Na polach wisiała mgła. Gdzieś w oddali szczekał pies. Wieś, która kilka dni wcześniej wydawała mi się przerażająco cicha, nagle była pełna dźwięków.
Zofia siedziała na schodach werandy.
— Też nie możesz spać? — zapytałem.
— Przywykłam.
Usiadłem obok.
Przez chwilę nic nie mówiliśmy.
— Wiedziałaś od początku, kim jestem?
— Nie.
— Kiedy się dowiedziałaś?
— Drugiego dnia. Łukasz powiedział babci twoje nazwisko. Usłyszałam.
— I nic nie powiedziałaś.
— Co miałam powiedzieć? „Cześć, twój ojciec zniszczył życie mojego ojca”?
Spojrzałem na nią.
— Zniszczył?
— Powiedziałam za dużo.
— Zosiu…
— Nie.
Wstała.
Złapałem ją delikatnie za nadgarstek.
— Proszę.
Spojrzała na moją dłoń, więc natychmiast ją puściłem.
— Dwanaście lat temu mój ojciec kierował zespołem geologów przy badaniach terenowych w Górach Świętokrzyskich — powiedziała. — Firma twojego ojca chciała kupić setki hektarów ziemi pod wielki kompleks przemysłowy. Oficjalnie chodziło o centrum logistyczne.
— Pamiętam. Projekt „Nowa Dolina”.
— Nie powstał.
— Kryzys finansowy.
Zofia pokręciła głową.
— Tak mówiły gazety.
Usiadła znowu.
— Tata odkrył pod ziemią coś, co całkowicie zmieniało wartość tego terenu.
— Złoża?
— Między innymi.
— Jakie?
— Rzadkie minerały. Ale to nie było najgorsze.
— Co było najgorsze?
Spojrzała na ciemne pole.
— Woda.
Nie zrozumiałem.
— Zanieczyszczenie?
— Odwrotnie. Ogromny podziemny zbiornik niezwykle czystej wody. Jeden z największych, jakie wtedy odkryto w tym regionie. Teren miał zostać objęty ochroną. Jeśli raport trafiłby do urzędu w pierwotnej formie, budowa zakładów chemicznych w pobliżu byłaby praktycznie niemożliwa.
— Ale zakładów nie zbudowano.
— Tam.
To jedno słowo sprawiło, że spojrzałem na nią uważniej.
— Co znaczy „tam”?
— Twoja rodzina sprzedała później część gruntów innym spółkom. Z ogromnym zyskiem. Niektóre należały formalnie do ludzi niezwiązanych z Wysockimi.
— Sugerujesz przekręt?
— Niczego nie sugeruję. Mówię, co mój ojciec odkrył.
— Dlaczego więc nie poszedł na policję?
Zofia zaśmiała się gorzko.
— Poszedł do swojego przełożonego. Tydzień później dostał poprawioną wersję raportu do podpisania.
— Podpisał?
— Nie.
— I?
— Zwolnili go.
— Za odmowę podpisania?
— Oficjalnie za naruszenie procedur.
Patrzyłem na nią.
— A mój ojciec?
— Przyjechał tutaj osobiście.
Przypomniałem sobie zdjęcie.
— Byli przyjaciółmi?
— Przez chwilę tata w to wierzył.
Zofia otarła twarz dłonią.
— Benedykt przekonywał go, że musi kupić czas. Że w firmie są ludzie, którzy zrobią wszystko, żeby raport zniknął. Twierdził, że sam chce ich powstrzymać.
— To brzmi jakby próbował pomóc.
— Może próbował.
— „Może”?
— Trzy tygodnie później zniknęła cała dokumentacja.
Zamarłem.
— Jaka dokumentacja?
— Rdzenie odwiertów, mapy, wyniki laboratoryjne. Wszystko.
— I oskarżono twojego ojca?
— Tak.
Teraz rozumiałem.
Stanisław nie był po prostu geologiem, który przeszedł na wieś.
Zofia mówiła dalej:
— Nigdy nie został skazany. Nie było wystarczających dowodów. Ale plotki wystarczyły. Nikt nie chciał go zatrudnić. Kredyty przestały być odnawiane. Mama zachorowała. Gospodarstwo zaczęło tonąć w długach.
— Twoja mama…
— Zmarła osiem lat temu.
Poczułem wstyd.
Nie wiedziałem, co powiedzieć.
— Przykro mi.
— Mnie też.
Zamilkliśmy.
W końcu zapytałem:
— A kamień numer siedem?
— Tata twierdził, że zachował kopię najważniejszych danych.
— Gdzie?
— Nie wiem.
— Ale powiedziałaś, że numer siedem to odwiert.
— Tak.
— Więc jedźmy tam.
Odwróciła się gwałtownie.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo teren należy dziś do spółki chronionej prywatną ochroną. Poza tym tata zabronił mi tam jeździć.
— Czyli tym bardziej coś tam jest.
— Jakub, to nie jest gra.
To zdanie zabolało bardziej, niż powinno.
Bo dokładnie jak grę traktowałem całe swoje życie.
*
Następnego ranka zadzwonił ojciec.
— Wracasz.
Nie „czy wracasz”.
Nie „chciałbym, żebyś wrócił”.
— Nie.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Artur mówił, że zachowujesz się irracjonalnie.
— Artur przyjechał tu z Warszawy pięć minut po tym, jak znalazłem stare zdjęcie.
— Jakie zdjęcie?
Zawahał się odrobinę za długo.
— Wiesz jakie.
— Jakub…
— Co się wydarzyło dwanaście lat temu?
— To sprawy biznesowe.
— Stanisław Maj stracił przez te „sprawy biznesowe” karierę.
— Maj opowiedział ci swoją wersję.
— Jeszcze prawie nic mi nie opowiedział.
Ojciec westchnął.
— Posłuchaj mnie. Popełniłeś poważny błąd na drodze. Wysłałem cię z Łukaszem, bo chciałem, żebyś zobaczył inne życie. To miała być lekcja pokory, nie prywatne śledztwo.
— Ty mnie tam wysłałeś?
Zamilkł.
Łukasz powiedział mi przecież, że to był jego pomysł.
— Co?
— Powiedziałeś, że wysłałeś mnie z Łukaszem.
— Skrót myślowy.
— Tata.
— Wracaj do domu.
— Czy wiedziałeś, że babcia Łukasza mieszka kilometr od Majów?
Cisza.
Poczułem, jak serce zaczyna mi mocniej bić.
— Wiedziałeś.
— Jakub, nie wszystko wygląda tak, jak myślisz.
— Więc wyjaśnij.
— Nie przez telefon.
— Przyjedź.
Tym razem cisza trwała długo.
— Nie mogę.
— Czy nie chcesz?
Rozłączył się.
*
Łukasza znalazłem za stodołą.
Naprawiał stary ciągnik.
— Muszę cię o coś zapytać.
Spojrzał na moją twarz.
— Brzmi poważnie.