oby.
Śmiałem się.
Udawałem, że właśnie tego chciałem.
Zofia słyszała.
Nie śmiała się.
W pewnym momencie mój wujek zapytał ją:
— I jak się czujesz jako pani Wysocka?
— Tak samo jak rano.
— Jeszcze nie przywykłaś do awansu społecznego?
Zrobiło się cicho.
Powinienem był zareagować.
Nie zrobiłem tego wystarczająco szybko.
Zofia odpowiedziała:
— Nie wiedziałam, że małżeństwo jest stanowiskiem w firmie.
Kilka osób zachichotało.
Wujek odszedł urażony.
Zobaczyłem ojca stojącego przy oknie.
Nie podobało mu się to.
Nie rodzina.
Ja.
*
Późnym wieczorem mój kuzyn, pijany, podniósł kieliszek.
— Za Jakuba! Jedyny facet, którego znam, który dla zakładu naprawdę ożenił się z pasterką!
Kilka osób wybuchnęło śmiechem.
Zamarłem.
Nie mówiłem nikomu o żadnym zakładzie.
Plotka rosła sama.
— Nie było żadnego zakładu — powiedziałem.
— No jasne!
Znów śmiech.
Zofia siedziała nieruchomo.
Ojciec podszedł do mnie.
Nachylił się.
— To zaszło za daleko.
— Wiem.
— Napraw to.
Właśnie wtedy Zofia wstała.
W rękach trzymała starą skórzaną teczkę.
Rozpoznałem ją.
Należała do jej ojca.
— Zosiu…
Nie spojrzała na mnie.
Podeszła na środek sali.
Rozmowy cichły jedna po drugiej.
— Skoro wszyscy tak bardzo interesują się powodem naszego małżeństwa — zaczęła — może rzeczywiście powinniście go poznać.
Serce podeszło mi do gardła.
Nie wiedziałem, co było w teczce.
Ojciec wiedział.
Zbladł.
— Zofia — powiedział cicho.
Otworzyła teczkę.
Wyjęła pierwszy dokument.
Nie był związany z geologią.
Był testamentem mojej matki.
*
Nikt się nie śmiał.
— Skąd to masz? — zapytałem.
Zofia spojrzała na mojego ojca.
— Od pana Benedykta.
Odwróciłem się.
— Tato?
— Chciałem ci powiedzieć.
— Kiedy?
Zofia wyjęła kolejną kartkę.
— Helena Wysocka przed śmiercią utworzyła fundusz.
Ciotka prychnęła.
— Wszyscy wiemy o fundacji Heleny.
— Nie tej.
Zofia czytała dalej.