— Paweł?
— Powiedziałem, że nie wiem.
— A Rogowski Inwestycje?
Ojciec wstał.
— Nie będę uczestniczył w tej farsie.
Babcia nawet się nie poruszyła.
— Usiądź.
Nie wiem, czy był to ton, którym mówiła do niego, gdy był dzieckiem, ale zadziałał.
Ojciec usiadł.
Wtedy babcia zrobiła coś, czego się nie spodziewałem.
Zamiast dalej naciskać, zapytała:
— Ile jesteś winien?
Ojciec spojrzał na nią.
— Co?
— Ile?
Cisza trwała długo.
Wreszcie powiedział:
— To nie takie proste.
— Więc jednak chodzi o długi.
Matka ścisnęła torebkę.
Ojciec rzucił jej krótkie spojrzenie.
I wtedy zrozumiałem.
Babcia również.
— Elżbieta wiedziała.
Matka spuściła wzrok.
Ojciec zaczął mówić szybciej.
Kilka lat wcześniej zainwestował znaczną część własnych oszczędności w przedsięwzięcie Pawła. Miała to być budowa niewielkiego osiedla pod Wrocławiem. Bank wycofał finansowanie. Wykonawcy zaczęli domagać się pieniędzy. Paweł zaciągał kolejne zobowiązania.
Ojciec pomagał mu, początkowo z własnych środków.
Potem sprzedał część inwestycji.
Potem wziął kredyt.
Na końcu sięgnął po konto babci.
— Chciałem oddać wszystko — powiedział. — Potrzebowaliśmy tylko czasu.
Babcia słuchała bez słowa.
— A mój dom?
— Dom miał być zabezpieczeniem.
— Dla czego?
— Przejściowego finansowania.
— Czyli chciałeś zaciągnąć pożyczkę pod mój dom?
— Nikt nie zamierzał cię wyrzucać.
— Już mnie wyrzuciłeś.
Zdanie spadło między nimi jak kamień.
Ojciec zamarł.
Babcia mówiła dalej spokojnie.
— Zabrałeś mnie z mojego domu pod pretekstem obiadu. Zostawiłeś w placówce z walizką. W tym samym czasie ludzie twojego brata zaczęli opróżniać mój dom.
— Nie wiedziałem, że Paweł zrobi to tak szybko.
Ojciec przestał oddychać.
Ja też.
Babcia powoli pochyliła się do przodu.
— Powtórz.
— Mamo…
— Powiedziałeś, że nie wiedziałeś, że Paweł zrobi to tak szybko.
Ojciec zamknął oczy.
W jednej sekundzie zaprzeczenie się skończyło.
Nie wiedział o wszystkim.
Ale wiedział wystarczająco dużo.
Matka zaczęła płakać.
Babcia nie.
— Ile wynoszą długi? — spytała.
Ojciec odpowiedział dopiero za drugim razem.
— Około dwóch milionów osiemset tysięcy.
Kwota była tak duża, że przez moment wydawała się abstrakcyjna.
Babcia wciągnęła powietrze.
— A mój dom jest wart?
— Około dwóch i pół miliona.
Wszystko stało się jasne.
Dom nie miał być tylko zabezpieczeniem.
Był wyjściem.
Sprzedać.
Spłacić znaczną część długów.
Resztę rozłożyć.
A babcię zostawić w placówce i przedstawiać wszystkim jako starszą, coraz bardziej zagubioną kobietę, która sama zgodziła się na przeprowadzkę.
— Dlaczego sfałszowaliście podpis? — zapytałem.
Ojciec poderwał głowę.
— Ja niczego nie fałszowałem.
— Kto zatem?
— Paweł zajmował się dokumentami.
Babcia wstała.
— Chcę z nim rozmawiać.
Ojciec również się podniósł.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo Paweł jest zdesperowany.
— To znaczy?
— Zadłużenie jest większe, niż powiedziałem.
Znowu cisza.
— Ile?
Ojciec usiadł ponownie.
— Nie wiem dokładnie.
— Przed chwilą powiedziałeś dwa miliony osiemset.
— Tyle wiem o zobowiązaniach firmy. Są jeszcze prywatne pożyczki.
Babcia wyglądała nagle starzej.
Nie słabiej.
Po prostu starzej.
Jakby każda informacja dodawała jej kolejny rok.
Mecenas Maj podszedł do naszego stolika.
Najwyraźniej uznał, że usłyszał wystarczająco dużo.
— Panie Marku, radziłbym od tej chwili bardzo uważać na to, co pan mówi.
Ojciec spojrzał na niego.
— Kim pan jest?
— Pełnomocnikiem pańskiej matki.
— Nie potrzebuje prawnika przeciwko własnej rodzinie.
Babcia odpowiedziała, zanim mecenas zdążył otworzyć usta.
— Potrzebuję go właśnie dlatego, że chodzi o rodzinę.
Wyszliśmy.
Na parkingu babcia zatrzymała się przy samochodzie.
— Kamil, wrócimy do domu.
— Do mojego?
— Do mojego.
Prawnik próbował ją odwieść.
Dom nadal był przedmiotem sporu. Policja musiała zakończyć oględziny. Nie wiadomo było, kto dysponuje dodatkowymi kluczami.
Babcia wysłuchała wszystkiego.
— Panie mecenasie, mieszkam tam od czterdziestu dziewięciu lat. Jeżeli oddam im jeszcze jedną noc tylko dlatego, że mnie przestraszyli, rano obudzę się jako lokatorka we własnym życiu.
Nie można było się z tym sprzeczać.
Pojechaliśmy.
Zamki zostały wymienione tego samego popołudnia.
Bank zawiesił pełnomocnictwo ojca. Procedura nie była natychmiastowa we wszystkich zakresach, lecz rachunki oznaczono i wstrzymano dalsze duże transfery.
Mecenas Maj złożył wniosek o zabezpieczenie dotyczące nieruchomości.
Na dwa dni zapadła cisza.
I właśnie ta cisza okazała się najbardziej niepokojąca.
Ojciec nie dzwonił.
Matka nie pisała.
Paweł zniknął.
Trzeciego dnia zadzwoniła kobieta przedstawiająca się jako księgowa Rogowski Inwestycje.
Chciała rozmawiać wyłącznie z babcią.
Nazywała się Agnieszka Skalska.
Spotkaliśmy się w kancelarii.
Przyniosła pendrive.
— Pracuję dla Pawła od pięciu lat — powiedziała. — Od sześciu miesięcy wiem, że firma ma poważne problemy. Ale dopiero ostatnio zorientowałam się, skąd pochodzą niektóre pieniądze.
Na pendrivie znajdowały się zestawienia przelewów.
Osiemdziesiąt tysięcy.
Sto dwadzieścia.
Pięćdziesiąt.
Kilka mniejszych.
Nie wszystkie pochodziły z konta babci.
Część przelano przez rachunek ojca.
Inne przez spółkę.
Schemat był tak skomplikowany, że nawet mecenas przez kilkanaście minut studiował dane w milczeniu.
— Dlaczego przyniosła nam pani te dokumenty? — zapytałem.
Agnieszka wyglądała na wyczerpaną.
— Bo wczoraj Paweł kazał mi usunąć archiwalne faktury.
— Zrobiła pani to?
— Nie.
Babcia siedziała naprzeciw niej.