— Wyślę tam policję i komornika, którego znam. Jeżeli rzeczywiście próbują dokonać jakiejś czynności na podstawie sfałszowanych dokumentów, chcę mieć świadków.
— Komornika?
Spojrzałam na niego.
— Paweł, co dokładnie znalazłeś?
Zawahał się.
I to zawahanie przestraszyło mnie bardziej niż wszystko, co powiedział wcześniej.
Przez ostatnie trzy tygodnie poznałam Pawła jako człowieka, który nigdy nie dramatyzował. Kiedy odkryliśmy pierwsze podejrzane przelewy ze spółki Michała, powiedział jedynie, że „warto przyjrzeć się księgom dokładniej”. Kiedy wyszło na jaw, że w czasie naszego małżeństwa Michał wyprowadzał pieniądze przez firmę konsultingową należącą do kuzyna Natalii, Paweł nazwał to „interesującym zbiegiem okoliczności”.
Jeżeli teraz milczał, sytuacja była zła.
— W samochodzie — powiedział. — Nie tutaj.
Nie protestowałam.
Dopiero gdy znaleźliśmy się w jego aucie i ruszyliśmy w stronę Bronowic, otworzył teczkę, którą trzymał przy sobie od rana.
— Wiedzieliśmy, że Michał ma problemy finansowe — zaczął. — Ale sądziłem, że chodzi głównie o płynność jego pracowni i kredyty na dwa projekty deweloperskie.
Michał prowadził z dwoma wspólnikami biuro architektoniczne specjalizujące się w luksusowych apartamentowcach. Przez lata firma rosła tak szybko, że znajomi mówili o nim jak o człowieku skazanym na sukces.
Byłam z niego dumna.
Jeździłam z nim na pierwsze spotkania z inwestorami, kiedy nie stać nas było jeszcze na porządny garnitur. Robiłam kanapki na nocne sesje nad projektami. Wzięłam dodatkowe dyżury, kiedy przez pół roku prawie nic nie zarabiał.
Potem pojawiły się nagrody, wywiady, duże kontrakty i ludzie, którzy śmiali się z każdego jego żartu.
A wraz z nimi przekonanie, że zasługuje na wszystko.
Na lepsze mieszkanie.
Droższy samochód.
Podziw.
I najwyraźniej na inną kobietę.
— Jeden z projektów praktycznie się zawalił — mówił Paweł. — Inwestor wycofał finansowanie. Michał próbował ratować firmę krótkoterminowymi pożyczkami. Część brał oficjalnie. Część nie.
— Ile?
— Na razie potrafimy potwierdzić trochę ponad dwa miliony złotych zobowiązań. Możliwe, że więcej.
Poczułam ucisk pod żebrami.
Dziecko poruszyło się gwałtownie.
Położyłam rękę na brzuchu.
— Spokojnie — wyszeptałam, sama nie wiedząc, czy mówiłam do córki, czy do siebie.
Paweł mówił dalej.
Michał potrzebował zabezpieczeń.
Mieszkanie, w którym mieszkaliśmy, było częściowo obciążone kredytem. Samochody znajdowały się w leasingu. Udziały w firmie miały ograniczoną wartość dla prywatnych pożyczkodawców.
Dom mojej matki wyglądał inaczej.
Wolny od hipoteki.
Warty ponad milion.
— Ale on nie ma do niego żadnych praw.
— Dlatego potrzebował twojego podpisu.
— Którego nie dostał.
— Legalnie nie.
Zacisnęłam palce na krawędzi siedzenia.
Pamięć podsunęła mi scenę sprzed pięciu miesięcy.
Michał położył przede mną plik dokumentów przy śniadaniu.
„Formalności do ubezpieczenia firmy. Podpiszesz?”
Byłam wtedy w trzecim miesiącu ciąży, zmęczona, miałam mdłości. Przerzuciłam strony.
Nie podpisałam.
Powiedziałam, że przeczytam wieczorem.
Wieczorem dokumentów już nie było.
Kilka dni później zapytałam o nie.
„Nieaktualne. Księgowa załatwiła inaczej.”
Wtedy nie przywiązałam do tego znaczenia.
Teraz zrobiło mi się zimno.
— On próbował wcześniej.
— Prawdopodobnie.
— A potem podrobił podpis.
Paweł nie odpowiedział.
Nie musiał.
Kiedy skręciliśmy w ulicę mamy, zobaczyłam dwa obce samochody.
Przed furtką stało dwóch mężczyzn w ciemnych kurtkach. Mama obserwowała ich zza zamkniętego okna salonu.
Obok właśnie zatrzymywał się radiowóz.
Wysiadłam, zanim Paweł zdążył całkowicie zahamować.
Jeden z mężczyzn ruszył w moją stronę.
— Pani Wysocka?
— Kim pan jest?
Wyciągnął wizytówkę.
Reprezentował prywatny fundusz pożyczkowy z Katowic.
— Mamy zabezpieczenie wierzytelności ustanowione na nieruchomości—
— Proszę przestać — przerwał Paweł, stając przy mnie. — Jestem pełnomocnikiem pani Wysockiej. Jakiekolwiek dokumenty kieruje pan do mnie.
Mężczyzna zmierzył go spojrzeniem.
— Nie przyszliśmy nikogo wyrzucać.
— To dobrze, ponieważ nie mielibyście podstaw.
— Podstawy są.
— W takim razie chętnie zobaczymy oryginały.
Drugi mężczyzna wyjął segregator.
Nie patrzyłam na nich.
Patrzyłam na mamę.
Otworzyła drzwi dopiero, kiedy policjant powiedział jej, że może.
Wyszła blada.
Objęłam ją ostrożnie.
— Co on zrobił? — wyszeptała.
— Jeszcze nie wiem wszystkiego.
To było kłamstwo tylko częściowo.
Wiedziałam już wystarczająco dużo, by czuć gniew, który był niemal fizyczny.
Michał mnie zdradził.
Mogłam znieść zdradę.
Michał mnie okłamywał.
Mogłam odejść od kłamcy.
Ale jeżeli próbował wykorzystać dom mojej matki, żeby spłacać swoje długi…
To nie była niewierność.
To była wojna.
*
Dokument, który pokazali nam przedstawiciele funduszu, wyglądał przekonująco.
Pełnomocnictwo.
Moje dane.
Numer dowodu.
Adres.
Podpis.
Na pierwszy rzut oka nawet ja mogłabym uwierzyć, że należał do mnie.
Na drugi — zobaczyłam różnicę.
Litera „W” była zbyt szeroka.
Od kilku lat podpisywałam nazwisko szybkim ruchem, niemal nie odrywając długopisu. Tutaj ktoś próbował odtworzyć podpis z dokumentu, powoli i starannie.
— Fałszywy — powiedziałam.
Przedstawiciel funduszu westchnął.
— Rozumiem, że pani tak twierdzi.
— Nie twierdzę. Wiem.
— Dokument został poświadczony.
Paweł natychmiast podniósł wzrok.
— Przez kogo?
Mężczyzna wskazał pieczęć.
Notariusz.
Nazwisko nic mi nie mówiło.
Za to adres kancelarii już tak.
Ulica Rakowicka.
Dwie przecznice od apartamentu, w którym Michał spotykał się z Natalią.
Paweł zrobił zdjęcie strony.
— Skontaktujemy się z kancelarią.