— Czy to koniec? — zapytał.
Spojrzałam na karton z jego rzeczami.
— Na razie nie potrafię odpowiedzieć inaczej niż tak.
Nie próbował mnie objąć. Wziął karton i wyszedł. Kwiaty zostały na komodzie. Po kilku minutach przeniosłam je do kuchni, bo nie chciałam patrzeć na nie z kanapy.
Po południu zadzwonił ojciec. Zapytał, czy może przyjechać. Zgodziłam się, pod warunkiem że nie będziemy rozmawiać o tym, co powinnam zrobić z Michałem.
Przywiózł jedzenie z małej restauracji, do której chodziliśmy, kiedy byłam na studiach. Usiadł przy stole i przez jakiś czas opowiadał o zupełnie zwyczajnych rzeczach: o mamie, która planowała przesadzić róże, o starym psie sąsiadów, o awarii ekspresu w biurze. Byłam mu wdzięczna za tę zwyczajność.
Dopiero po obiedzie zapytałam:
— Co naprawdę dzieje się z firmą Wysockich?
Ojciec odłożył filiżankę.
— To nie jest prosta sprawa. I nie chcę, żebyś czuła się odpowiedzialna za jej wynik.
— Już się czuję.
— Wiem. Dlatego powiem ci tyle, ile mogę.
Wyjaśnił, że Wysocki Development realizowało duży projekt mieszkaniowo-usługowy pod Warszawą. Domański Inwestycje weszło do przedsięwzięcia jako inwestor, zapewniając kapitał i finansowanie pomostowe. Początkowo współpraca przebiegała dobrze, lecz w ostatnim roku koszty zaczęły rosnąć, a harmonogram był wielokrotnie przesuwany. Stefan tłumaczył to problemami z wykonawcami i zmianami cen materiałów.
— To się zdarza — powiedział ojciec. — W budownictwie opóźnienia nie są niczym niezwykłym. Ale ostatnio pojawiły się rozbieżności w dokumentach.
— Jakie?
— Niektóre faktury i zestawienia kosztów wymagają wyjaśnienia. Piotr sprawdza, czy wszystko zostało prawidłowo rozliczone.
— Podejrzewasz oszustwo?
— Podejrzewam, że nie mamy pełnego obrazu. To różnica.
Nie chciał oskarżać nikogo bez dowodów. Znałam tę zasadę z dzieciństwa. Kiedyś, gdy w szkole oskarżyłam koleżankę o zniszczenie mojego projektu, ojciec powiedział mi, że poczucie krzywdy nie zwalnia z obowiązku sprawdzenia faktów. Później okazało się, że projekt uszkodził przypadkiem nauczyciel podczas przenoszenia prac. Tamta lekcja wróciła do mnie teraz z nieoczekiwaną siłą.
— Czy Stefan wiedział, że wstrzymasz finansowanie?
— Wiedział, że nie podpiszę kolejnej umowy bez wyjaśnień.
— A mimo to zorganizowali przyjęcie?
Ojciec spojrzał na mnie uważnie.
— Przyjęcie było planowane od dawna. Nie zakładajmy, że wszystko miało jeden cel.
Chciałam przyjąć tę odpowiedź, ale przypomniałam sobie dokumenty Heleny, nagłe zainteresowanie Stefana naszym ślubem i milczenie Michała.
— A jeśli miało?
— Wtedy dowiemy się tego z faktów, nie z domysłów.
Po jego wyjściu długo siedziałam przy stole. Wiedziałam, że ojciec ma rację, lecz moje myśli nie chciały układać się w spokojny porządek. Każde wspomnienie z ostatnich miesięcy wydawało się teraz wskazówką. To było niebezpieczne, bo człowiek zraniony potrafi znaleźć potwierdzenie zdrady nawet w rzeczach niewinnych.
Postanowiłam nie podejmować żadnych decyzji tego dnia.
Następnego ranka zadzwoniła do mnie siostra Michała, Marta. Była ode mnie młodsza o trzy lata i przez cały nasz związek utrzymywałyśmy dobre relacje. Nie byłyśmy najbliższymi przyjaciółkami, ale lubiłam jej bezpośredniość. W rodzinie Wysockich często jako jedyna mówiła to, co naprawdę myślała.
— Zosiu, mogę przyjechać? — zapytała.
— Jeśli chcesz mnie przekonywać, żebym wróciła do Michała, to nie.
— Nie chcę. Muszę ci coś powiedzieć.
Przyjechała po godzinie. Miała na sobie zwykły sweter i jeansy, bez makijażu, z włosami związanymi niedbale na karku. Wyglądała na równie niewyspaną jak jej brat.
Usiadłyśmy w kuchni. Marta przez chwilę obracała kubek w dłoniach.
— Wczoraj mama powiedziała wszystkim, że źle zrozumiała sytuację.
— Jaką sytuację?
— Że myślała, że próbujesz wykorzystać Michała.
Poczułam gorzki uśmiech.
— To ma być usprawiedliwienie?
— Nie. Właśnie dlatego przyjechałam.
Marta opowiedziała, że po naszym wyjściu Stefan i Helena pokłócili się w gabinecie. Michał próbował ich uspokajać, ale ojciec kazał mu wyjść. Marta słyszała fragment rozmowy, ponieważ czekała na korytarzu.
— Tata powiedział, że mama nie miała prawa robić z ciebie wroga, bo sama nie rozumie, co się dzieje z firmą. A mama odpowiedziała, że przez ciebie wszystko się posypie.
— Przeze mnie?
— Tak powiedziała.
Marta zawahała się, a potem wyjęła telefon.
— Jest jeszcze coś. Nie wiem, czy powinnam ci to pokazywać, ale nie chcę, żebyś dowiedziała się od kogoś obcego.
Na ekranie zobaczyłam wiadomość, którą Helena wysłała kilka tygodni wcześniej do rodzinnej grupy. Marta zrobiła zrzut ekranu, zanim matka ją usunęła.
„Michał musi wreszcie doprowadzić sprawę do końca. Stefan twierdzi, że Jan nie będzie chciał robić problemów rodzinie córki. Jeśli Zofia zacznie się wahać, trzeba przypomnieć jej, ile dla niej robimy”.
Przeczytałam wiadomość dwa razy.
— Co to znaczy „doprowadzić sprawę do końca”?
Marta pokręciła głową.
— Nie wiem. Myślałam, że chodzi o ślub. Mama od dawna naciskała na Michała, żebyście ustalili datę.
— A ty wiedziałaś, że mój ojciec finansuje ich firmę?
— Wiedziałam, że współpracują. Nie wiedziałam, jak bardzo są od niego zależni.
Wpatrywałam się w ekran. Nie było tam dowodu, że Michał od początku mnie wykorzystywał. Był jednak dowód, że jego rodzice traktowali nasz związek jako element własnych planów. To wystarczyło, żeby poczuć kolejną falę zdrady.