— Przyszedł do biura bez Renaty. To było dziwne, bo wtedy prawie zawsze była przy nim. Poprosił mnie o wydruk historii logowań.

To pasowało do dokumentów z magazynu.

— Dałaś mu ją?

— Tak.

— I co powiedział?

Anna spojrzała mi prosto w oczy.

— „Skrzywdziłem własnego syna”.

Nie byłem przygotowany na te słowa.

Odwróciłem wzrok.

Przez trzy lata powtarzałem sobie, że ojciec mnie zdradził.

Nie zeznawał przeciwko mnie wprost, ale jego milczenie wystarczyło. Kiedy prokurator przedstawiał dowody, Jerzy siedział za mną i patrzył w podłogę.

Nigdy nie powiedział publicznie, że wierzy w moją niewinność.

Teraz zaczynałem rozumieć, że później odkrył prawdę.

Pytanie brzmiało: co zrobił, kiedy ją odkrył?

Odpowiedź mogła znajdować się w ostatnim miejscu, do którego chciałem wracać.

W domu przy Brzozowej.

Nie zamierzałem jednak wchodzić tam siłą.

Potrzebowałem informacji.

Najpierw pojechałem ponownie na cmentarz.

Starszy pracownik nazywał się Stanisław Maj.

Tym razem zaprowadził mnie do małego budynku gospodarczego.

— Pański ojciec przyszedł tutaj sam — powiedział. — Było to późnym wieczorem.

— Kiedy?

Podał datę.

Pięć dni przed oficjalnym dniem śmierci.

— Dlaczego tutaj?

— Chciał sprawdzić dokumenty dotyczące grobu pańskiej matki. Powiedział, że ktoś może próbować przekonać pana, że został pochowany obok niej.

— Wiedział, że Renata będzie kłamać?

Stanisław spuścił wzrok.

— Wiedział, że może do tego dojść.

— Powiedział dlaczego?

— Nie. Dał mi kopertę i klucz. Kazał przekazać tylko panu.

— Widział go pan później?

— Raz.

Serce przyspieszyło.

— Po jego rzekomej śmierci?

Stanisław skinął głową.

— Dwa dni później.

Wstałem.

— Jest pan pewien?

— Absolutnie.

— Gdzie?

— Tutaj.

— Co robił?

— Przyszedł po coś.

— Po co?

Stanisław zawahał się.

— Po akt urodzenia.

Nie rozumiałem.

— Czyj?

Starszy mężczyzna spojrzał na mnie z czymś, co przypominało współczucie.

— Pański.

Nie spodziewałem się tego.

— Dlaczego mój ojciec miałby przychodzić na cmentarz po mój akt urodzenia?

— Bo wcześniej zostawił kopię razem z dokumentami pańskiej matki.

— Co powiedział?

— Że musi udowodnić, kim pan jest.

Poczułem ucisk w żołądku.

— Przecież jestem jego synem.

Stanisław nic nie odpowiedział.

Wróciłem do mieszkania Marty i ponownie przejrzałem dokumenty.

Tym razem szukałem nazwisk.

Notariusza.

Lekarza.

Prawnika.

W jednym z dokumentów znalazłem nazwisko mecenas Ewy Lewandowskiej.

Zadzwoniłem.

Kiedy przedstawiłem się jako Michał Wysocki, po drugiej stronie zapadła cisza.

— Gdzie pan jest?

— Dlaczego pani pyta?

— Bo jeśli naprawdę jest pan Michałem Wysockim, powinniśmy porozmawiać osobiście.

Spotkaliśmy się tego samego dnia.

Lewandowska miała około sześćdziesięciu lat i gabinet pełen starych akt.

Kiedy położyłem przed nią list ojca, zamknęła oczy.

— Jerzy obawiał się, że nie zdąży.

— Z czym?

— Z unieważnieniem dokumentów.

Pokazałem testament.

— Z tym?

— Między innymi.

Wyjaśniła, że ojciec zgłosił się do niej kilka miesięcy przed rzekomą śmiercią. Twierdził, że podczas leczenia podpisywał dokumenty podsuwane mu przez Renatę. Niektórych nie pamiętał.

— Podejrzewał, że podawano mu zbyt silne leki — powiedziała.

— Renata go truła?

— Tego nie powiedziałam. Jerzy był ciężko chory. Leki przeciwbólowe mogły wpływać na świadomość. On twierdził jedynie, że wykorzystywano jego stan.

— Dlaczego nie poszedł na policję?

— Zamierzał.

— Co go powstrzymało?

Lewandowska spojrzała na mnie.

— Pan.

— Ja siedziałem w więzieniu.

— Właśnie.

Ojciec odkrył, że dowody przeciwko mnie mogły zostać spreparowane. Bał się, że jeśli natychmiast zaatakuje Renatę i Adriana, dokumentacja zostanie zniszczona.

Dlatego zaczął zbierać kopie.

Magazyn 108.

— Wiedziała pani o nim?

— Nie znałam adresu. Wiedziałam tylko, że zabezpiecza materiały.

— Czy żył po oficjalnej dacie śmierci?

Lewandowska zacisnęła usta.

— Tak.

Jedno słowo.

Wystarczyło.

— Gdzie jest teraz?

— Nie wiem.

Wstałem.

— Pani była jego prawnikiem.

— A on przestał się ze mną kontaktować trzy dni po tym, jak oficjalnie ogłoszono jego śmierć.

— Zgłosiła to pani?

— Tak.

— Policji?

— Tak.

— I?

— Pokazano mi akt zgonu.

— Fałszywy?

— Tego wtedy nie wiedziałam.

Wyjęła kopię.

Jerzy Wysocki miał umrzeć w prywatnym ośrodku opieki pod Ostródą.

Lekarzem podpisanym pod dokumentem był doktor Paweł Radecki.

Pojechaliśmy tam następnego dnia.

Ośrodek już nie działał.

Budynek stał pusty.

Sąsiad powiedział, że placówkę zamknięto ponad pół roku wcześniej.

Doktor Radecki nie pracował tam od dawna.

Znalezienie go zajęło nam dwa dni.

Przyjmował w niewielkiej klinice w Elblągu.

Kiedy usłyszał nazwisko mojego ojca, odmówił rozmowy.

— Proszę wyjść.

— Pan podpisał akt jego zgonu.

— Wszystko zostało wyjaśnione.

— Człowiek, którego uznał pan za zmarłego, był widziany dwa dni później.

Lekarz pobladł.

— Nie wiem, o czym pan mówi.

Położyłem przed nim zdjęcie dokumentu.

— To pana podpis?

Spojrzał.

— Proszę wyjść.

— Trzy lata siedziałem za coś, czego nie zrobiłem. Nie odejdę tylko dlatego, że panu jest niewygodnie.

Wstał gwałtownie.

— Nie badałem pańskiego ojca w dniu jego śmierci.

Zapadła cisza.

Marta, która przyjechała ze mną, przestała oddychać.

— Więc dlaczego podpisał pan dokument?

Radecki oparł dłonie o biurko.