— Pan powinien być ostatnią osobą, która się śmieje.
Wyjęła drugą kartkę.
— Badano również pana. Pokrewieństwo wykluczono.
Damianowi zniknął uśmiech.
Artur wyrwał Teresie dokument.
— Kto w takim razie…
Nie dokończył.
Zobaczył nazwisko.
Henryk.
Według Teresy Artur nie krzyknął.
To było gorsze.
Stał nieruchomo, czytając ten sam fragment kilkakrotnie, jakby język polski przestał mieć sens.
Potem spojrzał na ojca.
— Ty?
Henryk nie odpowiedział.
Krystyna weszła pomiędzy nich.
— To nie jest takie, jak myślisz.
Zdanie, które mówi człowiek, kiedy dokładnie jest takie, jak wszyscy myślą — albo jeszcze gorsze.
Artur ruszył w stronę ojca, ale dwóch kuzynów złapało go za ramiona.
— Dotknąłeś mojej żony?
— Nie! — Henryk krzyknął pierwszy raz. — Nigdy jej nie dotknąłem!
— Dokument mówi…
— Wiem, co mówi!
Wtedy Krystyna powiedziała:
— Dosyć.
Podobno w jej głosie nie było paniki.
Była złość.
Jakby największym problemem nie była tajemnica, tylko fakt, że tajemnica przestała należeć wyłącznie do niej.
Teresa podniosła kolejną kartkę.
— Jest jeszcze faktura z kliniki.
I właśnie wtedy Krystyna rzuciła się, by wyrwać jej kopertę.
Nie zdążyła.
Henryk stanął pomiędzy nimi.
— Nie.
To był moment, w którym wszystko się zmieniło.
Bo Henryk przestał chronić żonę.
— Powiedz im — powiedział do Teresy. — Skoro już zaczęłaś, powiedz wszystko.
*
Gdy dotarłyśmy do Gdańska, moja siostra Anna czekała na peronie.
Nie widziałyśmy się cztery miesiące.
Przytuliła dziewczynki tak mocno, że Maja zaczęła się śmiać, a ja po raz pierwszy tego dnia poczułam coś przypominającego bezpieczeństwo.
Anna spojrzała na mnie ponad głową Zosi.
— Wyglądasz okropnie.
— Dzięki.
— Wiesz, co mam na myśli.
Wiedziała o rozwodzie. Wiedziała o zdradzie. Nie wiedziała o wiadomościach Teresy.
Jeszcze nie.
Mieszkanie, które znalazła, znajdowało się we Wrzeszczu. Trzy pokoje, stare drewniane podłogi, niewielki balkon. Dla pięciu osób ciasne, ale kiedy weszłam do środka, poczułam ulgę.
Nie było tam portretów Wysockich.
Nie było Krystyny.
Nie było Artura.
Dziewczynki rozłożyły materace. Anna zamówiła pizzę. Maja zasnęła pierwsza, przytulona do plecaka.
Dopiero kiedy wszystkie znalazły się w pokoju, pokazałam Annie telefon.
Czytała bez słowa.
Potem usiadła.
— Marianna… czy w tej klinice podawano ci jakieś środki uspokajające?
— Nie w tym sensie.
— Pamiętasz wszystkie wizyty?
— Tak.
Zawahałam się.
Prawie wszystkie.
W Poznaniu byliśmy trzy razy.
Za pierwszym razem konsultacja.
Za drugim pobranie komórek jajowych.
Za trzecim transfer.
Wtedy lekarz zapewnił mnie, że wykorzystano materiał Artura.
Pamiętałam podpisywane formularze.
Pamiętałam koperty.
Pamiętałam pielęgniarkę, która powiedziała, że część dokumentacji została już przygotowana przez męża.
I nagle pamiętałam jeszcze coś.
Henryk sam zawiózł nas na drugą wizytę.
Artur przyjechał dopiero wieczorem, twierdząc, że utknął na spotkaniu biznesowym.
— O Boże — powiedziałam.
Anna natychmiast zrozumiała.
— Myślisz, że zamienili próbkę?
— Nie wiem.
— Kto to jest „oni”?
Spojrzałam na nią.
Tego właśnie nie wiedziałam.
Telefon zadzwonił.
Artur.
Odrzuciłam połączenie.
Zadzwonił ponownie.
Potem trzeci raz.
Za czwartym odebrałam.
Nie powiedział „cześć”.
— Czy wiedziałaś?
Jego głos był zachrypnięty.
— O czym?
— Nie rób tego.
— Artur, godzinę temu dowiedziałam się, że człowiek, którego przez szesnaście lat nazywałam teściem, może być biologicznym ojcem mojego dziecka.
— Naszego dziecka.
— Dzisiaj przed sądem zachowywałeś się, jakby żadna z nich nie była twoja.
Cisza.
Trafiłam.
— Odpowiedz mi — powiedział. — Wiedziałaś?
— Nie.
— Przysięgnij.
— Nie będę ci niczego przysięgać. Ty zdradzałeś mnie przez miesiące, sprowadziłeś kochankę do naszego życia, pozwoliłeś matce traktować nasze córki jak odpady, a teraz urządzasz przesłuchanie mnie?
— Mój ojciec jest na tym badaniu.
— Wiem.
— Więc jak mam…
— Zapytaj klinikę.
Oddech Artura urwał się.
— Co?
— Jeżeli Henryk mówi, że mnie nie dotknął, a ja wiem, że tego nie zrobił, pozostaje klinika.
Długa cisza.
— Marianna…
Po raz pierwszy od miesięcy usłyszałam w jego głosie strach.
— Co?
— Moja matka wiedziała.
Zacisnęłam palce na telefonie.
— Skąd?
— Kiedy Teresa pokazała dokument, matka nie spojrzała na ojca. Spojrzała na mnie.
— I?
— Powiedziała, żebym nie robił sceny, bo „to zostało zrobione dla rodziny”.
Poczułam chłód na karku.
— Co zostało zrobione?
— Nie chce powiedzieć.
— A Henryk?
— Zamknął się w gabinecie.
— A Teresa?
— Zniknęła.
— Co znaczy „zniknęła”?
— Wyszła. Nie odbiera.
Rozłączyłam się.
Pięć minut później Teresa zadzwoniła do mnie sama.
Była w taksówce.
— Mam oryginały.
— Jedź na policję.
— Jeszcze nie.
— Dlaczego?
— Bo te dokumenty nie dotyczą tylko Mai.
Poczułam, że żołądek ściska mi się po raz kolejny.
— Kogo jeszcze?
— Marcela.
*
Teresa dotarła do Gdańska następnego dnia przed południem.
Przyjechała pociągiem nocnym.
Nie pozwoliłam jej przychodzić bezpośrednio do mieszkania. Spotkałyśmy się z Anną w małej kawiarni naprzeciwko kancelarii, którą polecił jej znajomy prawnik.
Teresa wyglądała, jakby postarzała się o dziesięć lat w jedną noc.
Położyła żółtą kopertę na stole.