— Dwanaście lat temu mój ojciec odkrył coś na ziemi, którą później przejęła firma Wysockich. Kilka tygodni później oficjalne raporty zmieniono. Ludzie, którzy pracowali przy odwiertach, podpisali umowy o poufności. A ojciec dostał pieniądze, których nigdy nie przyjął.

— Jakie odkrycie?

Zanim odpowiedziała, na podwórzu rozległ się warkot silnika.

Pod oknem zatrzymał się czarny mercedes.

Z samochodu wysiadł elegancko ubrany mężczyzna.

Rozpoznałem go natychmiast.

Mecenas Artur Krawiec.

Prawnik mojego ojca.

Zofia spojrzała na mnie.

— Skąd oni wiedzą, że tu jesteś?

Telefon w mojej kieszeni zawibrował.

Wiadomość od ojca zawierała tylko sześć słów:

„Nie pytaj Maja o odwiert numer siedem.”

CZĘŚĆ 3

Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.

Mecenas Artur Krawiec stał obok mercedesa, poprawiając mankiet białej koszuli, jakby przyjechał na spokojne spotkanie biznesowe, a nie do gospodarstwa ukrytego między polami kilkaset kilometrów od siedziby firmy mojego ojca.

Patrzyłem raz na niego, raz na telefon.

„Nie pytaj Maja o odwiert numer siedem.”

Mój ojciec nie mógł wiedzieć o rozmowie sprzed kilkudziesięciu sekund.

Chyba że ktoś go uprzedził.

Odwróciłem się do Łukasza.

Stał pod ścianą kuchni i wyglądał równie zdezorientowany jak ja.

— To nie ja — powiedział od razu.

— Nawet niczego nie powiedziałem.

— Ale pomyślałeś.

Zofia podeszła do okna.

— On nie przyjechał tu po ciebie przypadkiem.

Mecenas ruszył w stronę domu.

Stanisław zacisnął dłonie na poręczach fotela.

— Schowaj zdjęcie.

Zofia wsunęła je do kieszeni spodni.

— Tato, nie będziemy znowu…

— Schowaj je.

W jego głosie pojawiła się siła, której wcześniej w nim nie słyszałem.

Chwilę później Krawiec zapukał.

Trzy równe uderzenia.

Pani Róża otworzyła mu drzwi.

— Pan do kogo?

— Do pana Jakuba Wysockiego.

Spojrzała na mnie.

— Jakuba?

Łukasz parsknął.

— Zapomniałem powiedzieć babci, jak masz na nazwisko.

Podszedłem do drzwi.

— Co pan tutaj robi?

Krawiec uśmiechnął się profesjonalnie.

— Twój ojciec martwi się o ciebie.

— To dlatego wysłał prawnika?

— Byłem w okolicy.

— Trzysta kilometrów od Warszawy?

— Polska nie jest aż tak duża.

Nie zaprosiłem go do środka.

Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.

Znałem Krawca od dzieciństwa. Pojawiał się na naszych świątecznych przyjęciach, siedział przy stole podczas urodzin ojca, czasem przywoził prezenty. Był człowiekiem, który zawsze wiedział, kiedy powiedzieć żart, komu nalać wina i kiedy dyskretnie opuścić pokój.

Dopiero wtedy po raz pierwszy zobaczyłem w nim coś innego.

Nie rodzinnego znajomego.

Strażnika.

— Tata chce, żebym wrócił?

— Uważa, że pobyt tutaj spełnił swój cel.

— Jaki cel?

Krawiec wzruszył ramionami.

— Odcięcie cię od złych nawyków.

Za moimi plecami Zofia prychnęła.

Prawnik spojrzał ponad moim ramieniem.

Rozpoznał ją.

To było ledwie zauważalne.

Minimalne drgnięcie brwi.

Ale zobaczyłem.

— Pani Zofia Maj — powiedział.

— Zna mnie pan?

— Znam wielu ludzi.

— Ja pana nie znam.

— To dobrze.

Odpowiedź była uprzejma, lecz jej ton sprawił, że w kuchni zrobiło się jeszcze ciszej.

Stanisław podniósł się powoli, wspierając na lasce.

— Artur.

Krawiec przestał się uśmiechać.

— Stanisław.

Nie przywitali się.

Nie podali sobie dłoni.

Patrzyłem na obu i po raz pierwszy zrozumiałem, że ta historia nie zaczęła się ode mnie.

Zaczęła się długo przed tym, zanim nauczyłem się prowadzić samochód.

— Czy ktoś w końcu powie mi, co tu się dzieje? — spytałem.

Krawiec odpowiedział pierwszy:

— Nic, co powinno cię interesować.

— Przed chwilą dostałem wiadomość od ojca z nazwą odwiertu, o którym usłyszałem minutę wcześniej.

Cisza.

Tym razem nawet prawnik nie znalazł szybkiej odpowiedzi.

Wyjąłem telefon.

— Zadzwonię do niego.

Krawiec zrobił krok do przodu.

— Jakubie, nie komplikuj sytuacji.

Zatrzymałem palec nad ekranem.

— To zabrzmiało jak groźba.

— Jak rada.

— To radzi pan też mojemu ojcu, kiedy wysyła pana, żeby kontrolował ludzi?

Stanisław usiadł ciężko.

— Powiedz mu, Artur.

— Nie mam nic do powiedzenia.

— Przez dwanaście lat nic nie miałeś.

Krawiec zacisnął szczękę.

— To nie miejsce na tę rozmowę.

— Właśnie że idealne.

Zofia stanęła obok ojca.

— Proszę wyjść.

Prawnik patrzył na nią kilka sekund.

Potem znów na mnie.

— Jakubie, samochód czeka. Twój ojciec przywróci ci dostęp do kart. Dostaniesz nowe auto. Sprawa wypadku zostanie definitywnie zamknięta. Wracasz dzisiaj.

Jeszcze miesiąc wcześniej wszedłbym do tego mercedesa bez pytania.

Samochód.

Pieniądze.

Warszawa.

Moje mieszkanie.

Kluby.

Znajomi.

Życie, którego nagle tak rozpaczliwie chciałem odzyskać.

A jednak spojrzałem na swoje dłonie.

Odciski nie zdążyły się zagoić.

Pomyślałem o pytaniu Zofii.

„Poza szybką jazdą co właściwie potrafisz?”

Podniosłem wzrok.

— Nie wracam.

Krawiec długo na mnie patrzył.

— Twój ojciec będzie rozczarowany.

— Przeżyję.

Odwrócił się i wyszedł.

Przed wejściem zatrzymał się jednak jeszcze raz.

— Stanisławie.

Maj nie odpowiedział.

— Są rzeczy, które pozostają pogrzebane nie bez powodu.

Dopiero po odjeździe mercedesa zrozumiałem, że to nie mnie ostrzegał.

*

Tej nocy nie spałem.

O drugiej wyszedłem przed dom.