— Wygląda na to, że tak — odpowiedział Robert. — Ale musimy odtworzyć cały przepływ.
— A mój podpis?
Joanna odpowiedziała spokojnie:
— Jeśli ekspertyza potwierdzi fałszerstwo, rozwód stanie się najmniejszym problemem Marka.
Po raz pierwszy poczułam prawdziwy strach nie o siebie.
O niego.
Nie współczucie.
Świadomość, że człowiek, z którym dzieliłam łóżko, mógł przez lata budować fortunę na czymś znacznie mroczniejszym niż zdrada.
Tego wieczoru Marek przyszedł do mieszkania.
Byłam tam z Moniką, pakując osobiste rzeczy.
Drzwi otworzyły się bez ostrzeżenia.
Wszedł sam.
Wyglądał na zmęczonego.
— Możemy porozmawiać?
Monika spojrzała na mnie.
— Zostaję.
— Daj nam pięć minut — powiedziałam.
Niechętnie poszła do gabinetu.
Marek stanął przy stole.
Przez chwilę znów wyglądał jak dawny on.
Mężczyzna, którego kochałam.
— Wszystko wymknęło się spod kontroli — powiedział.
— Sam to rozpocząłeś.
— Nie chciałem wojny.
— Chciałeś, żebym podpisała sześćdziesiąt trzy strony bez pytań.
— Moi prawnicy przygotowali standardową umowę.
— Standardową umowę, w której zrzekam się udziałów w spółce, o której nigdy mi nie powiedziałeś?
Zamarł.
Po raz pierwszy od początku rozwodu zobaczyłam jego maskę całkowicie zsuniętą.
— Joanna ci to powiedziała.
— Czyli wiedziałeś.
— To skomplikowane.
— Nie. Powiedz tylko jedno. Wiedziałeś przed naszym ślubem?
Odwrócił wzrok.
Ta odpowiedź bolała bardziej niż każde słowo.
— Marek.
— Agata, jeśli posłuchasz—
— Wiedziałeś?
— Wiedziałem, że może istnieć struktura związana z firmą twojego ojca.
— I nie powiedziałeś mi.
— Sytuacja prawna była niejasna.
— Przez dziewięć lat?
Podszedł bliżej.
— Myślisz, że cię wykorzystałem.
— A nie?
— Kochałem cię.
Czas przeszły.
Usłyszał to równocześnie ze mną.
— To nie jest odpowiedź.
Przetarł twarz.
— Na początku wiedziałem tylko o nazwisku. Później dowiedziałem się więcej.
— Kiedy?
— Po ślubie.
— Kłamiesz.
— Nie.
— Twój wspólnik pisał o „temacie Zawadzkiej” trzy miesiące przed naszym ślubem.
Marek pobladł.
Teraz wiedziałam, że trafiłam.
— Skąd masz tę wiadomość?
— Nie powinieneś martwić się tym, co mam.
— Agata, ci ludzie, których zatrudniłaś, nie rozumieją całej historii.
— Więc mi ją opowiedz.
Milczał.
— Właśnie.
Odwróciłam się.
Złapał mnie za nadgarstek.
Nie mocno.
Ale wystarczająco.
Monika natychmiast wyszła z gabinetu.
— Puść ją.
Marek zwolnił chwyt.
— Nie dotykaj mnie więcej — powiedziałam.
Popatrzył na mnie długo.
Potem wyszeptał:
— Nie masz pojęcia, komu grozisz.
Zrobiło się cicho.
— Grożę?
— Źle to powiedziałem.
— Nie. Powiedziałeś dokładnie tak, jak chciałeś.
Wyszedł.
Tym razem sama zamknęłam za nim drzwi.
Trzy dni później otrzymałam zaproszenie na galę Fundacji Horyzont.
Najważniejsze wydarzenie biznesowo-charytatywne jesieni.
Każdego roku uczestniczyło w nim kilkuset przedsiębiorców, inwestorów, polityków, prawników i ludzi mediów.
Przez sześć lat organizowałam stolik funduszu Marka.
W tym roku zaproszenie przyszło bezpośrednio do mnie.
Monika przeczytała nazwisko na kopercie.
— Idziesz.
— Nie wiem.
— Idziesz.
— Marek tam będzie.
— Tym bardziej.
— Z Leną.
Monika uniosła brwi.
— Jeszcze lepiej.
Nie chciałam brać udziału w przedstawieniu.
Nie chciałam wejść do sali, gdzie wszyscy będą zastanawiać się, czy jestem porzuconą żoną, desperatką czy kobietą walczącą o cudze pieniądze.
Joanna miała inne zdanie.
— Pojawisz się.
— Ty też?
— Tak.
— Dlaczego?
Położyła przede mną kopertę.
— Bo gala odbywa się trzy dni przed nadzwyczajnym posiedzeniem rady Vistula Strategic Holdings.
Nie rozumiałam związku.
— I?
— Organizator fundacji, Jerzy Rogalski, jest synem dawnego wspólnika twojego ojca.
Nazwisko uderzyło mnie natychmiast.
— Jana Rogalskiego?
— Tak.
— Dlaczego nikt mi tego nie powiedział?
— Bo dopiero dziś potwierdziliśmy, że to ta sama rodzina.
Jerzy Rogalski był jednym z najbardziej wpływowych, a jednocześnie najbardziej dyskretnych przedsiębiorców w kraju. Rzadko udzielał wywiadów. Nie afiszował się z majątkiem. Jego fundacja finansowała stypendia, szpitale i programy technologiczne.
— On wie, kim jestem?
Joanna spojrzała na mnie znacząco.
— To on wysłał zaproszenie.
Gala odbywała się w odrestaurowanym pałacu niedaleko placu Piłsudskiego.
Przez cały dzień miałam ochotę odwołać wyjście.
O dziewiętnastej stałam jednak przed lustrem w mieszkaniu Moniki.
Nie założyłam czerwonej sukni zemsty.
Nie chciałam wyglądać jak kobieta występująca w spektaklu napisanym przez byłego męża.
Wybrałam długą granatową suknię o prostym kroju, perłowe kolczyki po matce i włosy upięte nisko nad karkiem.
Monika stanęła za mną.
— Wyglądasz jak osoba, która za chwilę kupi budynek.
— Nie stać mnie.
— Jeszcze rano nie wiedziałaś nawet, ile naprawdę jesteś warta, więc poczekaj z deklaracjami.
Roześmiałam się.
Potrzebowałam tego.
Kiedy wysiadłam przed pałacem, zobaczyłam Marka natychmiast.
Stał przy wejściu.
Lena trzymała go pod ramię.
Miała na sobie jasną, srebrzystą suknię i uśmiech osoby absolutnie przekonanej, że właśnie weszła do świata, do którego zawsze chciała należeć.
Marek mnie zauważył.
Przez ułamek sekundy jego twarz zdradziła zaskoczenie.
Potem pojawił się znajomy uśmiech.
Pewny.
Kontrolowany.
Zwycięski.
Podszedł bliżej.
— Nie sądziłem, że przyjdziesz.
— Dostałam zaproszenie.
Lena uśmiechnęła się słodko.
— Mam nadzieję, że to nie będzie dla ciebie niezręczne.
Spojrzałam na nią.