Roman powiedział, że około piątej rano przejeżdżał drogą biegnącą kilkaset metrów od gospodarstwa.
Widział wóz Kaczmarków.
Tomasz siedział z przodu.
Obok niego znajdował się Michał.
Helena i młodsze dzieci siedziały z tyłu.
— Czyli wyjechali żywi?
— Tak.
— Dokąd jechali?
— W stronę stacji.
Majewski zmarszczył brwi.
— Dlaczego nie powiedział pan tego w 1992 roku?
— Bo godzinę później zobaczyłem ich wóz ponownie.
Roman urwał.
— Gdzie?
— Wracał pusty.
*
To zmieniało wszystko.
Jeżeli Roman mówił prawdę, rodzina dotarła gdzieś pomiędzy gospodarstwem a stacją i tam opuściła wóz.
Anna sprawdziła dawne mapy.
Najkrótsza droga prowadziła przez las, obok starego tartaku Radeckiego, a potem do małego przystanku kolejowego w Rudnikach.
Tartak zamknięto w 1998 roku.
Budynki nadal stały.
Przeszukano je w 1992 roku, lecz raport podpisał Borowski.
Anna nie zamierzała ufać żadnemu raportowi sporządzonemu przez tego człowieka.
Nowe przeszukanie rozpoczęło się w poniedziałek.
W biurze tartaku znaleziono sterty dokumentów pozostawionych po likwidacji przedsiębiorstwa.
Większość nie miała znaczenia.
Dopiero w starej szafce pracownik ekipy znalazł kalendarz z 1992 roku.
Na stronie z 14 lipca widniała notatka:
„5.30 — K.”
Jedna litera.
Nic więcej.
Ale na następnej stronie ktoś ołówkiem zapisał numer wagonu kolejowego.
Anna sprawdziła archiwa kolei.
Wagon należał do pociągu towarowego, który 14 lipca 1992 roku wyjechał z Rudnik o 6.12.
Jechał do Warszawy.
— Mogli wsiąść do pociągu — powiedziała.
Majewski spojrzał na nią.
— Cała szóstka?
— Jeśli ktoś im pomógł.
Znalezienie dokumentacji pasażerskiej było niemożliwe, bo był to skład towarowy.
Ale jeden szczegół przetrwał.
Maszynista zgłosił wtedy nieplanowany, kilkuminutowy postój siedem kilometrów za Rudnikami.
Powód: sygnał ostrzegawczy na torze.
Majewski patrzył na zapis.
— Kto obsługiwał sygnalizację?
Anna sprawdziła.
Nazwisko pracownika brzmiało Adam Sowa.
Żył.
*
Adam Sowa miał siedemdziesiąt siedem lat.
Kiedy usłyszał nazwisko Kaczmarków, zamknął drzwi swojego domu.
Anna zapukała ponownie.
— Panie Adamie, nie jesteśmy tu po to, żeby pana oskarżać.
Po chwili drzwi uchyliły się.
— Powinniście byli przyjść dwadzieścia lat temu.
— Przyszliśmy.
— Nie ci, którzy chcieli słuchać.
Wpuścił ich.
Adam powiedział, że rankiem 14 lipca Tomasz pojawił się przy budce kolejowej z rodziną.
Byli przestraszeni.
Helena miała małą torbę.
Tomasz poprosił o pomoc.
— Powiedział, że ktoś ich śledzi — wspominał Adam.
— Kto?
— Nie powiedział.
Plan był prosty.
Adam miał zatrzymać pociąg sygnałem. Rodzina miała wejść do pustego wagonu technicznego. W Warszawie czekał znajomy Tomasza.
— Zrobili to?
— Tak.
Majewski poczuł, jak ciężar dwudziestu lat zaczyna przesuwać się w zupełnie inną stronę.
— Czyli Kaczmarkowie dotarli do Warszawy?
Adam spojrzał na niego.
— Nie wiem.
— Dlaczego?
— Bo trzy dni później Tomasz wrócił.
Majewski i Anna zamilkli.
— Sam?
Adam skinął głową.
— Sam.
*
Tomasz pojawił się u Adama wieczorem 17 lipca.
Był brudny, niewyspany i przerażony.
Powiedział, że rodzina jest bezpieczna.
Nie powiedział gdzie.
Wrócił, ponieważ kopia księgi nie dotarła do człowieka, który miał ją otrzymać.
— Chciał odzyskać oryginał — powiedział Adam.
— Ten ukryty pod stodołą Nowaków?
— Nie wiem, gdzie był.
— Co stało się później?
Adam patrzył na swoje dłonie.
— Dałem mu rower. Odjechał.
— I więcej go pan nie widział?
— Nie.
Majewski wstał i podszedł do okna.
Przez dwadzieścia lat zakładali, że cała rodzina zniknęła jednocześnie.
Teraz wiedzieli, że nie.
Kaczmarkowie opuścili gospodarstwo dobrowolnie, ale pod groźbą.
Wsiedli do pociągu.
A trzy dni później Tomasz potajemnie wrócił.
To oznaczało, że los Heleny i dzieci mógł być zupełnie inny niż los Tomasza.
— Dlaczego pan milczał? — zapytała Anna.
Adam odpowiedział bez wahania.
— Bo Borowski przyszedł następnego dnia.
— Wiedział?
— Wiedział, że pomogłem.
Borowski powiedział mu, że jeśli wspomni komukolwiek o pociągu, zostanie oskarżony o udział w porwaniu dzieci.
Adam miał wtedy żonę i dwóch synów.
Bał się.
Majewski coraz wyraźniej widział mechanizm, który pozwolił tajemnicy przetrwać.
Nie była to jedna wielka zmowa milczenia.
To były małe porcje strachu.
Jan Wróbel dostał bucik dziecka.
Adamowi zagrożono więzieniem.
Roman bał się własnego udziału w przestępstwie.
Każdy wiedział fragment.
Nikt nie znał całości.
*
Najważniejsze pytanie brzmiało teraz: dokąd pojechali Helena i dzieci?
Znajomy Tomasza w Warszawie nazywał się według Adama Franciszek Milewski.
Zmarł w 2001 roku.
Ale jego córka, Katarzyna, nadal mieszkała w Warszawie.
Kiedy Anna zadzwoniła, kobieta długo milczała.
Potem zapytała:
— Czy chodzi o rodzinę z Brzezin?
Majewski poczuł przyspieszenie pulsu.
Spotkali się następnego dnia.
Katarzyna przyniosła starą kopertę.
— Ojciec kazał mi to spalić po jego śmierci — powiedziała. — Nie zrobiłam tego.
W środku znajdły się trzy fotografie i list.
Na pierwszym zdjęciu stała Helena.
Była starsza niż na fotografiach ze sprawy, ale nie było wątpliwości.
Obok niej znajdowało się czworo dzieci.
Zdjęcie wykonano w 1998 roku.
Sześć lat po ich zaginięciu.
Majewski musiał usiąść.
Żyli.
Przynajmniej wtedy.