— Pracuję u nich prawie dekadę — powiedziała. — Wiem, że ludzie patrzą na gospodynię i myślą, że nie słyszy. Nie widzi. Nie rozumie.

— Skąd to masz?

— Pani Krystyna kazała mi przygotować gabinet pana Henryka do remontu. W starej zamykanej szafce były dokumenty. Myślałam, że to rachunki medyczne.

— Dlaczego otworzyłaś kopertę?

Teresa spojrzała na mnie.

— Bo na jednej było imię Mai.

Nie miałam o to pretensji.

Wyjęła pierwszy plik.

Dokumentację z kliniki.

Nazwiska lekarzy.

Daty.

Zgody.

Na kopii formularza dotyczącego materiału biologicznego widniał podpis Artura.

Tyle że Artur twierdził później, że podpis został sfałszowany.

W rubryce dawcy widniał kod, nie nazwisko.

Dopiero dołączone późniejsze badania wykazały, że kod odpowiadał Henrykowi.

— Dlaczego? — wyszeptała Anna.

Teresa otworzyła drugi plik.

— Ponieważ sześć lat temu ktoś odkrył, że pan Artur prawdopodobnie nie może mieć biologicznych dzieci.

Spojrzałam na nią.

Nie zrozumiałam.

— Co?

— Jest wynik badania płodności.

Wzięłam kartkę.

Data: siedem lat wcześniej.

Pacjent: Artur Wysocki.

Wniosek: skrajnie obniżone parametry, prawdopodobieństwo naturalnego zapłodnienia minimalne.

Nagle wszystko wokół stało się nierealne.

Klara.

Kamila.

Zosia.

Maja.

— Nie — powiedziałam.

Teresa natychmiast pokręciła głową.

— To nie znaczy, że starsze dziewczynki nie są jego.

— Ale Marcel…

— Właśnie.

Wyjęła trzeci dokument.

Badanie DNA Marcela, to, które Artur przedstawił matce.

Na pierwszy rzut oka wyglądało zwyczajnie.

Dopiero prawnik, mecenas Paweł Kosiński, który dołączył do nas kilkanaście minut później, zauważył szczegół.

— Kod laboratorium nie istnieje — powiedział.

— Jak to?

— Sprawdzę oficjalnie, ale format numeru jest błędny. Poza tym dokument nie zawiera numeru akredytacji.

Teresa skinęła głową.

— Bo pani Sabina nie zrobiła tego badania w laboratorium.

— Skąd wiesz?

— Słyszałam jej rozmowę z Damianem.

Anna zesztywniała.

Ja chyba przestałam oddychać.

— Z Damianem?

— Trzy tygodnie temu. W garażu. Kłócili się.

Teresa ściszyła głos.

— Pani Sabina powiedziała: „Miałeś załatwić, żeby wyglądało prawdziwie. Jeśli Artur sprawdzi DNA jeszcze raz, jesteśmy skończeni”.

Przesunęłam dłonie pod stół, żeby nikt nie widział, jak drżą.

— Marcel jest synem Damiana?

— Nie wiem — odpowiedziała Teresa. — Ale słyszałam jeszcze jedno.

— Co?

— Damian powiedział: „Nie obchodzi mnie, czyj jest. Ważne, żeby matka zobaczyła wnuka i wyrzuciła Mariannę z firmy”.

Wtedy mecenas Kosiński odłożył dokument.

— Pani Marianno, muszę zapytać o coś ważniejszego. Co się stanie z udziałami firmy, jeżeli pani umrze albo zostanie uznana za niezdolną do zarządzania?

Pytanie wydawało się absurdalne.

— Moje czterdzieści trzy procent przechodzi na córki.

— Wszystkie?

— W równych częściach.

— Kto zarządzałby udziałami najmłodszych?

Zamilkłam.

W naszym starym testamencie opiekunem majątku dzieci był Artur.

Prawnik powoli skinął głową.

— Proszę natychmiast zmienić testament.

Tego samego dnia to zrobiłam.

Ale to dopiero początek.

*

Przez kolejne trzy dni zaczęła wychodzić na jaw konstrukcja kłamstwa, która była znacznie większa niż romans Artura.

Najpierw potwierdziliśmy, że dokument przedstawiony przez Sabinę jako test ojcostwa Marcela został sfałszowany.

Później, po formalnym badaniu wykonanym za zgodą Artura, okazało się, że Marcel rzeczywiście nie był jego synem.

Nie był też synem Damiana.

Sabina przez kilka godzin odmawiała wskazania biologicznego ojca.

W końcu przyznała, że był nim jej były partner, z którym rozstała się przed poznaniem Artura.

Cała historia o „synu Wysockiego” została wymyślona.

Ale nie wyłącznie przez Sabinę.

Pomysł należał do Damiana.

To on dowiedział się o romansie brata i szybko zrozumiał, jak można go wykorzystać.

Artur, zaślepiony własną potrzebą uznania i wieloletnim kompleksem wobec oczekiwań matki, uwierzył w pierwszy podsunięty mu dokument.

Sabina miała otrzymać pieniądze i mieszkanie.

Damian miał dostać stanowisko w firmie.

A Krystyna?

Krystyna dostałaby wnuka.

Mężczyznę, choćby tylko na papierze.

Najbardziej chore było jednak to, że Artur nie potrzebował wiele zachęty.

Chciał uwierzyć.

To bolało bardziej niż oszustwo.

Nie chodziło przecież wyłącznie o Sabinę. Chodziło o to, że cztery żywe, inteligentne, kochające go córki okazały się dla niego mniej warte niż fałszywe badanie i chłopiec, którego znał od kilku miesięcy.

Jednocześnie mecenas Kosiński zajął się dokumentacją Mai.

Klinika w Poznaniu nadal działała, choć pod inną nazwą.

Pierwsza odpowiedź była wymijająca.

Druga — jeszcze gorsza.

„Ze względu na upływ czasu część dokumentacji archiwalnej mogła zostać przeniesiona.”

Kosiński wysłał formalne wezwanie do zabezpieczenia materiałów.

Dwa dni później zadzwonił.

— Mamy problem.

— Jaki?

— Dyrektor medyczny z tamtego okresu nazywał się doktor Roman Bielawski.

— I?

— Był prywatnym znajomym Henryka Wysockiego.

Usiadłam.

— Jak bliskim?

— Wspólnie zasiadali w radzie fundacji biznesowej.

Następnego dnia pojawił się jeszcze jeden element.

Przelew.

Sześć lat wcześniej, trzy dni przed moim zabiegiem, z prywatnego konta Krystyny wysłano sto dwadzieścia tysięcy złotych na firmę konsultingową należącą do żony doktora Bielawskiego.

Tytuł?

„Usługi doradcze”.

Nie było żadnej umowy.

Żadnego raportu.

Żadnego śladu usługi.

Kiedy mecenas pokazał mi potwierdzenie, nie płakałam.

Byłam zbyt wściekła.

— Oni wybrali dawcę.

— Tego jeszcze nie możemy powiedzieć.