Była młoda, ale nie głupia. Być może Marek wmówił jej tę samą wersję historii, którą sprzedawał mediom.

— Lena — powiedziałam — naprawdę nie jestem osobą, o którą powinnaś się dziś martwić.

Jej uśmiech osłabł.

Marek ścisnął jej dłoń.

— Chodźmy.

Weszli razem.

Ja chwilę później.

Pierwsze dziesięć minut było trudne.

Czułam spojrzenia.

Niektóre pełne współczucia.

Inne ciekawości.

Kilka zwyczajnie plotkarskich.

Potem podeszła do mnie żona Pawła Radeckiego.

Uściskała mnie publicznie.

Zaraz potem sam Paweł.

Następnie Anna Kosińska.

Potem prezes dużej firmy technologicznej, którego z Markiem poznałam osobiście pięć lat wcześniej.

W ciągu kwadransa wokół mnie zgromadziło się więcej ludzi niż wokół stolika Marka.

Widziałam go w oddali.

Udawał, że nie patrzy.

Lena już nie wyglądała tak pewnie.

O dwudziestej trzydzieści poproszono gości o zajęcie miejsc.

Dopiero wtedy odkryłam coś dziwnego.

Nie siedziałam przy dawnym stoliku funduszu.

Moje nazwisko znajdowało się przy stole numer jeden.

Obok Jerzego Rogalskiego.

Zatrzymałam się.

— To pomyłka — powiedziałam obsłudze.

Młody mężczyzna sprawdził listę.

— Nie, pani Agato. Pan Rogalski osobiście zatwierdził miejsca.

Przeszłam przez salę.

Marek siedział trzy stoły dalej.

Zobaczył numer.

Jego twarz zesztywniała.

Przy stole numer jeden wstał siwowłosy mężczyzna.

Jerzy Rogalski.

— Agata Zawadzka?

— Tak.

Wyciągnął rękę.

— Ostatni raz widziałem panią, kiedy miała pani dziewięć lat.

Nie mogłam odpowiedzieć.

— Znał pan mojego ojca.

— Był najlepszym człowiekiem, z jakim mój ojciec prowadził interesy.

Zaprosił mnie gestem do miejsca.

— Długo czekałem, aż będziemy mogli porozmawiać.

Usiadłam.

Kilka minut później światła przygasły.

Jerzy wszedł na scenę.

Podziękował sponsorom, przedstawił cele fundacji, mówił o nowych stypendiach i programie wspierającym młodych przedsiębiorców.

Potem zmienił ton.

— Dzisiejszy wieczór ma dla mojej rodziny jeszcze jedno znaczenie.

Na sali ucichły rozmowy.

— Dwadzieścia siedem lat temu mój ojciec i jego wspólnik rozpoczęli projekt, który wyprzedził swój czas. Jeden z nich nie doczekał chwili, kiedy zobaczyłby, jak daleko zaszła jego praca.

Poczułam chłód na plecach.

Jerzy spojrzał w moją stronę.

— Jego córka jest dziś tutaj.

Setki głów odwróciły się.

Marek przestał się uśmiechać.

— Pani Agato — powiedział Jerzy — proszę podejść.

Nie chciałam.

Każda część mnie chciała zniknąć.

Ale wstałam.

Przeszłam między stolikami.

Kiedy znalazłam się na scenie, Jerzy podał mi rękę.

— Fundacja Horyzont powstała między innymi dzięki kapitałowi wygenerowanemu przez rozwiązania stworzone wspólnie przez naszych ojców. Przez wiele lat kwestie właścicielskie pozostawały zaniedbane. Czas to naprawić.

W sali można było usłyszeć szelest sukni.

Marek siedział nieruchomo.

Jerzy kontynuował:

— Jutro zostanie opublikowane oświadczenie dotyczące zmian w Vistula Strategic Holdings. Nie będę wyprzedzał procedur prawnych. Mogę jednak powiedzieć jedno: pani Agata nie jest gościem w historii tej firmy.

Spojrzał na mnie.

— Jest jej częścią od urodzenia.

Oklaski zaczęły się powoli.

Potem narosły.

Nie wszystkie osoby rozumiały szczegóły.

Marek rozumiał.

Patrzył na mnie tak, jakby właśnie zobaczył nadciągającą katastrofę.

Lena nachyliła się do niego i coś powiedziała.

Nie odpowiedział.

Po przemówieniu ledwo zdążyłam zejść ze sceny, kiedy Marek zastąpił mi drogę w bocznym korytarzu.

— Co mu powiedziałaś?

— Nic.

— Nie kłam.

— Naprawdę sądzisz, że wszystko musi pochodzić ode mnie?

— Rogalski nie zrobiłby tego bez powodu.

— Najwyraźniej ma powód.

Marek zbliżył twarz.

— Nie masz pojęcia, w co się pakujesz.

— Drugi raz używasz tego zdania.

— Vistula to skomplikowana struktura. Jeśli ją rozwalisz, stracą wszyscy.

— „Wszyscy” czy ty?

— Setki pracowników zależą od tych spółek.

— Nie wykorzystuj pracowników jako tarczy.

Zacisnął szczękę.

— Chcesz zemsty?

— Nie.

I dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że to prawda.

Nie chciałam zniszczyć Marka.

Chciałam odzyskać własną historię.

— Chcę faktów.

Lena pojawiła się kilka kroków dalej.

— Marek?

Spojrzała najpierw na niego, potem na mnie.

— O co chodzi z tą spółką?

Marek odpowiedział zbyt szybko:

— Nic istotnego.

Jej twarz zmieniła się.

Znałam ten moment.

Moment, w którym kobieta słyszy kłamstwo i po raz pierwszy przestaje je usprawiedliwiać.

— Powiedziałeś, że ona próbuje zabrać ci firmę — wyszeptała.

— Nie tutaj.

— A ten człowiek właśnie powiedział, że część firmy należała do jej rodziny.

Kilka osób zaczęło spoglądać w naszym kierunku.

Marek chwycił Lenę za łokieć.

— Porozmawiamy później.

Odsunęła rękę.

— Nie dotykaj mnie.

Ironia była prawie bolesna.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej to ona odwróciła moje zdjęcie.

Teraz patrzyła na Marka tak, jak ja patrzyłam na niego w dniu rozwodu.

Nie czułam triumfu.

Tylko zmęczenie.

Wróciłam na salę.

Joanna czekała przy wyjściu.

— Widziałam.

— Wszystko?

— Wystarczająco.

— Jerzy zrobił to specjalnie.

— Oczywiście.

— Dlaczego?

Joanna zerknęła w stronę sceny.

— Bo jutro może być brzydko.

Następnego ranka zrozumiałam, co miała na myśli.

O dziewiątej odbyło się posiedzenie rady Vistula Strategic Holdings.

Ja, Joanna i Robert siedzieliśmy po jednej stronie długiego stołu.

Po drugiej Marek ze swoimi prawnikami.

Jerzy Rogalski przewodniczył posiedzeniu.

Przed każdym leżały dokumenty.

Ekspertyza grafologiczna potwierdziła, że podpis pod zmianą statutu najprawdopodobniej nie należał do mnie.