Schował kartkę do foliowej koszulki i wyszedł na podwórze.
Przez następne godziny próbował odtworzyć układ gospodarstwa z 1992 roku. Dom, stodoła, niewielka obora, drewutnia, studnia, sad. Wszystko zgadzało się z jego wspomnieniami.
Nie było drugiej stodoły.
Ale po południu Antoni przypomniał sobie coś, czego Majewski nie wiedział.
— Mój ojciec mówił kiedyś o starej stodole na ziemi Nowaków.
Majewski podniósł głowę.
— Jakich Nowaków?
— Mieszkali za lasem. Kilometr stąd, może trochę więcej. Budynek rozebrano jeszcze przed moim urodzeniem. Zostały tylko fundamenty.
Nazwisko zabrzmiało znajomo.
Majewski potrzebował kilku sekund, zanim przypomniał sobie dlaczego.
Roman Nowak.
Nazwisko z zeszytu Zofii.
Jeszcze tego samego dnia pojechał do archiwum gminnego.
Roman Nowak w 1992 roku miał czterdzieści sześć lat. Prowadził tartak, handlował drewnem i posiadał kilka hektarów ziemi przylegających do gospodarstwa Kaczmarków. W aktach dawnego śledztwa jego nazwisko pojawiało się tylko raz.
Został przesłuchany trzy dni po zaginięciu.
Twierdził, że od tygodnia przebywał u siostry w Krakowie.
Alibi potwierdziła siostra.
Majewski poczuł ukłucie irytacji.
Pamiętał przesłuchanie. Roman był spokojny, rzeczowy i pomocny. Powiedział nawet, że Tomasz pytał go kilka miesięcy wcześniej o możliwość sprzedaży kawałka ziemi.
Wtedy informacja wspierała teorię, że Kaczmarkowie mogli planować wyjazd.
Teraz wyglądała inaczej.
Majewski znalazł adres Romana.
Mężczyzna nadal żył.
Mieszkał w domu opieki niedaleko Tarnowa.
Następnego dnia Majewski pojechał tam z młodszą policjantką, aspirant Anną Zielińską, której oficjalnie przekazano wznowioną sprawę.
Roman miał sześćdziesiąt sześć lat. Choroba zmieniła jego twarz, ale oczy pozostały czujne.
Kiedy Anna położyła przed nim fotografię gospodarstwa, nie zareagował.
Kiedy pokazała kartkę Zofii, jego palce zacisnęły się na poręczy fotela.
Majewski zauważył to natychmiast.
— Pamięta pan Kaczmarków?
— Każdy ich pamięta.
— Zofia napisała pańskie imię dzień przed zaginięciem.
Roman spojrzał na okno.
— Dzieci piszą różne rzeczy.
— Napisała, że jej matka płakała, kiedy pan przyszedł.
Cisza.
— Dlaczego?
Roman długo nie odpowiadał.
W końcu powiedział:
— Tomasz znalazł coś, czego nie powinien był znaleźć.
Anna pochyliła się lekko.
— Co?
Roman spojrzał na Majewskiego.
— Zapytajcie ludzi, którzy kazali wam wtedy przestać szukać.
Majewski zesztywniał.
— Nikt nie kazał mi przestać.
Na twarzy Romana pojawił się gorzki uśmiech.
— Naprawdę?
To jedno słowo wystarczyło, by otworzyć wspomnienie, którego Majewski przez lata nie uważał za ważne.
Trzy tygodnie po zaginięciu dostał telefon z komendy wojewódzkiej. Polecono ograniczyć poszukiwania i skupić się na teorii dobrowolnego wyjazdu.
Wtedy wydawało mu się to rozsądne.
Nie było ciał, śladów walki ani dowodów przestępstwa.
Teraz po raz pierwszy pomyślał o tym inaczej.
— Co Tomasz znalazł? — powtórzył.
Roman zamknął oczy.
— Księgę.
*
Nie była to księga religijna.
Roman wyjaśniał powoli, przerywając co kilka zdań, jakby każde wspomnienie kosztowało go więcej, niż chciał przyznać.
Pod koniec lat osiemdziesiątych kilka osób z okolicy zaczęło nielegalnie handlować drewnem pochodzącym z chronionych terenów. Dokumenty fałszowano, numery transportów zmieniano, a drewno przechodziło przez kilka tartaków.
Roman twierdził, że początkowo nie wiedział, skąd pochodzi materiał.
Potem zrozumiał.
Nie wycofał się.
Pieniądze były zbyt dobre.
— Co to ma wspólnego z Tomaszem? — zapytała Anna.
— Jego ziemia graniczyła z lasem. Czasami nocą wozy przejeżdżały przez jego drogę. Widział je.
— Zgłosił to?
— Nie od razu.
Roman spuścił wzrok.
Jeden z ludzi prowadzących interes przechowywał w jego starej stodole księgę zawierającą numery transportów, nazwiska odbiorców i kwoty.
Tomasz znalazł ją przypadkiem.
Kilka dni przed zaginięciem jego koń zerwał się z pastwiska. Szukając zwierzęcia, wszedł do opuszczonej stodoły Nowaków.
Tam znalazł dokumenty.
Zabrał je.
— Dlaczego schował je we własnej stodole? — zapytała Anna.
Roman spojrzał na nią zaskoczony.
— Skąd pani wie, że tam je schował?
Majewski poczuł, jak coś zaciska mu się w żołądku.
— Nie wiemy.
Roman zrozumiał swój błąd.
Było za późno.
— Pan wiedział o pokoju za ścianą — powiedział Majewski.
Roman milczał.
— Był pan tam przed ich zniknięciem.
— Tak.
— Po księgę?
Roman zacisnął szczękę.
— Chciałem ostrzec Tomasza.
— Przed kim?
Tym razem odpowiedź przyszła natychmiast.
— Przed Wiktorem Radeckim.
Nazwisko ponownie zabrzmiało znajomo.
Majewski znał je bardzo dobrze.
W 1992 roku Radecki był jednym z najbogatszych przedsiębiorców w powiecie. Finansował lokalne inwestycje, wspierał szkołę, sponsorował remont kościoła i utrzymywał bliskie kontakty z urzędnikami.
Zmarł w 2004 roku.
— Radecki prowadził cały interes? — zapytała Anna.
Roman skinął głową.
— Kiedy dowiedział się, że Tomasz ma księgę, wpadł w panikę.
— Groził rodzinie?
Roman zacisnął usta.
— Powiedział, że jeśli dokumenty trafią do policji, Tomasz straci wszystko.
— W jaki sposób?
— Miał ludzi wszędzie. W urzędach, w tartakach. Znał osoby w policji.
Majewski poczuł chłód.
— Kogo?
Roman spojrzał prosto na niego.
— Nie wiem.
Majewski mu nie uwierzył.
*
Jeszcze tego wieczoru Anna zdobyła zgodę na dokładne przeszukanie stodoły.
Za wschodnią ścianą rzeczywiście znajdowała się niewielka przestrzeń.
Nie był to jednak pokój w zwykłym znaczeniu. Raczej wąski schowek wykonany pomiędzy starą konstrukcją a dobudowaną ścianą.