— Tak.

Nie próbowała zaprzeczać.

To mnie zaskoczyło.

— Więc dlaczego?

Przez chwilę wyglądała, jakby chciała odejść.

Zamiast tego usiadła.

— Mój brat po śmierci swojej żony dostał wypłatę z ubezpieczenia. Część pieniędzy odłożył dla Zosi. Nie chciał ich ruszać.

— A pani je ruszyła.

— Pożyczyłam.

— Bez jego zgody?

Karolina zacisnęła szczękę.

— Tak.

Kwota była znaczna.

Nie astronomiczna, ale wystarczająco duża, żeby wywołać rodzinny konflikt.

Karolina prowadziła mały zakład krawiecki w Wejherowie. Kilka miesięcy wcześniej zaczęła mieć problemy finansowe. Straciła dwóch dużych klientów. Zalegała z czynszem za lokal. Bank odmówił kolejnego kredytu.

Tomasz dowiedział się, że wcześniej uzyskała dostęp do rodzinnego rachunku, do którego wciąż miała stare pełnomocnictwo po okresie, gdy pomagała mu po śmierci żony.

Wzięła część pieniędzy.

Tomasz odkrył to trzy tygodnie przed wypłynięciem.

Zażądał zwrotu.

Karolina obiecała, że odda wszystko.

— Dlaczego więc napisała pani: „stracimy wszystko”?

Jej twarz stężała.

— Bo miałam wspólnika.

— W zakładzie?

— Tak.

— I on wiedział, skąd pochodzą pieniądze?

— Nie na początku.

— Kto to?

Nie odpowiedziała.

— Karolina, jeżeli chce pani, żeby ktokolwiek uwierzył, że próbowała pani naprawić sytuację, to nie może pani dalej ukrywać połowy prawdy.

— To nie jest takie proste.

— Dla Zosi było proste. Była chora. Napisała, że potrzebuje pomocy. Pani przeczytała wiadomość.

Karolina pobladła.

— Wiem.

— I nie przyjechała pani.

— Wiem.

— Dlaczego?

Przez chwilę słychać było tylko automat chłodzący napoje.

— Bo tego dnia miałam spotkanie z człowiekiem, któremu przekazałam pieniądze.

— Wspólnikowi?

Skinęła głową.

— Nazywa się Marek Bielski.

Marek miał znaleźć inwestora i uratować zakład. Karolina przekazała mu środki, wierząc, że w ciągu kilku tygodni odzyska je z zyskiem i odda Tomaszowi, zanim brat wróci.

Ale Marek zaczął unikać kontaktu.

Potem okazało się, że część dokumentów dotyczących inwestycji była niejasna, a pieniądze zostały przesunięte na inne konto.

— Kiedy Helena trafiła do szpitala — mówiła Karolina — Tomasz skontaktował się ze mną. Powiedziałam mu, że zajmę się Zosią. Naprawdę chciałam.

— Ale nie zrobiła pani tego.

— Pierwszego dnia pojechałam do domu. Potem zadzwonił Marek. Powiedział, że jeżeli natychmiast nie podpiszę dokumentów, pieniądze przepadną.

— I wybrała pani pieniądze.

Karolina otarła twarz.

— Tak.

Nie szukała usprawiedwienia.

Może właśnie dlatego jej odpowiedź zabrzmiała tak ciężko.

— Myślałam, że zajmie mi to kilka godzin. Potem jeden dzień. Potem drugi. Codziennie mówiłam sobie, że jutro wszystko naprawię.

— A Zosia?

— Pisałam jej, że przyjadę.

— Nie przyjeżdżała pani.

— Wiem.

— Napisała, że nie ma jedzenia.

— Zamówiłam zakupy.

— Nie dotarły.

Karolina spojrzała na mnie zaskoczona.

— Co?

— Zosia mówi, że nie dostała żadnych zakupów.

Kobieta wyciągnęła telefon.

Pokazała potwierdzenie zamówienia.

Adres był prawidłowy.

Status: dostarczono.

Poczułam niepokój.

— Kto odebrał?

Karolina otworzyła szczegóły.

Przy dostawie widniał podpis.

M. Bielski.

Spojrzałyśmy na siebie.

— Dlaczego pani wspólnik odbierał zakupy pod domem Zosi?

Karolina nie odpowiedziała.

Tym razem nie dlatego, że coś ukrywała.

Wyglądała, jakby sama chciała poznać odpowiedź.

*

Następnego ranka sytuacja stała się jeszcze dziwniejsza.

Joanna skontaktowała się z Heleną Krawczyk.

Starsza kobieta nadal przebywała w szpitalu po nagłym zabiegu. Była osłabiona, ale mogła rozmawiać.

Potwierdziła, że przed zabraniem przez karetkę zadzwoniła do Karoliny.

— Powiedziałam jej, że Zosia zostaje sama — relacjonowała Joanna po rozmowie. — Karolina zapewniła, że przyjedzie.

— Czyli nie mogła sądzić, że Helena wróciła do domu.

— Właśnie.

Kiedy skonfrontowano z tym Karolinę, przyznała, że skłamała.

Nie zobaczyła samochodu Heleny.

Nie pojechała pod dom pierwszego dnia.

Wymyśliła tę wersję ze wstydu.

To pogarszało jej sytuację, ale jednocześnie sprawiało, że podpis Marka na dostawie stawał się jeszcze bardziej zastanawiający.

Jeżeli Karolina nie była pod domem, skąd Marek wiedział, że Zosia jest sama?

Karolina twierdziła, że mu tego nie mówiła.

Joanna zapytała Zosię, czy w ostatnich dniach ktoś przychodził.

Dziewczynka długo się zastanawiała.

— Jeden pan.

— Znasz go?

— Widziałam go wcześniej z ciocią.

— Wszedł do domu?

— Nie.

— Rozmawiał z tobą?

— Powiedział, że zostawi zakupy.

— Kiedy?

— Chyba trzy dni temu.

— Zostawił?

Zosia pokręciła głową.

— Wziął je z powrotem do samochodu.

— Dlaczego?

— Powiedział, że pomylił adres.

To wyjaśniało brak jedzenia.

Nie wyjaśniało jednak, po co Marek pojawił się pod domem.

O sprawie zostały poinformowane odpowiednie służby. Nie zamierzałyśmy prowadzić własnego dochodzenia. Naszym zadaniem było zadbanie o Zosię.

Ale tego samego dnia pojawił się kolejny szczegół.

Podczas rozmowy z Joanną Zosia wspomniała, że Marek pytał ją o „zieloną książkę taty”.

— Jaką książkę? — zapytałam później.

— Taką grubą. Tata zapisuje w niej rzeczy.

— Gdzie ją trzyma?

— Nie wiem.

— Marek pytał, gdzie jest?

— Tak.

— Co odpowiedziałaś?

— Że nie wiem.

— I co wtedy zrobił?

— Powiedział, że to nic.

Potem Zosia dodała coś, co zmieniło charakter całej sprawy.

— Ale chyba wiedział, gdzie szukać.

— Dlaczego tak sądzisz?