A ja zrozumiałam, że dokumenty, których przez lata bezskutecznie szukałam, wcale nie zaginęły.
Tomasz zabrał je ze sobą.
CZĘŚĆ 3
Przez kilka sekund nikt nie powiedział ani słowa.
Dzieci nie rozumiały napięcia. Filip przyglądał się rozsypanym kawałkom szkła, a Aleks próbował pociągnąć mnie w stronę stołu, na którym stały babeczki ozdobione błękitnym kremem.
— Mamo, możemy jedną?
To zwyczajne pytanie zabrzmiało w tamtej chwili niemal absurdalnie.
Pochyliłam się.
— Za chwilę. Najpierw pójdziemy do cioci.
Chciałam wyprowadzić ich z ogrodu. Cokolwiek miało się wydarzyć między mną, Tomaszem i Julią, nie powinno odbywać się przy dzieciach.
Tomasz najwyraźniej miał inny plan.
— Zaczekaj.
Nie podniósł głosu. Nie musiał. Wszyscy i tak go słyszeli.
Odwróciłam się.
— Nie.
— Skoro już zrobiłaś przedstawienie…
Prawie się roześmiałam.
To było tak charakterystyczne dla niego, że aż znajome. Najpierw sam publicznie mnie upokorzył, potem pojawienie się moich dzieci nazwał przedstawieniem.
— To ty mnie zaprosiłeś — przypomniałam. — To ty wygłosiłeś toast.
— Nie wiedziałem, że przyprowadzisz tutaj dzieci.
— Nie przyprowadziłam ich.
Julia zrobiła krok w jego stronę.
— Przestań mówić o dzieciach i odpowiedz mi na pytanie.
Tomasz spojrzał na nią z irytacją.
— Jakie pytanie?
— Dlaczego masz dokumentację z kliniki?
— Bo byliśmy tam razem.
— Powiedziałeś, że wszystkie badania dotyczyły Marty.
W jego twarzy zaszła ledwie widoczna zmiana.
Kiedyś znałam ją bardzo dobrze.
Tomasz właśnie szukał odpowiedzi, która zabrzmi wystarczająco wiarygodnie.
— Robiliśmy podstawowe badania obojgu.
Julia nie spuszczała z niego wzroku.
— Jakie były twoje wyniki?
— Normalne.
— Widziałam dokument.
Cisza wróciła.
Tym razem cięższa.
Tomasz przestał się uśmiechać.
Krystyna podeszła do niego.
— Synku…
— Mamo, nie teraz.
Sposób, w jaki to powiedział, wystarczył.
Julia spojrzała na Krystynę.
— Pani wiedziała?
Krystyna cofnęła się o pół kroku.
To było wszystko, czego Julia potrzebowała.
Jej oczy zaszkliły się, ale nie rozpłakała się. Stała nieruchomo z dłonią na brzuchu i patrzyła na dwoje ludzi, którzy nagle przestali zachowywać się jak rodzina świętująca narodziny dziecka.
Wyglądali jak wspólnicy przyłapani na kłamstwie.
Ja natomiast poczułam, że wraca do mnie coś znacznie starszego niż gniew.
Gabinet.
Białe ściany.
Zapach środka dezynfekującego.
Lekarz pochylony nad dokumentami.
Tomasz siedzący obok mnie.
Miałam wtedy trzydzieści lat.
Od czterech lat staraliśmy się o dziecko.
Najpierw spokojnie. Bez kalendarzy i aplikacji. Bez liczenia dni. Potem zaczęły się wizyty, badania, hormony, konsultacje.
Wyniki, które otrzymywałam, nie wskazywały jednoznacznej przyczyny.
Lekarze powtarzali, że potrzebna jest diagnostyka obojga partnerów.
Tomasz twierdził, że jego badania były prawidłowe.
Nigdy nie zobaczyłam pełnej dokumentacji.
Za każdym razem miał wyjaśnienie.
Raz powiedział, że wynik został wysłany bezpośrednio do lekarza.
Innym razem, że zostawił dokumenty w pracy.
Później twierdził, że nie ma sensu obsesyjnie czytać każdej kartki.
A ja mu wierzyłam.
Był moim mężem.
Dopiero w ostatnim roku naszego małżeństwa zaczęłam zauważać, jak często rozmowa o leczeniu kończyła się oskarżeniem skierowanym przeciwko mnie.
„Może za bardzo się stresujesz.”
„Może organizm ci mówi, że nie jesteś gotowa.”
„Może powinnaś schudnąć kilka kilogramów.”
„Może nie powinnaś tyle pracować.”
Każde „może” lądowało po mojej stronie.
Nigdy po jego.
Najgorszy był jednak wieczór po trzydziestych pierwszych urodzinach jego kuzynki.
Wracaliśmy samochodem z rodzinnej kolacji. Kuzynka była w ciąży.
Tomasz milczał prawie całą drogę.
W końcu powiedział:
— Wiesz, czasami zastanawiam się, czy popełniłem błąd.
— Jaki?
— Czy wybrałem właściwą kobietę.
Pamiętam światła samochodów odbijające się w mokrym asfalcie.
Pamiętam, że przez kilka sekund nie potrafiłam oddychać.
Następnego dnia przeprosił.
Przyniósł kwiaty.
Powiedział, że był zmęczony.
A ja znowu uwierzyłam.
Teraz stałam w ogrodzie cztery lata po rozwodzie i po raz pierwszy dopuszczałam do siebie myśl, że być może wszystko, co wtedy wiedziałam, zostało starannie ułożone przez niego.
— Marta?
Głos Julii wyrwał mnie ze wspomnienia.
— Czy kiedykolwiek widziałaś jego wyniki?
Spojrzałam na nią.
— Nie.
Tomasz natychmiast się odezwał.
— To nieprawda.
— W takim razie pokaż mi moment, w którym je widziałam.
— Minęło osiem lat. Mam pamiętać każdy papier?
— Ja pamiętam — odpowiedziałam.
Mój głos był spokojniejszy, niż się czułam.
— Pamiętam, że prosiłam cię o kopię. Powiedziałeś, że lekarz ją ma. Później powiedziałeś, że dokumentacja została przeniesiona do archiwum. Kiedy chciałam poprosić klinikę o komplet wyników, przekonałeś mnie, że nie ma sensu wracać do badań sprzed miesięcy.
Julia słuchała w milczeniu.
Tomasz zacisnął szczękę.
— I co próbujesz teraz udowodnić?
— Nic.
To chyba rozwścieczyło go bardziej niż oskarżenie.
— Pojawiasz się tutaj z bliźniakami i chcesz, żeby wszyscy myśleli…
— Tomasz.
Julia wypowiedziała jego imię cicho.
— Chodźmy do środka.
— Julio…
— Teraz.
Nie wiem, czy to jej ton, czy spojrzenia gości sprawiły, że się zgodził.
Ja wykorzystałam moment.
Wzięłam chłopców za ręce i ruszyłam w stronę bramy.
Krystyna pobiegła za mną.
— Marta!
Nie zatrzymałam się.
Dogoniła mnie przy podjeździe.
Karolina stała obok samochodu i natychmiast zorientowała się, że coś jest nie tak.
— Zabierzesz chłopców na chwilę? — poprosiłam.