— Radziłbym ci bardzo uważać na następne słowa.
Kamil spojrzał na niego, potem na mnie.
— Marta, możemy porozmawiać sami?
— Nie.
Wyjęłam teczkę z wydrukami.
— Znalazłam też pełnomocnictwo.
Kamil zesztywniał.
Na dokumencie widniał mój podpis.
Tyle że nigdy go nie złożyłam.
Pełnomocnictwo pozwalało Kamilowi zaciągnąć zobowiązanie zabezpieczone moim mieszkaniem odziedziczonym po mamie.
— Kto to podpisał? — zapytałam.
Jego usta drgnęły.
W tej samej chwili ojciec położył na stole drugi dokument.
— To nie jest najgorsze.
Spojrzałam na nagłówek.
Wniosek kredytowy.
Kwota: sześć milionów złotych.
Poręczyciel: Marta Nowak.
A pod spodem widniała data sprzed dwóch tygodni.
Dzień, w którym leżałam w szpitalu na obserwacji.
CZĘŚĆ 3
Nie pamiętam, jak długo patrzyłam na datę.
Prawdopodobnie kilka sekund.
W mojej głowie trwało to znacznie dłużej.
Widziałam siebie sprzed dwóch tygodni: siedzącą na szpitalnym łóżku, z aparatem KTG przypiętym do brzucha, przerażoną po nagłym skoku ciśnienia. Kamil przyjechał wtedy późnym wieczorem. Przyniósł sok, ładowarkę do telefonu i ten swój spokojny uśmiech, który przez lata uważałam za dowód, że przy nim nic złego nie może się wydarzyć.
Powiedział, że musiał wcześniej wyjść ze spotkania, bo „rodzina jest najważniejsza”.
Teraz przede mną leżał dokument, według którego tego samego dnia miałam osobiście podpisać poręczenie warte sześć milionów złotych.
— To niemożliwe — powiedziałam.
Kamil przetarł twarz.
— Mogę to wyjaśnić.
— W takim razie zacznij.
Nie ruszył się.
Ojciec spokojnie położył Antoniego do gondoli stojącej obok kanapy. Dziecko westchnęło przez sen i zacisnęło maleńką dłoń.
Ten drobny ruch paradoksalnie uspokoił mnie bardziej niż cokolwiek innego.
Nie mogłam pozwolić sobie na chaos.
Nie teraz.
— Kamil — powtórzyłam. — Sześć milionów.
Usiadł ciężko na fotelu.
— Firma miała problemy.
To było pierwsze zdanie, które brzmiało prawdziwie.
Kamil prowadził niewielką spółkę zajmującą się wyposażeniem wnętrz komercyjnych. Przez pierwsze lata radziła sobie dobrze. Nigdy jednak nie pozwalał mi zajrzeć głębiej w jej finanse.
„Nie przynośmy pracy do domu” — mawiał.
Teraz niemal chciało mi się śmiać.
Ja nie przynosiłam pracy do domu.
On przyniósł do domu przestępstwo.
— Jakie problemy?
— Straciliśmy dwa duże kontrakty.
— Kiedy?
Milczenie.
— Kiedy, Kamil?
— Jesienią zeszłego roku.
Prawie rok.
Przez prawie rok codziennie budziłam się obok człowieka, który wiedział, że jego firma się rozpada, i nie powiedział mi ani słowa.
— A HM Doradztwo Rodzinne?
Jego szczęka stwardniała.
— Mama pomagała.
Ojciec prychnął cicho.
— W czym? W opróżnianiu konta waszej córki?
Kamil rzucił mu ostre spojrzenie.
— To sprawa między mną a moją żoną.
— Była twoją żoną również trzy dni temu, kiedy rodziła sama.
W pokoju zrobiło się cicho.
Kamil spuścił wzrok.
Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że nadal miał na ręce złoty zegarek.
Nie ten, który kupił Halinie.
Drugi.
Kilka miesięcy temu powiedział mi, że dostał go od klienta.
Zaczynałam nagle kwestionować każdą historię, jaką opowiedział mi przez ostatnie lata.
— Potrzebuję pełnego obrazu — powiedziałam. — Od początku.
— Marta…
— Jeżeli jeszcze raz powiesz, że jestem zmęczona albo emocjonalna, rozmowa się kończy.
Spojrzał na mnie.
Po raz pierwszy nie widziałam w jego oczach irytacji.
Widziałam strach.
— Firma potrzebowała finansowania pomostowego — powiedział. — Bank postawił dodatkowe warunki.
— Jakie?
— Zabezpieczenie prywatnym majątkiem.
— Twoim?
Znów cisza.
Właśnie wtedy wszystko zaczęło układać się w wyjątkowo brzydki obraz.
— Nie masz już swojego mieszkania — powiedziałam.
Kamil drgnął.
Kupił kawalerkę na długo przed naszym ślubem. Przez lata wynajmował ją studentom. Kilka miesięcy wcześniej powiedział mi, że lokator się wyprowadził i remontuje lokal.
— Sprzedałeś ją?
Nie odpowiedział.
— Kamil.
— Tak.
— Kiedy?
— W lutym.
Osiem miesięcy wcześniej.
— A samochód?
— Marta, przestań.
— Samochód też?
Jego milczenie wystarczyło.
Ojciec usiadł przy stole.
Nie wyglądał na zaskoczonego.
— Wiedziałeś? — zapytałam.
— Podejrzewałem. Moi ludzie sprawdzili publiczne rejestry, kiedy zobaczyłem dokument.
Kamil wstał.
— „Twoi ludzie”? Sprawdzacie mnie teraz?
Ojciec spojrzał na niego bez emocji.
— Podrobiłeś podpis mojej córki na zobowiązaniu za sześć milionów złotych. Uważaj się za szczęściarza, że na razie tylko sprawdzamy dokumenty.
— Nikt niczego nie podrobił!
Pierwszy raz podniósł głos.
Antoni poruszył się w gondoli.
Natychmiast podeszłam do niego.
Kamil zrobił krok w naszym kierunku.
— Nawet nie próbuj — powiedziałam.
Zatrzymał się.
Coś pojawiło się na jego twarzy.
Ból?
Wstyd?
Być może oba.
Ale nie pozwoliłam sobie tego analizować.
Przez czternaście godzin porodu czekałam, aż wejdzie przez drzwi.
Nie wszedł.
Miałam już dość czekania na wersję Kamila, która nigdy nie istniała.
*
Tego samego dnia poprosiłam go, żeby się wyprowadził.
Nie protestował długo.
Najbardziej przeraziło mnie właśnie to.
Spodziewałam się krzyku, oskarżeń, zapewnień, że wszystko robił „dla nas”. Zamiast tego wszedł do sypialni, spakował dwie walizki i przez prawie cały czas milczał.
Przy drzwiach zatrzymał się.
— Nie rób niczego pochopnego.
— To już mówiłeś.
— Mówię poważnie.
— Ja też.
Spojrzał w stronę pokoju Antoniego.
— Mogę go zobaczyć?
Przez moment chciałam powiedzieć nie.