Joanna obróciła ekran w moją stronę.
Zobaczyłam nazwisko.
Moje.
Agata Zawadzka.
Panieńskie.
— Nie rozumiem.
— Twój ojciec był kiedyś wspólnikiem człowieka, który założył tę strukturę — powiedziała Joanna. — A udziały nigdy nie zostały prawidłowo przeniesione.
— Mój ojciec zmarł piętnaście lat temu.
— Wiem.
Przesunęła palcem niżej.
— I dlatego właśnie to robi się interesujące.
Na ekranie pojawiła się wartość aktywów.
Przeczytałam ją dwa razy.
Potem trzeci.
Nie kilka milionów.
Ponad miliard złotych.
Joanna spojrzała mi prosto w oczy.
— Agata, istnieje możliwość, że Marek nie próbuje się z tobą rozwieść dlatego, że zakochał się w młodszej kobiecie.
Ścisnęła wydruk.
— Możliwe, że próbuje cię rozwieść, zanim odkryjesz, kim naprawdę jesteś w jego firmie.
A wtedy zadzwonił mój telefon.
Wiadomość od Marka zawierała tylko jedno zdanie:
„Mam nadzieję, że nie pokazałaś dokumentów Joannie.”
CZĘŚĆ 3
Patrzyłam na wiadomość dłużej, niż powinnam.
Nie dlatego, że nie wiedziałam, co oznacza.
Właśnie dlatego, że wiedziałam.
Marek nie zapytał, czy pojechałam do prawniczki. Nie napisał nic o warunkach rozwodu, mieszkaniu ani terminie wyprowadzki.
Zapytał wyłącznie o dokumenty.
Joanna wyciągnęła rękę.
— Pokaż.
Podałam jej telefon.
Przeczytała wiadomość, a jej twarz pozostała nieruchoma. Tylko oczy stały się chłodniejsze.
— Nie odpowiadaj.
— Myślisz, że wie, że coś znaleźliśmy?
— Myślę, że jeszcze nie wie. Gdyby wiedział, nie pisałby w ten sposób. Próbuje ustalić, czy popełnił błąd.
Wskazałam monitor.
— A popełnił?
Joanna odchyliła się w fotelu.
— Ogromny.
Za oknami jej kancelarii Warszawa migotała w deszczu. Samochody przesuwały się wzdłuż Alej Jerozolimskich, ludzie biegli pod parasolami, gdzieś poniżej dzwonił tramwaj. Zwyczajny wieczór trwał obojętnie, podczas gdy moje siedem lat małżeństwa rozpadało się na elementy, których nigdy wcześniej nie widziałam.
Joanna otworzyła kolejny plik.
— Muszę ci coś wyjaśnić. Vistula Strategic Holdings nie jest firmą operacyjną. To struktura właścicielska. Posiada udziały w kilku spółkach, nieruchomości i prawa do części aktywów funduszu Marka.
— Jak dużej części?
— Jeszcze nie wiem. Dokumenty są rozproszone. Ale wystarczającej, żeby ktoś bardzo nie chciał, abyś zaczęła zadawać pytania.
Przypomniałam sobie pierwszy rok małżeństwa.
Marek był wtedy zupełnie innym człowiekiem. Albo chciałam wierzyć, że był.
Mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu na Powiślu. Miał trzy garnitury, jeden dobry zegarek i tyle długu po nieudanym pierwszym biznesie, że budził się nocami z bólem brzucha.
Ja pracowałam w firmie konsultingowej.
Miałam trzydzieści lat, świetne wyniki, propozycję awansu i życie, które nie potrzebowało ratunku.
Poznaliśmy się na konferencji w Gdańsku. Marek przez godzinę przekonywał mnie, że polski rynek inwestycyjny czeka rewolucja. Był bezczelny, ambitny i czasami irytująco pewny siebie.
Ale umiał też słuchać.
Przynajmniej wtedy.
Kiedy w pierwszym roku działalności jego fundusz prawie upadł, to ja przedstawiłam go Pawłowi Radeckiemu, właścicielowi rodzinnego holdingu logistycznego.
Paweł zainwestował pierwsze poważne pieniądze.
Potem przyszli następni.
Marek zawsze mówił, że zbudowaliśmy wszystko razem.
Z czasem „my” zniknęło.
Zostało „ja”.
— Mój ojciec nie był finansistą — powiedziałam. — Prowadził małą firmę technologiczną.
Joanna pokiwała głową.
— I właśnie dlatego sprawdzimy, komu ją sprzedał.
— Firma upadła.
— Tak ci powiedziano?
To pytanie uderzyło we mnie jak zimny podmuch.
— Pamiętam.
Miałam siedemnaście lat, kiedy ojciec zaczął chorować. Przez następne dwa lata większość rozmów w naszym domu dotyczyła szpitali, badań i pieniędzy. Po jego śmierci matka powiedziała mi, że firma praktycznie nic nie była warta.
Nigdy nie pytałam.
Byłam zbyt zajęta żałobą.
Joanna wydrukowała kilka stron.
— Jutro spotkamy się z prawnikiem od prawa spółek. Na razie zabierzesz kopie i pojedziesz gdzieś, gdzie Marek nie ma dostępu.
— Do mieszkania?
— Nie.
Spojrzałam na nią.
— To też jest mój dom.
— Na papierze własność jest wspólna, ale dziś nie chodzi o dumę. Marek wprowadził tam kobietę przed zakończeniem rozwodu i przesłał ci dokument zawierający próbę zrzeczenia się praw do aktywów, o których ci nie powiedział. Nie wiemy jeszcze, jak daleko jest gotów się posunąć.
Nie lubiłam strachu, który pojawił się w jej słowach.
— Uważasz, że jestem zagrożona?
— Uważam, że ostrożność nic nie kosztuje.
Noc spędziłam u mojej przyjaciółki, Moniki Lis.
Nie powiedziałam jej wszystkiego. Jedynie, że Marek chce rozwodu i że sprawa finansowa jest bardziej skomplikowana, niż myślałam.
Monika otworzyła butelkę wina, nalała mi pół kieliszka i powiedziała:
— Wiedziałam, że ten człowiek któregoś dnia zrobi coś podłego.
Parsknęłam pierwszym szczerym śmiechem od dwudziestu czterech godzin.
— Dlaczego nigdy tego nie powiedziałaś?
— Bo go kochałaś. A ja nie jestem przyjaciółką od „a nie mówiłam”. Jestem przyjaciółką od „gdzie chowamy ciało”.
— Bez ciał.
— Dobrze. To gdzie chowamy pieniądze?
Uśmiech zniknął równie szybko, jak się pojawił.
— Właśnie w tym problem. Możliwe, że część pieniędzy od początku była moja.
Następnego ranka Joanna przedstawiła mnie mecenasowi Robertowi Zalewskiemu.
Robert miał około sześćdziesięciu lat i wyglądał jak człowiek, który nigdy nie podniósł głosu, ponieważ nie musiał.
Przez trzy godziny analizowaliśmy dokumenty.
Wyjaśnienie było skomplikowane, ale sedno przerażająco proste.