Karolina Wysocka pojawiła się na oddziale siedem minut później w towarzystwie pracownika ochrony i Joanny.

Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam, nie była jej twarz.

Była nią teczka.

Granatowa, gruba, mocno zaciśnięta pod ramieniem.

Karolina miała około czterdziestu lat. Mokre włosy przykleiły jej się do skroni, a płaszcz był niedopięty, jakby wyszła z domu w pośpiechu. Jej wzrok natychmiast odnalazł Zosię.

— Boże, Zosiu.

Ruszyła do łóżka.

Joanna zatrzymała ją spokojnym gestem.

— Najpierw musimy porozmawiać.

— Jestem jej ciotką.

— Wiemy.

— W takim razie nie rozumiem problemu.

Jej głos był pewny, lecz palce zaciskały się na teczce.

Zosia odwróciła twarz w moją stronę.

Ten drobny ruch wystarczył.

Karolina go zauważyła.

I wtedy po raz pierwszy zobaczyłam na jej twarzy coś więcej niż zdenerwowanie.

Wstyd.

— Zosiu — powiedziała ciszej. — Dlaczego tu przyszłaś sama?

Dziewczynka patrzyła na Barnabę.

— Czekałam.

Karolina zamknęła oczy.

— Miałam przyjechać.

— Wiem.

— Naprawdę miałam.

— Wiem.

Te dwa słowa wypowiedziane przez dziecko zabrzmiały gorzej niż oskarżenie.

Joanna poprosiła Karolinę do osobnego pomieszczenia. Kobieta odmówiła, dopóki nie upewniła się, że Zosia nie zostanie sama.

— Ja przy niej zostanę — powiedziałam.

Karolina przyjrzała mi się długo.

— To pani znalazła wiadomości?

Nie odpowiedziałam.

Nie musiałam.

Jej ramiona opadły.

— Nie wszystko wygląda tak, jak pani myśli.

To zdanie słyszałam wiele razy w szpitalach.

Czasem było prawdziwe.

Czasem oznaczało jedynie, że prawda jest jeszcze gorsza.

*

Lekarz potwierdził infekcję dróg oddechowych, odwodnienie i znaczne osłabienie. Zosia miała pozostać w szpitalu co najmniej przez najbliższą dobę, prawdopodobnie dłużej.

Ta informacja dała nam czas.

Joanna wróciła po prawie godzinie.

Usiadła obok mnie w pokoju pielęgniarek.

— Dokument jest prawdziwy — powiedziała.

— Tomasz rzeczywiście upoważnił Karolinę?

— Tak. Dziesięć dni temu.

To nie miało sensu.

— Dokładnie wtedy zabrano Helenę do szpitala.

— Właśnie.

Tomasz dowiedział się o nagłej hospitalizacji sąsiadki i podpisał elektronicznie tymczasowe pełnomocnictwo dla swojej siostry. Karolina miała przejąć opiekę nad Zosią do jego powrotu albo do czasu, gdy Helena odzyska zdrowie.

— Więc dlaczego nie przyjechała?

Joanna przez chwilę milczała.

— Twierdzi, że przyjechała.

Spojrzałam na nią.

— Co?

— Mówi, że następnego dnia była pod domem.

— Zosia jej nie widziała.

— Wiem.

Karolina twierdziła, że podjechała wieczorem, zobaczyła światło w kuchni i samochód Heleny stojący przed domem. Założyła, że starsza kobieta wróciła ze szpitala.

— Bez sprawdzenia?

— Podobno dzwoniła.

— Do ośmioletniego dziecka?

— Do Heleny. Nikt nie odebrał.

— I po prostu odjechała?

Joanna skinęła głową.

Poczułam narastającą złość.

— A potem Zosia pisała jej, że nie ma jedzenia.

— Karolina mówi, że wtedy sytuacja się skomplikowała.

— To bardzo wygodne słowo.

— Anna.

— Dziecko przyjechało chore dwoma autobusami.

— Wiem.

Wiedziałam, że Joanna nie broni Karoliny. Robiła to, co należało: zbierała fakty.

Ja miałam większy problem z oddzieleniem faktów od emocji.

Może dlatego, że kiedy patrzyłam na Zosię, czasami widziałam Maję.

To było nieuczciwe wobec obu dziewczynek.

Musiałam o tym pamiętać.

— Co z pieniędzmi? — zapytałam.

Joanna spojrzała na zamknięte drzwi.

— Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć.

*

Kilka godzin później udało się nawiązać ograniczony kontakt z jednostką Tomasza.

Nie mogliśmy z nim od razu porozmawiać. Oficer dyżurny potwierdził jednak, że wiadomość o sytuacji rodzinnej została przekazana dowództwu.

Zosia zasnęła.

Barnaba leżał pod jej brodą.

Usiadłam przy łóżku i przez chwilę słuchałam rytmicznego syczenia tlenu.

Przypomniałam sobie Maję.

Ostatnie miesiące jej życia nauczyły mnie, jak bardzo dzieci potrafią obserwować dorosłych. Widzą więcej, niż sądzimy. Tylko nie zawsze rozumieją znaczenie tego, co widzą.

Zosia również coś widziała.

Byłam tego coraz bardziej pewna.

Kiedy obudziła się przed wieczorem, poprosiła o wodę.

— Lepiej się oddycha?

Skinęła głową.

— Trochę.

— To dobrze.

Milczała.

Potem zapytała:

— Ciocia jest zła?

— Nie wiem. Ale rozmawia z ludźmi, którzy chcą zrozumieć, co się wydarzyło.

Zosia przesunęła palcem po brakującym uchu Barnaby.

— Ona potrzebowała pieniędzy.

Nie zareagowałam zbyt gwałtownie.

— Dlaczego tak myślisz?

— Słyszałam.

— Kogo?

— Ciocię.

Okazało się, że trzy tygodnie wcześniej Karolina odwiedziła ich dom. Tomasz miał wypłynąć następnego ranka. Zosia leżała już w łóżku, ale obudziły ją podniesione głosy dochodzące z kuchni.

Nie pamiętała wszystkiego.

Pamiętała jednak jedno zdanie ojca.

*Nie dotykaj tych pieniędzy, Karolina. One są dla Zosi.*

Zapytałam, czy wie, o jakie pieniądze chodziło.

Nie wiedziała.

— Tata powiedział potem, że dorośli czasami się kłócą, ale wszystko jest dobrze.

— A ciocia?

— Płakała.

— Powiedziała coś?

Zosia zastanowiła się.

— Że odda.

To było pierwsze potwierdzenie, że wiadomość nie dotyczyła przypadkowej sprawy.

Powiadomiłam Joannę.

Nie przesłuchiwałyśmy Zosi dalej.

Nie było takiej potrzeby.

Prawda zaczynała wychodzić sama.

*

Wieczorem Karolina poprosiła o rozmowę ze mną.

Stała przy automacie z kawą.

— Pani mnie nienawidzi — powiedziała.

— Nie znam pani wystarczająco dobrze.

— Ale już pani zdecydowała, kim jestem.

— Zdecydowałam tylko, że Zosia nie powinna była zostać sama.

Karolina odwróciła wzrok.