Ktoś celowo przeniósł drzwi stodoły, żeby ukryć dawny otwór i stworzyć przestrzeń niewidoczną z zewnątrz.
W środku znaleziono pustą metalową skrzynkę.
Księgi nie było.
Ale na dnie skrzynki znajdowała się koperta.
Papier był kruchy.
W środku leżał list Tomasza.
Nie był adresowany do policji.
Był adresowany do Jana Wróbla — sąsiada, który jako pierwszy zauważył ciszę na gospodarstwie.
„Janie, jeśli to czytasz, znaczy, że nie zdążyłem zrobić tego sam. Nie ufaj ludziom, którzy powiedzą, że uciekliśmy. Helena wie tylko część. Dzieci nie wiedzą prawie nic. Dokumenty muszą trafić do kogoś spoza powiatu. Jeśli przyjdzie Roman, wysłuchaj go. On się boi, ale nie jest tym, którego boję się najbardziej.”
Dalej brakowało fragmentu kartki.
Ktoś oderwał dolną część listu.
Anna spojrzała na Majewskiego.
— Jan Wróbel nadal żyje?
Żył.
Miał osiemdziesiąt trzy lata i mieszkał z córką trzy wsie dalej.
Kiedy zobaczył list, jego twarz pobladła.
Nie zaprzeczał.
— Wiedział pan? — zapytała Anna.
Starzec długo trzymał kartkę w drżących dłoniach.
— Nie o wszystkim.
— Tomasz powiedział panu o dokumentach?
— Tak.
Majewski poczuł gniew.
— Dlaczego milczał pan przez dwadzieścia lat?
Jan podniósł na niego oczy.
— Bo następnego dnia po zaginięciu ktoś zostawił mi na progu bucik Anieli.
W pokoju zrobiło się cicho.
— Co?
— Jej czerwony bucik. Poznałem go. A w środku była kartka.
— Co napisano?
Jan przełknął ślinę.
— „Masz jeszcze własne dzieci.”
Majewski usiadł.
Nagle zrozumiał, dlaczego Jan podczas pierwszego przesłuchania zachowywał się tak dziwnie. Mężczyzna odpowiadał krótko, unikał spojrzenia i powtarzał, że Kaczmarkowie mogli wyjechać.
Wtedy Majewski uznał, że sąsiad jest w szoku.
To był strach.
— Ma pan tę kartkę?
— Spaliłem.
— A bucik?
Jan wstał.
Powoli przeszedł do starej szafy.
Z jej dolnej części wyjął drewniane pudełko.
W środku, zawinięty w materiał, leżał mały czerwony bucik.
*
Badania nie mogły już powiedzieć, kto dotykał go dwadzieścia lat wcześniej.
Ale sam przedmiot zmienił charakter śledztwa.
Rodzina nie wyjechała po prostu z własnej woli.
Ktoś po ich zniknięciu posiadał rzecz należącą do najmłodszej córki i użył jej do zastraszenia świadka.
Anna zaczęła ponownie analizować wszystkie dokumenty z 1992 roku.
Majewski robił to razem z nią.
Po trzech dniach znaleźli pierwszą poważną niezgodność.
W raporcie z 17 lipca zapisano, że sprawdzono posiadłość Romana Nowaka.
Majewski nie pamiętał tej czynności.
Pod raportem widniał podpis funkcjonariusza — podporucznika Jerzego Borowskiego.
Borowski zmarł w 2008 roku.
W raporcie napisano również, że „stara stodoła została dokładnie sprawdzona, nie ujawniono przedmiotów związanych ze sprawą”.
Tyle że według dokumentacji geodezyjnej stodoła Nowaków została rozebrana dopiero we wrześniu 1992 roku.
Jeżeli Zofia napisała „szukać pod drugą stodołą”, istniała możliwość, że coś nadal znajdowało się pod jej fundamentami.
Anna wystąpiła o zgodę na prace ziemne.
Miejsce zarosło lasem.
Po dawnym budynku pozostał prostokąt kamieni i fragment betonowej podmurówki.
Drugiego dnia ekipa znalazła metal.
Nie była to skrzynia.
Była to pokrywa niewielkiego pojemnika na narzędzia.
W środku znajdowały się kawałki materiału, kilka zardzewiałych przedmiotów i szklany słoik owinięty w ceratę.
W słoiku znajdował się zeszyt.
Księga.
Po dwudziestu latach papier był wilgotny, ale wiele zapisów dało się odczytać.
Nazwiska.
Daty.
Numery samochodów.
Kwoty.
Nazwisko Radeckiego pojawiało się wielokrotnie.
Romana również.
Ale jedno nazwisko sprawiło, że Majewski przestał oddychać.
Jerzy Borowski.
Funkcjonariusz, który podpisał raport z przeszukania.
Obok nazwiska znajdowały się kwoty.
Anna patrzyła na emerytowanego komisarza.
— To dlatego śledztwo zostało skierowane na teorię ucieczki.
Majewski nie odpowiedział.
Czuł wstyd, choć nie przyjął żadnych pieniędzy i nie wiedział o spisku.
To on prowadził sprawę.
To on pozwolił, by podsunięta mu teoria stała się głównym kierunkiem.
— Jest jeszcze coś — powiedziała Anna.
Na ostatniej stronie znajdowała się data.
13 lipca 1992.
Dzień przed zaginięciem.
Przy niej zapisano tylko trzy litery:
„PKP”.
*
Znaczenie skrótu znaleźli dopiero po kilku dniach.
Roman pomógł.
Kiedy Anna pokazała mu stronę, powiedział, że Tomasz planował wysłać kopie dokumentów koleją do znajomego w Warszawie.
Nie ufał miejscowej policji.
— Czy wysłał?
— Nie wiem.
— A gdzie była rodzina w nocy z trzynastego na czternastego?
Roman odwrócił wzrok.
— Pan wie — powiedział Majewski.
Roman milczał tak długo, że Anna zaczęła zbierać dokumenty.
Wtedy przemówił.
— Przyjechałem do nich po zmroku. Chciałem, żeby Tomasz oddał księgę. Nie Radeckiemu. Mnie.
— Dlaczego?
— Chciałem ją zniszczyć.
— Żeby ratować siebie.
— Tak.
Nie próbował się usprawiedliwiać.
Tomasz odmówił.
Powiedział, że następnego ranka pojedzie na stację i wyśle dokumenty.
Roman ostrzegł go, że Radecki już wie.
— Skąd?
— Borowski powiedział Radeckiemu.
Majewski poczuł narastającą złość.
— I co się wydarzyło?
— Helena zaczęła płakać. Chciała zabrać dzieci i wyjechać jeszcze tej samej nocy. Tomasz nie chciał. Uważał, że jeśli uciekną, Radecki wygra.
Roman wyszedł około dziesiątej.
— Widział pan ich później?
— Tak.
Anna znieruchomiała.
— Kiedy?
— Następnego ranka.
Po raz pierwszy od wznowienia sprawy Majewski miał wrażenie, że naprawdę zbliżają się do odpowiedzi.