W ręce trzymała małe aksamitne pudełko.
Ale to, co wydarzyło się kilka sekund później, było jeszcze gorsze.
Na końcu korytarza pojawił się drugi człowiek.
Mężczyzna, którego Aleksander znał przez całe życie.
Jego własny brat, Michał.
CZĘŚĆ 3
Aleksander obejrzał nagranie siedem razy.
Za każdym razem miał absurdalną nadzieję, że piksele ułożą się inaczej.
Nie ułożyły się.
Kamila weszła do garderoby Marty o 02:17. Po niespełna minucie wyszła bez aksamitnego pudełka. Michał czekał na końcu korytarza, częściowo ukryty w cieniu. Kiedy Kamila podeszła, powiedział coś, czego kamera nie mogła zarejestrować, po czym oboje zniknęli w kierunku schodów.
Aleksander siedział przed monitorem tak nieruchomo, że ekran zdążył wygasnąć.
Przez trzydzieści sześć lat uważał Michała za człowieka, któremu może powierzyć wszystko.
Byli braćmi, choć bardzo różnymi.
Aleksander przejął po ojcu przedsiębiorstwo i przez lata rozbudował je w jedną z największych prywatnych grup deweloperskich w kraju. Michał otrzymał udziały, stanowisko w zarządzie i pieniądze, których większość ludzi nie zarobiłaby przez kilka żyć. Nigdy jednak nie ukrywał, że uważa ten podział za niesprawiedliwy.
Ojciec tłumaczył decyzję brutalnie:
„Aleksander potrafi budować. Ty potrafisz wydawać”.
Aleksander zawsze bronił brata.
Dawał mu kolejne szanse.
Spłacał jego błędy.
Teraz po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że być może właśnie dlatego Michał tak długo pozostawał bezkarny.
Telefon zawibrował.
Igor.
— Nie dzwoń do Michała — powiedział od razu.
— Nie zamierzałem.
— Dobrze. Bo to jest większe, niż myśleliśmy.
Igor odkrył, że spółka Radecki Consulting, przez którą przeszła część pieniędzy rzekomo wyprowadzonych przez Martę, należała formalnie do wuja Kamili. Firma nie zatrudniała jednak pracowników, nie miała realnego biura i w ciągu dwóch lat przeprowadziła kilka transakcji z podmiotami powiązanymi z Michałem.
Najbardziej niepokojące było co innego.
Kwota przypisana Marcie podczas rozwodu stanowiła tylko fragment pieniędzy.
— Fragment czego?
— Wygląda na to, że ktoś od co najmniej trzech lat wyprowadzał środki z twoich spółek — wyjaśnił Igor. — Marta mogła być nie celem samym w sobie, tylko idealnym kozłem ofiarnym.
Aleksander poczuł chłód.
— Dlaczego właśnie ona?
— Tego jeszcze nie wiem.
Ale Aleksander zaczynał rozumieć.
Marta pracowała kiedyś w dziale finansowym rodzinnej firmy.
Poznali się właśnie tam.
Nigdy nie imponowały jej jego pieniądze. Była skrupulatna, uparta i miała irytujący zwyczaj zadawania pytań wtedy, kiedy inni woleli milczeć.
Kilka miesięcy przed rozwodem wspominała mu, że w dokumentacji jednej z inwestycji coś się nie zgadza.
On zbagatelizował sprawę.
Był wtedy pochłonięty negocjacjami dotyczącymi największego projektu w historii przedsiębiorstwa.
Teraz słowa Marty wróciły.
„Ktoś podpisuje faktury za usługi, których nikt nie wykonał”.
Powiedziała mu to przy śniadaniu.
Odpowiedział, żeby przekazała sprawę Michałowi, bo to on nadzorował tamten pion.
Aleksander zakrył twarz dłońmi.
Sam wysłał ją do człowieka, którego być może próbowała zdemaskować.
*
Następnego ranka pojechał pod Kielce.
Sam.
Zaparkował kilkaset metrów od domu Zofii Maj.
Nie wiedział, czego się spodziewał.
Może ruiny.
Może nędzy.
Zobaczył niewielki biały dom z odpadającym tynkiem, drewniany płot i ogród pełen nagietków. Na sznurze suszyły się dziecięce ubranka.
Marta siedziała pod jabłonią.
Lena spała w wózku. Antoni leżał na kocu i próbował złapać drewnianą zabawkę.
Aleksander wysiadł.
Marta zauważyła go natychmiast.
Jej ciało zesztywniało.
Nie uciekła.
Po prostu wstała.
— Po co przyjechałeś?
Nie było powitania.
Aleksander zatrzymał się kilka metrów przed nią.
Dopiero z bliska zobaczył, jak bardzo się zmieniła. Miała drobne blizny na dłoniach, zmęczenie pod oczami i ostrożność człowieka, który nauczył się, że bezpieczeństwo potrafi zniknąć w ciągu jednego wieczoru.
Spojrzał na Antoniego.
Chłopiec miał jego oczy.
Nie potrzebował testu DNA, żeby poczuć uderzenie prawdy.
Mimo to wiedział, że uczucia nie są dowodem.
— Te dzieci…
— Nie.
Jedno słowo zatrzymało go skuteczniej niż krzyk.
— Nie przyjeżdżaj po roku i nie zaczynaj od dzieci.
Aleksander spuścił wzrok.
— Masz rację.
Marta najwyraźniej nie spodziewała się tej odpowiedzi.
— Otworzyłem ponownie sprawę rozwodu.
Jej twarz pobladła.
— Dlaczego?
— Znalazłem dowody, że zostałaś wrobiona.
Przez kilka sekund milczała.
Potem zaśmiała się cicho.
Nie było w tym śmiechu nic wesołego.
— Znalazłeś?
— Marta…
— Ja znalazłam je rok temu. Tylko wtedy moje słowa nie były dla ciebie dowodem.
Każde zdanie trafiało dokładnie tam, gdzie powinno.
— Wiem.
— Nie. Nie wiesz.
Podeszła o krok.
— Wiesz, co pamiętam z tamtego wieczoru? Nie ochroniarzy. Nie Kamilę. Nawet nie twojego brata stojącego przy schodach. Pamiętam ciebie. Patrzyłeś na mnie, jakbym była brudna. Jakbym przez wszystkie lata naszego małżeństwa tylko czekała na okazję, żeby cię okraść.
Aleksander podniósł głowę.
— Widziałaś Michała?
Marta zamarła.
To wystarczyło.
— Wiedziałaś — wyszeptał.
— Podejrzewałam.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Próbowałam.
Zapadła cisza.
Wiatr poruszył gałęziami jabłoni.
Aleksander przypomniał sobie ją klęczącą na marmurowej posadzce.
„Muszę ci powiedzieć jeszcze coś…”
— Ciąża — powiedział.
Marta odwróciła wzrok.
— Tamtej nocy chciałaś powiedzieć mi o ciąży.
Jej oczy wypełniły się łzami, ale żadna nie spłynęła.
— Byłam w dziewiątym tygodniu.