Gniew podsuwał mi dziesiątki argumentów.

Ale Kamil był jego ojcem.

A Antoni nie był narzędziem w naszym konflikcie.

— Dwie minuty.

Weszliśmy razem.

Kamil stanął przy łóżeczku i patrzył na syna. Nie dotknął go.

Jego twarz wyglądała inaczej niż przy rozmowie o pieniądzach. Jakby dopiero teraz docierało do niego, co wydarzyło się trzy dni wcześniej.

— Jest podobny do ciebie — powiedział cicho.

Nie odpowiedziałam.

— Marta…

— Dwie minuty minęły.

Zacisnął usta.

Przy drzwiach odwrócił się ponownie.

— Mama nie wie o wszystkim.

— O czym konkretnie?

— Nie mogę teraz powiedzieć.

— W takim razie wyjdź.

— Naprawdę uważaj na to, komu ufasz.

Prawie parsknęłam.

— To mówi człowiek, który fałszuje mój podpis.

Kamil spojrzał mi prosto w oczy.

— Nie ja go sfałszowałem.

I wyszedł.

*

Ojciec został przez noc.

Nie dlatego, że tego potrzebowałam.

A przynajmniej właśnie to próbowałam sobie wmówić.

Prawda była prostsza: bałam się zasnąć.

Nie Kamila.

Nie sądziłam, że wróci i zrobi nam krzywdę.

Bałam się telefonu.

Kolejnego dokumentu.

Kolejnej liczby.

Cały mój zawodowy świat opierał się na założeniu, że jeśli człowiek uważnie patrzy, liczby zaczynają opowiadać prawdę.

Tyle że wcześniej badałam cudze liczby.

Teraz każda kolejna cyfra mogła zmieniać historię mojego małżeństwa.

O drugiej w nocy siedziałam w kuchni z laptopem.

Ojciec pojawił się w drzwiach.

— Powinnaś spać.

— Antoni zaśnie najwyżej na godzinę.

— Tym bardziej.

Nie podniosłam wzroku.

— Przejrzałam przelewy z dwóch lat.

— I?

— HM dostało czterysta osiemdziesiąt sześć tysięcy.

Ojciec usiadł.

— Regularnie?

— Nie. Na początku małe kwoty. Potem coraz większe. Największe zawsze pojawiały się tuż przed terminami spłat leasingów firmy Kamila.

Pokręcił głową.

— Czyli pieniądze szły do Haliny, a potem…

— Tego jeszcze nie wiem.

Zamilkłam.

— Co?

Obróciłam laptop w jego stronę.

— Spójrz na te trzy przelewy.

Odbiorcą nie była firma Haliny.

Była nią spółka „Koral Projekt”.

— Znasz?

— Nie.

— Ja też nie znałam.

Kliknęłam w dokument rejestrowy.

Udziałowcem spółki był Daniel Kurek.

Nazwisko nic mi nie mówiło.

Ojciec jednak zmarszczył brwi.

— Znasz go?

— Słyszałem.

— Skąd?

— Kilka lat temu próbował wejść do jednej z naszych spółek jako pośrednik.

— I?

— Zrezygnowaliśmy.

— Dlaczego?

Ojciec spojrzał na ekran.

— Bo lubił budować firmy na cudzych zabezpieczeniach.

To zdanie zostało ze mną do rana.

*

Nazajutrz zadzwoniłam do Joanny Radeckiej, prawniczki, z którą pracowałam przy kilku audytach korporacyjnych.

Nie powiedziałam jej wszystkiego przez telefon.

Po dwóch godzinach siedziała już przy moim stole.

Rozłożyła dokumenty.

Najpierw pełnomocnictwo.

Potem poręczenie.

Na końcu wyciągi.

Nie przerywałam jej.

Przez prawie piętnaście minut słyszałam jedynie szelest kartek.

— Podpis wygląda przekonująco — powiedziała w końcu.

— Bo jest skopiowany.

— Skąd?

Pokazałam jej umowę zakupu mieszkania sprzed czterech lat.

Joanna porównała oba podpisy.

— Rzeczywiście. Układ identyczny.

— Co jest fizycznie niemożliwe.

Spojrzała na mnie z lekkim uznaniem.

— Nadal pracujesz.

— Niestety.

— Dobrze. To nam pomoże.

— Co teraz?

— Zabezpieczamy dokumenty. Zawiadamiamy bank, że kwestionujesz podpis. Sprawdzamy, czy doszło do uruchomienia finansowania.

— A mieszkanie?

— Składamy odpowiednie zastrzeżenia i wniosek o zabezpieczenie. Nie czekamy.

— Policja?

— Prawdopodobnie tak. Ale najpierw chcę wiedzieć, czy podpis został użyty tylko tutaj.

Słowo „tylko” zabrzmiało absurdalnie.

Tylko sześć milionów.

Tylko cudzy podpis.

Tylko hipoteka na mieszkaniu odziedziczonym po matce.

— Kamil twierdzi, że to nie on.

Joanna uniosła głowę.

— Wierzysz mu?

Pomyślałam o jego twarzy.

— Nie wiem.

To była najtrudniejsza odpowiedź.

Łatwiej byłoby uznać go za sprawcę wszystkiego.

Jednego człowieka, którego należało wyciąć z życia.

Tymczasem coraz bardziej podejrzewałam, że Kamil wplątał nas w coś większego.

Pytanie brzmiało, czy był ofiarą własnej głupoty, czy świadomym wspólnikiem.

*

Po południu zadzwoniła Halina.

Nie odebrałam.

Zadzwoniła jeszcze raz.

Potem trzeci.

W końcu przyszła wiadomość.

*Marto, musimy porozmawiać jak dorosłe kobiety. Kamil jest w rozsypce. To, co robisz tuż po narodzinach dziecka, jest okrutne.*

Czytałam ją trzy razy.

Ani słowa o tym, że jej syn zostawił mnie podczas porodu.

Ani pytania o Antoniego.

Jedynie Kamil.

Odpisałam:

*Porozmawiamy o HM Doradztwo Rodzinne.*

Przez dziesięć minut nie było odpowiedzi.

Potem telefon zadzwonił.

Tym razem odebrałam.

— Co ty wyprawiasz? — Halina nawet się nie przywitała.

— Cześć, Halino.

— Nie udawaj spokojnej.

— Pytam o twoją firmę.

— Moja działalność nie jest twoją sprawą.

— Gdy dostaje prawie pół miliona z mojego konta, staje się moją sprawą.

Zapadła cisza.

Krótka.

Ale wystarczająca.

— To były pieniądze Kamila.

— Nie.

— On je zarabiał.

— Część przelewów pochodziła z rachunku, na który wpływała moja pensja.

— Jesteście małżeństwem.

— To nie daje mu prawa wysyłać ci moich pieniędzy bez wiedzy.

Halina prychnęła.

— Wszystko w tym małżeństwie liczyłaś. Zawsze pieniądze, pieniądze, pieniądze.

— Jestem księgową śledczą.

— W domu też?

— Od dzisiaj przede wszystkim w domu.

Po drugiej stronie nastąpiło ciężkie westchnienie.

— Kamil próbował ratować firmę.

— Wiem.