— Czyli ktoś tu wszedł.

Przesunąłem się za metalowy regał.

Mężczyźni stali po drugiej stronie drzwi jeszcze kilkanaście sekund.

Potem jeden powiedział:

— Dzwoń.

Oddalili się.

Odczekałem kilka minut.

Nie wiedziałem, komu zamierzali zadzwonić.

Nie chciałem się dowiedzieć.

Zabrałem laptop, kartę pamięci, raport informatyczny, dokumentację medyczną oraz testament. Pozostałe papiery sfotografowałem telefonem.

Z tyłu magazynu znajdowało się niewielkie okno wentylacyjne. Za małe dla człowieka.

Nie miałem drugiego wyjścia.

Musiałem przejść przez główne drzwi.

Czekałem.

Dziesięć minut.

Piętnaście.

Dwadzieścia.

W końcu uchyliłem drzwi.

Alejka była pusta.

Samochodu nie było.

Wyszedłem.

Dopiero przy głównej bramie kompleksu zauważyłem czarnego volkswagena stojącego po drugiej stronie ulicy.

Nie widziałem kierowcy.

Ruszyłem pieszo.

Volkswagen nie ruszył.

Po około kilometrze wszedłem do całodobowego sklepu, przeszedłem między regałami i wyszedłem drugim wejściem prowadzącym na parking.

Dopiero wtedy poczułem, że znów mogę oddychać.

Nie miałem pieniędzy na hotel.

Jedyną osobą, do której mogłem się zwrócić, była Marta.

Przed więzieniem byliśmy razem przez cztery lata.

Podczas pierwszych miesięcy mojego wyroku pisała regularnie. Potem coraz rzadziej.

Po roku listy przestały przychodzić.

Nie miałem do niej pretensji.

Trzy lata to dużo czasu.

Szczególnie kiedy cały świat mówi kobiecie, że człowiek, którego kochała, okradł własnego ojca.

Jej adres pamiętałem.

Nie wiedziałem, czy nadal tam mieszka.

Dotarłem pod blok po dwudziestej drugiej.

Stałem pod drzwiami kilka minut, zanim zapukałem.

Otworzyła.

Jej twarz zmieniła się natychmiast.

— Michał?

— Potrzebuję tylko jednej nocy.

Patrzyła na mnie bez słowa.

— Jeśli nie możesz…

— Wejdź.

Mieszkanie wyglądało podobnie jak dawniej, choć zniknęły nasze wspólne zdjęcia.

Marta podała mi wodę.

— Kiedy wyszedłeś?

— Dzisiaj.

— Byłeś u ojca?

Nie odpowiedziałem.

Jej dłoń zatrzymała się w połowie ruchu.

— Co się stało?

— Powiedz mi najpierw jedną rzecz. Wiedziałaś, że nie żyje?

Marta pobladła.

— Michał…

— Wiedziałaś?

— Renata zadzwoniła do mnie rok temu.

Usiadłem.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś?

— Próbowałam.

Spojrzałem na nią.

— Co?

— Napisałam do ciebie. Dwa razy. Listy wróciły.

Wyjęła z szuflady kopertę.

Na froncie widniał stempel zakładu karnego i adnotacja: „Adresat odmówił przyjęcia”.

— Nigdy tego nie widziałem.

Marta usiadła naprzeciwko.

— Właśnie dlatego zachowałam kopertę. Wiedziałam, że nie odmówiłbyś informacji o własnym ojcu.

Poczułem, jak kolejny element układanki przesuwa się na miejsce.

Ktoś nie tylko doprowadził do mojego skazania.

Ktoś kontrolował informacje docierające do mnie w więzieniu.

— Byłaś na pogrzebie?

— Nie.

— Dlaczego?

— Nie było pogrzebu.

To zdanie sprawiło, że spojrzałem na nią gwałtownie.

— Renata powiedziała, że ceremonia będzie tylko dla rodziny. Później dowiedziałam się od znajomych, że nikt z firmy też nie uczestniczył. Powiedziała, że Jerzy chciał kremacji bez uroczystości.

— A urna?

— Podobno została złożona poza Olsztynem.

Wyciągnąłem laptop.

— Musisz coś zobaczyć.

Odtworzyłem nagranie.

Marta zakryła usta dłonią.

— Kiedy to nagrano?

Pokazałem datę.

Zmarszczyła brwi.

— To niemożliwe.

— Dlaczego?

— Bo trzy dni przed tą datą Renata wysłała do pracowników firmy informację, że Jerzy jest już niezdolny do podejmowania decyzji.

Zamilkłem.

— Skąd to wiesz?

— Moja siostra pracowała wtedy w księgowości.

Pierwszy raz od wyjścia z więzienia poczułem coś podobnego do nadziei.

Nie dlatego, że sytuacja stawała się prostsza.

Przeciwnie.

Po raz pierwszy miałem jednak kogoś, kto pamiętał fakty niezależnie ode mnie.

Następnego ranka spotkaliśmy się z siostrą Marty, Anną.

Nie pracowała już dla Wysocki Transport.

Odeszła sześć miesięcy po rzekomej śmierci ojca.

Kiedy zobaczyła mnie w kawiarni, przez moment wyglądała, jakby chciała wyjść.

— Nie powinnam z tobą rozmawiać.

— Dlaczego?

— Bo po tym, co stało się z panem Jerzym, kilka osób dostało bardzo jasny sygnał, żeby nie interesować się dawnymi sprawami.

— Od Renaty?

Anna pokręciła głową.

— Od Adriana.

Wyjęła telefon.

— Miałam to skasować.

Pokazała wiadomość.

*Nie kontaktuj się z Michałem Wysockim, jeśli wyjdzie wcześniej. Sprawa została zamknięta. Nie chcemy kolejnych problemów.*

Data: siedem miesięcy wcześniej.

Siedem miesięcy przed moim wyjściem.

Adrian przygotowywał się na mój powrót.

— Dlaczego ci to wysłał?

Anna zacisnęła dłonie.

— Bo znalazłam przelew.

— Jaki?

— Czterysta osiemdziesiąt tysięcy złotych. Ten, za który cię skazano.

Poczułem, jak całe pomieszczenie nagle cichnie.

— Co z nim?

— Pieniądze nie zostały na koncie, które prokuratura przypisała tobie. Przeszły dalej.

— Dokąd?

— Do spółki założonej przez człowieka związanego z Adrianem.

To był pierwszy moment, kiedy usłyszałem coś, co mogło naprawdę zmienić mój wyrok.

— Masz dokumenty?

— Nie. Kiedy zaczęłam pytać, odebrano mi dostęp.

— Ale widziałaś je?

— Tak.

— Zeznałabyś?

Anna spojrzała w okno.

— Nie wiem.

Nie naciskałem.

Rozumiałem strach.

Sam przez trzy lata płaciłem za to, że ktoś inny bał się prawdy albo zarabiał na jej ukryciu.

Zapytałem o ojca.

Anna długo milczała.

— Ostatni raz widziałam go około dwóch tygodni przed informacją o jego śmierci.

— Jak wyglądał?

— Źle. Ale nie jak człowiek umierający za kilka dni.

— Co robił?