Z budynku sądu wyszła wolniej niż wcześniej. Nie dlatego, że bolało ją biodro. Widziałem, że walczy z czymś znacznie cięższym. Z każdą minutą odpadały kolejne usprawiedliwienia, które przez lata budowała wokół własnego syna.
Ojciec zawsze był jej ulubieńcem.
Nie mówiła tego głośno, ale wszyscy wiedzieliśmy.
Marek był pierwszym dzieckiem. Odpowiedzialnym. Praktycznym. Tym, który po śmierci dziadka Antoniemu „pomagał mamie załatwiać sprawy”. Młodszy Paweł całe życie żył bardziej chaotycznie. Zakładał firmy, zamykał firmy, pożyczał pieniądze i przekonywał wszystkich, że kolejny pomysł okaże się przełomem.
Gdybym kilka dni wcześniej miał wskazać człowieka, którego podejrzewałbym o próbę przejęcia majątku babci, powiedziałbym Paweł.
Nigdy ojciec.
I właśnie dlatego czułem się tak, jakby ktoś wyciągnął mi spod nóg całą podłogę.
W samochodzie babcia trzymała kopertę dziadka obiema dłońmi.
— Wiedziałaś, że dziadek zostawił jakieś dodatkowe instrukcje? — zapytałem.
— Antoni zawsze miał zwyczaj zabezpieczać wszystko dwa razy. Dokumenty, rachunki, umowy. Mówiłam mu, że przesadza.
Uśmiechnęła się słabo.
— Najwyraźniej pierwszy raz w życiu cieszę się, że mnie nie słuchał.
Kancelaria Wiktora Maja mieściła się na drugim piętrze przedwojennej kamienicy niedaleko centrum Poznania. Nie wyglądała jak miejsce, w którym miało się rozstrzygnąć, czy moja rodzina przez ostatnie miesiące prowadziła przeciwko babci przemyślaną operację finansową.
Mecenas Maj miał około sześćdziesięciu lat, srebrne włosy i ten rodzaj spokojnego spojrzenia, który natychmiast wzbudzał zaufanie.
Kiedy zobaczył babcię, nie podał jej ręki od razu.
— Pani Beato, przede wszystkim chcę zapytać: czy czuje się pani bezpiecznie?
Babcia skinęła głową.
— Teraz tak.
— Czy ktoś zmuszał panią ostatnio do podpisywania dokumentów?
— Nie.
— Czy przekazywała pani komuś własność domu?
— Absolutnie nie.
— Czy zgadzała się pani na sprzedaż?
— Nie.
Mecenas przyjął odpowiedź bez zdziwienia.
To mnie zaniepokoiło.
Wyjął z szafy gruby segregator.
— Państwa dzisiejszy telefon nie był pierwszym sygnałem, że coś jest nie w porządku.
Babcia wyprostowała się.
— Co pan ma na myśli?
— Dziesięć dni temu ktoś próbował uzyskać ode mnie kopię dodatkowego oświadczenia pani męża.
Zapadła cisza.
— Kto? — spytałem.
— Człowiek przedstawiający się jako pełnomocnik pani syna Marka.
Babcia zacisnęła palce na torebce.
Mecenas otworzył segregator.
Dziadek Antoni zmarł siedem lat wcześniej. Oficjalny testament znaliśmy wszyscy. Dom przy Lipowej oraz oszczędności przypadły babci. Ojciec i wujek otrzymali po kilku innych składnikach majątku: działce, udziałach w niewielkiej spółce rodzinnej i części środków zgromadzonych na rachunkach.
Nie było wtedy sporów.
Przynajmniej tak mi się wydawało.
— Pani mąż sporządził jednak jeszcze jeden dokument — powiedział prawnik. — Nie był to drugi testament. To oświadczenie dotyczące domu.
Położył przed babcią kilka kartek.
Antoni wyjaśniał w nich, że nieruchomość przy Lipowej pochodziła w większości z majątku rodziców babci. Dziadek uczestniczył w rozbudowie domu i był formalnym współwłaścicielem przez wiele lat, lecz uważał, że po jego śmierci budynek powinien bezwarunkowo pozostać do dyspozycji żony.
Potem pojawiał się fragment, który zmienił wszystko.
W przypadku jakiejkolwiek próby sprzedaży domu dokonanej przez osobę działającą z pełnomocnictwa Beaty, prawnik miał skontaktować się z nią osobiście i potwierdzić, że działa świadomie i dobrowolnie.
— Dlaczego nikt się z panem nie skontaktował? — zapytałem.
— Ponieważ prawdopodobnie próbowano przeprowadzić transakcję w taki sposób, żeby dokument pana Antoniego nigdy nie został ujawniony.
— Da się to zrobić?
— Da się próbować.
Prawnik nie używał dramatycznych słów. Właśnie przez to każde zdanie brzmiało jeszcze gorzej.
Wyjaśnił, że w dokumentach złożonych do księgi wieczystej wskazano pełnomocnictwo, które rzekomo pozwalało Markowi nie tylko zarządzać bieżącymi finansami matki, lecz także rozporządzać nieruchomością.
Babcia natychmiast zaprzeczyła.
— Podpisywałam pełnomocnictwo w szpitalu. Dotyczyło rachunków, banku, opłat i urzędów. Domu nikt nawet nie wymieniał.
— Ma pani kopię?
— Powinnam mieć.
Jej twarz zmieniła się.
— W biurku.
— W domu przy Lipowej?
Skinęła głową.
Wszyscy pomyśleliśmy to samo.
Jeżeli moi rodzice wiedzieli, gdzie znajduje się oryginalny dokument, mogli już tam być.
Ruszyliśmy natychmiast.
Po drodze ojciec dzwonił jeszcze pięć razy.
Nie odebrałem.
Za szóstym razem wysłał wiadomość:
„Kamil, robisz z rodzinnej sprawy katastrofę. Mama nie jest w stanie podejmować racjonalnych decyzji. Przywieź ją do nas. Natychmiast.”
Pokazałem telefon babci.
Przeczytała.
— Zauważyłeś?
— Co?
— Ani razu nie zapytał, czy dobrze się czuję.
Nie odpowiedziałem.
Bo miała rację.
Dom przy ulicy Lipowej znałem od dziecka.
Dwupiętrowy, z jasną elewacją, wysokim dachem i niewielkim ogrodem ciągnącym się za kuchnią. Dziadek własnoręcznie postawił drewnianą altanę. Babcia hodowała róże przy ogrodzeniu. Każde Boże Narodzenie odbywało się właśnie tam.
Kiedy skręciliśmy w ulicę, zobaczyłem przed bramą obcy samochód dostawczy.
Babcia wyprostowała się.
— To nie jest samochód Marka.
Przed domem stało dwóch mężczyzn.
Jeden wychodził właśnie przez drzwi, niosąc karton.
Zatrzymałem samochód gwałtowniej, niż powinienem.
Babcia wysiadła pierwsza.
— Co panowie robią?
Mężczyzna z kartonem spojrzał na nią zdezorientowany.
— Przeprowadzka.
— Czyja?
— Nie wiem. Firma dostała zlecenie opróżnienia części domu.
— Od kogo?
Sięgnął do telefonu.
— Pan Paweł Rogowski.
Babcia nie podniosła głosu.
— Proszę natychmiast odstawić karton.