Chciałem odejść z firmy i założyć własną działalność.
Ojciec uważał to za zdradę rodzinnego biznesu.
— Renata przygotowała dowody?
— Część. Ja wykonałem przelewy.
— A potem patrzyłeś, jak idę do więzienia.
— Tak.
Nie było usprawiedliwienia.
Nie próbował go nawet szukać.
— Co zmieniło się później?
— Jerzy znalazł pełny raport logowań.
— I skonfrontował cię?
— Tak.
— Przyznałeś się?
Adrian skinął głową.
— Dlaczego?
— Bo wtedy było już za późno.
Ojciec zażądał, by Adrian poszedł na policję.
Renata przekonała go, żeby poczekał kilka dni.
W tym czasie stan Jerzego gwałtownie się pogorszył.
— Truła go?
— Nie wiem. Naprawdę. Wiem tylko, że kontrolowała jego leki.
— A fałszywa śmierć?
Adrian spojrzał na mnie.
— To nie był jej pomysł.
Zamarłem.
— Czyj?
— Twojego ojca.
Nie uwierzyłem.
— Jerzy zorientował się, że Renata przejęła prawie cały majątek. Bał się, że jeśli spróbuje wszystko odwrócić oficjalnie, ona zniszczy dowody przeciwko nam. Chciał zniknąć na kilka tygodni.
— Więc upozorował śmierć?
— Tak.
— Z pomocą człowieka, którego przekupiliście?
— Radecki miał tylko podpisać dokument.
— A potem?
Adrian przetarł twarz.
— Potem wszystko wymknęło się spod kontroli.
Renata dowiedziała się, że Jerzy zbiera dowody.
Znalazła jeden z jego notesów.
Zorientowała się, że planuje oczyścić moje nazwisko.
— Co zrobiła?
— Przeniosła go do „Zacisza”. Bez jego zgody.
— Ty jej pomogłeś.
— Tak.
To „tak” było cięższe od poprzednich.
— Dlaczego?
— Bałem się więzienia.
Roześmiałem się gorzko.
— Więc wysłałeś tam mnie.
Nie odpowiedział.
— Gdzie jest teraz?
Adrian wyjął kartkę.
Adres prowadził do małej miejscowości pod Mrągowem.
— Jeśli go tam nie ma?
— Nie wiem, gdzie jest.
— Dlaczego mam ci wierzyć?
— Nie masz powodu.
Po raz pierwszy powiedział coś, z czym całkowicie się zgadzałem.
Pojechaliśmy z Martą i mecenas Lewandowską.
Prokurator został poinformowany o adresie.
Nie chciałem jednak czekać.
Dom stał na skraju lasu.
Niewielki.
Drewniany.
Zapukałem.
Otworzył mężczyzna około siedemdziesiątki.
Kiedy powiedziałem swoje nazwisko, jego oczy zaszkliły się.
— Czekał na pana.
Poczułem, jak uginają mi się kolana.
— Gdzie jest?
Mężczyzna odsunął się.
W salonie stał pusty fotel.
Na stoliku leżała szklanka.
— Pański ojciec mieszkał tutaj przez prawie pięć miesięcy — powiedział.
— Mieszkał?
Czas przeszły.
Znowu.
— Co się z nim stało?
— Trzy tygodnie temu trafił do szpitala.
— Którego?
Podał nazwę.
Pojechaliśmy natychmiast.
Na oddziale powiedzieli, że Jerzy Wysocki został wypisany dwanaście dni wcześniej.
— Przez kogo?
Pielęgniarka sprawdziła dokument.
— Sam podpisał wypis.
— Dokąd pojechał?
Nie wiedziała.
Ale zostawił coś.
Kopertę.
Znów moje imię.
Tym razem ręce trzęsły mi się tak mocno, że Marta musiała ją otworzyć.
W środku znajdował się list.
*Synu.*
Pierwsze słowo wystarczyło, żebym musiał usiąść.
*Nie wiem, czy będę miał odwagę stanąć przed tobą. To, co zrobili Renata i Adrian, jest ich winą. Ale moja wina polega na tym, że kiedy najbardziej mnie potrzebowałeś, zwątpiłem.*
Czytałem dalej.
Ojciec przyznał, że na początku uwierzył dowodom.
Był wściekły.
Wstydził się.
Nie odwiedził mnie w więzieniu, bo nie potrafił spojrzeć mi w oczy.
Dopiero później odkrył nieścisłości.
Kiedy zrozumiał prawdę, jego choroba była już zaawansowana.
Zaczął zbierać dowody.
Chciał doprowadzić do wznowienia procesu.
Potem Renata przejęła kontrolę nad jego leczeniem i finansami.
*Nie uciekłem przed tobą, Michał. Uciekłem przed własnym tchórzostwem.*
Na końcu podał miejsce.
Stara przystań nad jeziorem, do której jeździliśmy, kiedy byłem dzieckiem.
Pojechałem tam sam.
Nie chciałem świadków.
Był listopadowy wieczór. Wiatr ciął powierzchnię jeziora. Drewniany pomost skrzypiał dokładnie tak samo jak dwadzieścia lat wcześniej.
Na jego końcu siedział mężczyzna.
Chudy.
Zgarbiony.
W czapce naciągniętej na uszy.
Poznałem go, zanim się odwrócił.
Zatrzymałem się.
Przez trzy lata wyobrażałem sobie tę chwilę.
W żadnej wersji nie byłem przygotowany.
Ojciec wstał powoli.
— Michał.
Nie podszedłem.
On również nie.
Między nami było kilka metrów pomostu i trzy lata, których żaden z nas nie potrafił cofnąć.
— Żyjesz — powiedziałem.
Skinął głową.
— Tak.
— Pozwoliłeś mi wierzyć, że nie żyjesz.
— Tak.
— Pozwoliłeś mi siedzieć.
Zamknął oczy.
— Tego nie potrafię naprawić.
Wtedy wybuchłem.
Nie uderzyłem go.
Nie krzyczałem długo.
Powiedziałem tylko rzeczy, które nosiłem w sobie przez tysiąc dziewięćdziesiąt pięć nocy.
Że czekałem.
Że podczas każdej wizyty patrzyłem na drzwi, mając nadzieję, że wejdzie.
Że kiedy inni więźniowie pytali, czy rodzina mnie odwiedza, kłamałem.
Że bardziej niż celi nienawidziłem myśli, iż własny ojciec uwierzył, że jestem złodziejem.
Jerzy słuchał.
Nie bronił się.
Kiedy skończyłem, powiedział:
— Masz prawo nigdy mi nie wybaczyć.
I właśnie wtedy gniew stracił część swojej siły.
Nie dlatego, że mu wybaczyłem.
Nie wybaczyłem.
Ale pierwszy raz od trzech lat ktoś nie próbował mi wmówić, że moje cierpienie było przesadą.
Usiedliśmy.
Ojciec opowiedział resztę.
Wiedział o magazynie.
Wiedział o pełnym raporcie.
Miał także nagranie rozmowy Renaty z Adrianem dotyczącej przelewów.
— Gdzie jest?
Wyciągnął niewielki pendrive.
— Tutaj.
To był dowód, którego potrzebowaliśmy.