Właśnie wyjmowała kopertę, kiedy drzwi się otworzyły.
Halina stała w granatowym szlafroku.
Wyglądała na starszą niż kilka dni wcześniej.
— Nie chcę was tutaj.
— Potrzebuję dokumentu cesji.
Jej twarz stężała.
— Nie wiem, o czym mówisz.
— Kamil twierdzi, że go masz.
To zabolało.
Widziałam.
— Ten idiota — wyszeptała.
Joanna natychmiast wyciągnęła telefon.
— Proponuję, żeby od tej chwili uważała pani na każde słowo.
Halina spojrzała na nią.
— Kim pani jest?
— Pełnomocniczką Marty.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
W końcu Halina cofnęła się.
— Wejdźcie.
Dom pachniał kawą i drogimi perfumami.
Na stole w jadalni nadal stały bukiety z urodzin.
Sześćdziesiąt białych róż.
Nagle poczułam wściekłość.
W czasie gdy leżałam sama w szpitalu, tutaj wznoszono toasty.
Halina usiadła.
— Kamil wszystko zepsuł.
— Nie tylko Kamil.
— Nie rozumiesz, jak działa biznes.
Joanna spojrzała na mnie.
Prawie się uśmiechnęłam.
— Halino, od dwunastu lat badam oszustwa finansowe.
Kobieta zamilkła.
— To znaczy… — zaczęła.
— Tak. Naprawdę.
Widziałam, jak zmienia się jej twarz.
Przez lata traktowała moją pracę jak nudne „liczenie faktur”.
— W takim razie powinnaś rozumieć, że czasem trzeba przenosić środki.
— Nie cudze.
— To miała być pożyczka.
— Gdzie jest umowa?
Nie odpowiedziała.
— Fundacja dostała prawie dwa miliony.
— Na inwestycję.
— Jaką?
— Dom opieki.
— Gdzie?
Znów cisza.
Joanna pochyliła się.
— Pani Halino, jeżeli środki z kredytu uzyskanego na podstawie podrobionego dokumentu zostały przelane do kontrolowanej przez panią fundacji, sytuacja jest znacznie poważniejsza niż rodzinny spór.
Halina zacisnęła palce.
— Daniel powiedział, że wszystko jest legalne.
— Daniel wiele mówi — odpowiedziałam. — Pokaż mi cesję.
Przez chwilę sądziłam, że odmówi.
Potem wstała.
Wróciła z szarą teczką.
Dokument miał cztery strony.
Na pierwszej znajdowało się moje nazwisko.
Na ostatniej mój podpis.
Tym razem jednak nie był kopią starego podpisu.
Był inny.
Bardzo podobny.
Ale nie identyczny.
Ktoś ćwiczył.
Poczułam mdłości.
— Kto to podpisał?
Halina pobladła.
— Daniel to przyniósł.
— Pytałam, kto podpisał.
— Nie wiem.
— Halino.
— Nie wiem!
Po raz pierwszy krzyknęła.
— Myślisz, że wszystko planowałam? Myślisz, że chciałam okraść własnego syna?
— Mnie pytasz?
Zamilkła.
Potem usiadła i zasłoniła twarz.
— Kamil miał długi.
— Wiem.
— Większe, niż ci powiedział.
Joanna i ja wymieniłyśmy spojrzenia.
— Jak duże?
— Dziewięć milionów.
Poczułam ścisk w klatce piersiowej.
— Powiedział o sześciu.
— Bo nie wiedział o wszystkim.
— Jak może nie wiedzieć o długach własnej firmy?
Halina spojrzała na mnie zaczerwienionymi oczami.
— Bo część nie była jego.
*
Prawda wychodziła warstwami.
Każda kolejna była gorsza.
Dwa lata wcześniej Halina poznała Daniela Kurka podczas konferencji dla lokalnych przedsiębiorców. Przedstawił się jako doradca pomagający rodzinnym firmom zdobywać finansowanie.
Kamil potrzebował pieniędzy na rozwój.
Daniel miał kontakty.
Początkowo wszystko wyglądało normalnie.
Kredyty.
Leasingi.
Faktoring.
Potem Daniel zaproponował system, w którym spółka Kamila wystawiała część gwarancji dla podmiotów powiązanych z jego klientami.
— Kamil się zgodził? — zapytałam.
Halina skinęła głową.
— Na początku.
— Czytał dokumenty?
— Tak.
To mnie zabolało bardziej niż chciałam przyznać.
Kamil nie był więc niewinnym człowiekiem oszukanym od pierwszego dnia.
Podjął ryzyko.
Świadomie.
— Potem chciał się wycofać — ciągnęła Halina. — Ale Daniel powiedział, że jeśli zerwie umowę, gwarancje staną się natychmiast wymagalne.
— I wtedy pojawił się pomysł wykorzystania mojego majątku.
Halina spuściła wzrok.
— Tak.
— Twój czy Daniela?
— Daniela.
— A ty?
Długo nie odpowiadała.
— Zgodziłam się.
Joanna przestała pisać.
— Na co dokładnie?
Halina spojrzała na mnie.
— Żeby tymczasowo użyć mieszkania jako zabezpieczenia.
— Bez mojej wiedzy.
— Kamil miał ci powiedzieć.
— Nie powiedział.
— Wiem.
— A podpis?
— Daniel powiedział, że jego ludzie przygotują dokumenty.
Zacisnęłam dłonie.
— Czy wiedziałaś, że podpis nie jest mój?
Łzy pojawiły się w jej oczach.
— Wiedziałam, że cię nie zapytano.
Nie była to pełna odpowiedź.
Ale wystarczająca.
— Czyli wiedziałaś.
— Mieliśmy to wycofać po sześciu tygodniach.
— Sześć tygodni kradzieży nadal jest kradzieżą.
— Chciałam ratować syna.
— Kosztem mnie.
Halina pokręciła głową.
— Nie rozumiesz.
— Rozumiem doskonale.
Wstałam.
— Traktowałaś mnie jak zewnętrzny zasób. Nie jak rodzinę.
— Marta…
— Nawet kiedy rodziłam, kazałaś mu zostać na kolacji.
Jej twarz zmieniła się.
— Nie wiedziałam, że naprawdę zaczęłaś rodzić.
Zamarłam.
— Słyszałaś mnie przez telefon.
— Kamil powiedział, że przesadzasz.
— A ty powiedziałaś, że kobiety rodzą od tysięcy lat.
Jej usta drgnęły.
— Byłam zdenerwowana.
— Dlaczego?
Nie odpowiedziała.
Nagle przypomniałam sobie, co powiedział Kamil.
Daniel był na urodzinach.
— Nie chodziło o przyjęcie — powiedziałam. — Daniel przyszedł tam po coś.
Halina pobladła.
— Co miało zostać podpisane tamtego wieczoru?
Joanna uniosła głowę.
Halina wstała tak gwałtownie, że krzesło przesunęło się po podłodze.
— Musicie wyjść.
— Co miało zostać podpisane?
— Powiedziałam, wyjdźcie.
— Halino.
— WYJDŹCIE!
Nie nalegałyśmy.
W drzwiach odwróciłam się.