— Czy mój ojciec wiedział, że tu jadę?
Klucz wypadł mu z ręki.
I już miałem odpowiedź.
— Łukasz.
— Stary…
— Wiedział?
Usiadł na oponie.
— Zadzwonił do mnie dzień po wypadku.
Poczułem, jak narasta we mnie wściekłość.
— Co powiedział?
— Że chce cię wyciągnąć z Warszawy. Że potrzebujesz zwyczajnego życia. Wiedział, że jadę do babci.
— Powiedział coś o Majach?
— Nie.
— Na pewno?
— Jakub, przysięgam.
— Dlaczego nie powiedziałeś, że rozmawiałeś z nim?
— Bo poprosił, żebym nie mówił. Myślałem, że chodzi o ciebie. O to, żebyś nie potraktował wyjazdu jak kary wymyślonej przez ojca.
Odszedłem kilka kroków.
Nagle wszystko wyglądało inaczej.
Ojciec nie tylko pozwolił mi tu przyjechać.
On chciał, żebym tu trafił.
Tylko po co?
Żebym poznał Zofię?
Stanisława?
A może chciał, żebym coś znalazł?
*
Przez następne dni pracowałem więcej niż wcześniej.
Nie dlatego, że ktoś mnie zmuszał.
Potrzebowałem zmęczenia.
Gdy ciało bolało, umysł przestawał szaleć.
Zofia zaczęła mnie traktować inaczej. Ostrożniej, jakby żałowała, że otworzyła drzwi do przeszłości.
Ja tymczasem coraz częściej obserwowałem ją przy pracy.
Potrafiła o świcie opatrywać chore jagnię, w południe naprawiać ogrodzenie, wieczorem ćwiczyć z ojcem ruchy rehabilitacyjne, a w nocy czytać stare podręczniki do anatomii.
Pewnego dnia znalazłem formularze rekrutacyjne na fizjoterapię schowane między książkami.
Termin zgłoszeń mijał za tydzień.
— Dlaczego tego nie wyślesz?
Wyrwała mi dokumenty.
— Nie grzeb w moich rzeczach.
— Leżały na stole.
— To nadal moje.
— Chcesz studiować.
— Chciałam.
— Nadal chcesz.
— Nie zostawię taty.
— Można znaleźć kogoś do pomocy.
Spojrzała na mnie z politowaniem.
— Oczywiście. Po prostu wynajmę człowieka za pieniądze, których nie mam.
Pierwszą myślą było: zapłacę.
Jeszcze miesiąc wcześniej wypowiedziałbym ją natychmiast.
Tym razem ugryzłem się w język.
Zrozumiałem, jak obraźliwie mogłoby to zabrzmieć.
— A stypendium?
— Próbowałam.
— I?
— Muszę pokryć zakwaterowanie.
— Może uczelnia…
— Jakub.
— Dobrze.
Oddałem dokumenty.
— Przepraszam.
Zaskoczyłem ją.
Może siebie również.
*
Dwa dni później pojechaliśmy do miasteczka po części do pompy.
Wracając, Zofia skręciła na boczną drogę.
— Dokąd jedziemy?
— Chciałeś zobaczyć odwiert numer siedem.
Spojrzałem na nią.
— Myślałem, że to niebezpieczne.
— Jest.
— To czemu zmieniłaś zdanie?
— Bo wczoraj ktoś włamał się do naszej stodoły.
Zrobiło mi się zimno.
— Co zginęło?
— Nic.
— Więc czego szukał?
— Dokładnie.
Droga prowadziła między zalesionymi wzgórzami.
Po dwudziestu minutach zatrzymała samochód przed zardzewiałą bramą.
Tablica głosiła:
TEREN PRYWATNY
WSTĘP WZBRONIONY
NOVA MINERAŁY S.A.
— Znasz tę firmę? — spytała.
Nazwa nic mi nie mówiła.
Zrobiłem zdjęcie telefonem.
Zasięgu nie było.
Poszliśmy wzdłuż ogrodzenia.
Po kilkuset metrach znaleźliśmy miejsce, gdzie siatka była zerwana.
— To wygląda zbyt łatwo — powiedziałem.
— Możemy wrócić.
Przeszliśmy na drugą stronę.
Las był gęsty.
Zofia orientowała się według starej mapy geologicznej.
Po około czterdziestu minutach dotarliśmy do betonowego kręgu wystającego z ziemi.
Na boku niemal całkowicie starła się farba.
Ale wciąż widziałem cyfrę.
7.
Serce zabiło mi szybciej.
— I co teraz?
Zofia uklękła przy betonowej podstawie.
— Tata powiedział kiedyś, że najważniejsze rzeczy ukrywa się tam, gdzie wszyscy już szukali.
Oczyściliśmy ziemię.
Nic.
Obeszliśmy krąg.
Nic.
Po godzinie byłem pewien, że przyjechaliśmy na próżno.
Wtedy Zofia zobaczyła fragment metalu.
Z ziemi wystawał zardzewiały uchwyt.
Kopaliśmy rękami.
Pod warstwą gliny znajdowała się metalowa skrzynka.
Zamek był skorodowany.
Uderzyłem kamieniem.
Puścił po trzecim razie.
W środku leżały trzy rzeczy.
Mały notatnik.
Próbka skały w zabezpieczonej tubie.
I stara pamięć USB owinięta folią.
— To niemożliwe — wyszeptała Zofia.
Usłyszeliśmy silnik.
Potem drugi.
Między drzewami pojawiły się światła.
— Ochrona — powiedziała.
Zabraliśmy wszystko i pobiegliśmy.
Po raz pierwszy od wypadku naprawdę się bałem.
Nie o samochód.
Nie o reputację.
O człowieka obok mnie.
Przeskoczyliśmy przez zerwaną siatkę kilka sekund przed tym, jak z lasu wyszli dwaj mężczyźni.
Nie gonili nas.
Jeden tylko zrobił zdjęcie.
*
Pamięć USB otworzyliśmy na starym komputerze Łukasza.
Było na niej kilkadziesiąt plików.
Raporty laboratoryjne.
Mapy.
Zdjęcia rdzeni.
Skan korespondencji.
A także nagranie audio.
Data: dwanaście lat wcześniej.
Głos mojego ojca usłyszałem natychmiast.
„Staszek, jeśli podpiszesz pierwotną wersję, zarząd cię zniszczy.”
Potem głos Stanisława:
„Jeżeli podpiszę zmienioną, zatrują wodę tysiącom ludzi.”
Ojciec:
„Nie mówię, żebyś ją podpisał. Mówię, żebyś dał mi czterdzieści osiem godzin.”
Stanisław:
„Po co?”
Ojciec:
„Żebym znalazł, kto wyprowadza pieniądze i fałszuje analizy.”
Nagranie urywało się.
Spojrzałem na Zofię.
— On próbował mu pomóc.
— Albo chciał tak wyglądać.
Na USB znajdował się jeszcze jeden folder.
„BW”.
Kliknąłem.
Hasło.
Próbowaliśmy nazw.
Dat.
Bez skutku.
Stanisław siedział w kuchni.
Kiedy pokazaliśmy mu USB, rozpłakał się.
Nie dramatycznie.
Po prostu zamknął oczy, a po jego twarzy spłynęły łzy.
— Myślałem, że zginęła.
— Co jest w folderze BW?
Spojrzał na mnie.
— Nie wiem.
— Jak może pan nie wiedzieć?
— Bo stworzył go twój ojciec.
*
Następnego dnia czarny mercedes wrócił.