„Pacjentka: Maja Wysocka. Materiał porównawczy: Henryk Wysocki.”
Wynik pokrewieństwa wynosił 99,8 procent.
Tyle że w rubryce „deklarowana relacja” nie wpisano „dziadek”.
Wpisano jedno słowo:
„ojciec”.
CZĘŚĆ 3
Przez kilka sekund nie słyszałam stukotu kół, rozmów pasażerów ani głosu Mai, która siedziała naprzeciwko mnie i kolorowała coś w zeszycie.
Patrzyłam tylko na ekran.
Ojciec.
Henryk Wysocki.
Ojciec Mai.
Mój były teść.
Niemożliwe.
To słowo pojawiło się w mojej głowie tak gwałtownie, że niemal je wypowiedziałam. Przesuwałam palcem po zdjęciu, powiększałam datę, nazwisko, numer laboratorium. Szukałam literówki, fragmentu sugerującego pomyłkę, czegokolwiek.
Nie znalazłam.
A potem przyszło drugie, bardziej racjonalne pytanie.
Jeżeli Henryk rzeczywiście był biologicznym ojcem mojego dziecka, to kiedy?
I jak?
Nie miałam z nim romansu. Nigdy go nie pragnęłam. Nigdy nie znalazłam się z nim w sytuacji, której nie pamiętałam.
Sześcioletnia Maja była wynikiem ciąży, o którą z Arturem staraliśmy się długo. Przez lata zakładałam, że to po prostu kolejna córka poczęta w małżeństwie.
Dopiero po narodzinach trzeciego dziecka Artur zaczął obsesyjnie mówić o synu. Nie dlatego, że sam tak bardzo pragnął chłopca. Presja pochodziła od Krystyny i Henryka. Każdy rodzinny obiad zamieniał się w subtelne przesłuchanie.
„Może powinniście zrobić badania.”
„Może problem jest hormonalny.”
„Może trzeba pomóc naturze.”
Kiedy po roku bezskutecznych starań zaproponowano nam klinikę w Poznaniu, nie widziałam w tym niczego złego.
Właśnie to wspomnienie uderzyło mnie teraz.
Klinika.
Zabiegi.
Badania.
Leki.
Mrożone próbki.
Poczułam, jak robi mi się niedobrze.
— Mamo? — Klara wychyliła się z siedzenia obok. — Wszystko dobrze?
Zablokowałam telefon.
— Tak.
Spojrzała na mnie dłużej.
Klara miała piętnaście lat, ale w ciągu ostatnich sześciu miesięcy dorosła szybciej, niż powinna. Podsłuchała część naszych kłótni z Arturem. Wiedziała o Sabinie wcześniej niż młodsze siostry. To ona pewnej nocy znalazła mnie w kuchni, kiedy siedziałam przy stole i próbowałam zdecydować, czy chcę jeszcze ratować małżeństwo.
Nie uwierzyła mi teraz.
— To nie wygląda jak „tak”.
— Muszę coś sprawdzić.
— Z tatą?
To pytanie zabrzmiało prawie obojętnie.
Prawie.
— Z całą rodziną.
Odwróciłam się do okna.
Przez następne pół godziny próbowałam dodzwonić się do Teresy. Bez skutku.
W końcu wysłałam wiadomość:
„Nie ujawniaj niczego, dopóki nie będę wiedziała, skąd masz te dokumenty.”
Przez dziesięć minut cisza.
Potem odpowiedź:
„Za późno.”
*
W Konstancinie przyjęcie rozpoczęło się o dziewiętnastej.
Dowiedziałam się o tym później od trzech różnych osób, ale najpełniejszą relację otrzymałam od Teresy.
Krystyna Wysocka dopilnowała każdego szczegółu. Stary ogród został oświetlony girlandami ciepłych lamp. Na białych obrusach stały kryształowe wazony. Przyjechali kontrahenci, krewni, sąsiedzi i kilku ludzi, którzy od lat zabiegali o względy rodziny.
Nie zaproszono żadnej z moich córek.
Mnie oczywiście również.
Oficjalnie miało to być „kameralne rodzinne spotkanie”.
W praktyce był to pokaz triumfu.
Sabina pojawiła się w długiej kremowej sukni. Marcel miał granatową marynarkę i muszkę. Artur stał obok nich jak człowiek, który właśnie odzyskał coś, czego pozbawiano go przez piętnaście lat.
Krystyna promieniała.
Henryk podobno wyglądał znacznie gorzej.
Siedział przy bocznym stole i niemal nie pił. Kilka razy próbował rozmawiać z żoną na osobności, ale zbywała go.
Teresa przez cały wieczór nosiła żółtą kopertę pod fartuchem.
O dwudziestej pierwszej Krystyna poprosiła wszystkich o uwagę.
Przyniesiono drewniane pudełko.
Wewnątrz leżał sygnet.
Ten sam, który Henryk odziedziczył po swoim ojcu, a jego ojciec po dziadku.
— Rodzina — zaczęła Krystyna — to nie tylko nazwisko. To ciągłość.
Teresa mówiła mi później, że właśnie przy tym słowie Henryk zamknął oczy.
Krystyna kontynuowała:
— Przez lata zastanawialiśmy się, komu pewnego dnia przypadnie odpowiedzialność za zachowanie naszego dziedzictwa.
Nie powiedziała „naszym wnukom”.
Nie powiedziała „dzieciom Artura”.
Powiedziała „komu”.
Jakby moje córki były pomyłkami technicznymi.
Marcel został przywołany do przodu.
Sabina położyła dłonie na jego ramionach.
Artur się uśmiechał.
Krystyna otworzyła pudełko.
I wtedy Teresa wyszła z kuchni.
— Proszę tego nie robić.
Kilka osób się roześmiało, sądząc, że gospodyni pomyliła moment.
Krystyna nawet nie odwróciła głowy.
— Tereso, wróć do środka.
— Nie mogę.
— To prywatne wydarzenie.
— Właśnie dlatego powinnam powiedzieć to przy rodzinie.
Henryk poderwał się z miejsca.
Za późno.
Teresa wyjęła kopertę.
— Zanim pani założy temu chłopcu sygnet, powinniśmy porozmawiać o sześcioletniej dziewczynce.
Artur podobno zrobił krok do przodu.
— O czym ty mówisz?
— O Mai.
Krystyna zbladła.
I to właśnie jej reakcja była pierwszym dowodem, że nie wszyscy zostali zaskoczeni.
Teresa zauważyła to natychmiast.
— Pani wiedziała.
Krystyna próbowała odzyskać kontrolę.
— Nie mam pojęcia, co sobie ubzdurałaś.
— Wiem, gdzie trzymaliście dokumentację z kliniki.
Henryk powiedział tylko jedno:
— Krystyno.
Jedno słowo.
Ostrzeżenie.
Błaganie.
A może oskarżenie.
Teresa wyjęła pierwszą kartkę.
— Sześć lat temu zlecono badania genetyczne dotyczące Mai Wysockiej. Wynika z nich, że Artur Wysocki nie jest jej biologicznym ojcem.
Podobno nikt nawet nie oddychał.
Sabina natychmiast objęła Marcela mocniej.
Damian, który stał przy barze, parsknął.
— Wiedziałem, że Marianna nie jest taka święta.
I wtedy Teresa spojrzała prosto na niego.