— Miał stare zdjęcie. Wiedział, że mieszkała pani kiedyś w Gdańsku. Znalazł informacje, że córka Ewy Lewandowskiej pracuje jako architekt. Podejrzewał, że to może być pani.
Zosia podniosła się.
— Czyli mnie śledziłeś?
— Nie. Miałem tylko sprawdzić nazwisko.
— I przypadkiem zakochałeś się we mnie?
— Tak.
— To brzmi okropnie.
— Wiem.
— Dlaczego nic nie powiedziałeś?
— Bo po dwóch tygodniach zapomniałem, po co tam pojechałem.
Patrzył na nią bezradnie.
— A kiedy zrozumiałem, że twój ojciec to Marek Lewandowski, powiedziałem wszystko swojemu ojcu. On zabronił mi mieszać waszą relację w swoje sprawy.
— Do dzisiaj.
— Do dzisiaj.
Poczułam narastające zmęczenie.
— Dlaczego Andrzej tak bardzo chciał mnie znaleźć?
Jakub spojrzał w stronę drzwi.
— Lepiej, żeby powiedział sam.
Andrzej czekał na korytarzu.
Wpuściłam go.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
W końcu wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki cienką teczkę.
— Pani ojciec nie zmarł wtedy, kiedy pani powiedziano.
Świat zatrzymał się.
— Co?
— Stanisław Maj żył jeszcze jedenaście lat.
Wstałam tak gwałtownie, że potrąciłam szklankę.
— To niemożliwe.
— Rozumiem.
— Byłam na pogrzebie.
— Na pogrzebie człowieka zidentyfikowanego jako Stanisław Maj.
— Co pan mówi?
Andrzej otworzył teczkę.
Położył przede mną fotografię.
Starszy mężczyzna stał obok drewnianego domu nad jeziorem.
Miał tę samą linię brwi co mój ojciec.
Ten sam lekko krzywy uśmiech.
Zdjęcie miało datę sprzed siedemnastu lat.
Usiadłam.
— Dlaczego?
— To próbuję ustalić od lat.
— Pan go widział?
— Raz. Krótko przed jego prawdziwą śmiercią.
— I nie powiedział mi pan?
— Nie wiedziałem wtedy, gdzie pani jest.
— Znał pan moje nazwisko.
— Maj. Nie Lewandowska.
To miało sens, ale nie przynosiło ulgi.
— Co powiedział?
Andrzej wyjął drugą kartkę.
— Że popełnił największy błąd życia, ufając człowiekowi, który miał zostać pani mężem.
Zosia zakryła usta.
— Tacie?
— Tak.
Poczułam, jak wszystko we mnie twardnieje.
— Co Marek miał wspólnego z moim ojcem?
— Pani ojciec był właścicielem gruntów, które dziś stanowią znaczną część portfela nieruchomości spółek Lewandowskich.
Znałam historię firmy Marka.
Zaczynał od niewielkiej działalności budowlanej. Później pojawiły się magazyny, grunty, centra handlowe.
Zawsze mówił, że pomagał mu ojciec.
— Twierdził, że dostał pierwsze tereny od swojej rodziny.
— Nie.
Andrzej wskazał dokument.
— Część należała do Stanisława Maja.
Czytałam.
Akt własności.
Numer działki.
Podpis ojca.
— Jak Marek je dostał?
— Według oficjalnych dokumentów pani ojciec sprzedał je przed śmiercią.
— Ale pan mówi, że nie umarł.
— Właśnie.
Poczułam mdłości.
— Kto został pochowany?
— Tego nie wiem.
W pokoju panowała cisza.
Przypomniałam sobie tamten dzień.
Zamknięta trumna.
Marek obejmujący mnie podczas pogrzebu.
Jego matka powtarzająca, żebym nie nalegała na otwarcie trumny, bo ciało było w złym stanie po wypadku.
Helena.
Spojrzałam na kartkę z jej koperty.
„Nie ufaj temu, co przez lata mówiłam o twoim ojcu.”
— Muszę dostać się do skrytki.
Andrzej spojrzał na zegarek.
— Rano.
— Teraz.
— Dworzec działa, ale skrytka depozytowa banku przy dworcu otwiera się o ósmej.
— Skąd pan wie, że jest bankowa?
Pokazałam mu klucz.
Rozpoznał go.
— Mój ojciec miał podobny.
*
Nie spałam.
O szóstej rano telefon Marka dzwonił już dziewięć razy.
Nie odebrałam.
O siódmej dostałam wiadomość.
„Nie rób niczego głupiego. Wszystko mogę wyjaśnić.”
Pięć minut później kolejną.
„Monika nie znaczy tego, co myślisz.”
Zaśmiałam się pierwszy raz od wielu godzin.
Nie interesowało mnie już, co znaczyła Monika.
O ósmej pięć weszłam z Andrzejem do niewielkiego oddziału bankowego przy dworcu.
Skrytka 317 znajdowała się w piwnicznym pomieszczeniu za dwiema stalowymi bramkami.
Klucz pasował.
W środku leżała metalowa kaseta.
Były w niej dokumenty, trzy fotografie, pendrive i koperta z moim nazwiskiem.
Otworzyłam ją.
„Ewo.
Jeżeli czytasz ten list, oznacza to, że Helena w końcu zrobiła coś, czego nie potrafiła zrobić, kiedy byłem jeszcze przy życiu.
Nie mam prawa prosić cię o wybaczenie.
Pozwoliłem ci uwierzyć, że nie żyję.
Zrobiłem to dlatego, że po wypadku odkryłem, iż dokumenty dotyczące moich nieruchomości zostały sfałszowane. Człowiek odpowiedzialny za proceder zagroził, że jeśli zgłoszę sprawę, ucierpisz ty.
Nie wiedziałem wtedy, że osoba, której najbardziej ufałem, współpracowała z Markiem.
Heleną Lewandowską.”
Musiałam przerwać czytanie.
Andrzej stał obok w absolutnej ciszy.
Czytałam dalej.
„Helena przyszła do mnie dwa tygodnie po pogrzebie. Powiedziała, że Marek nie wie, że przeżyłem. Błagała, żebym milczał. Twierdziła, że jej syn wplątał się w interesy ludzi, którzy mogą skrzywdzić ciebie.
Nie uwierzyłem jej od razu.
Później pokazano mi fotografie twojego domu, twojej uczelni i ciebie.
Wyjechałem.
Byłem tchórzem.
Myślałem, że chronię cię z daleka.
Po latach dowiedziałem się, że Helena wykorzystała moje zniknięcie nie tylko po to, żeby chronić syna. Sama podpisała część dokumentów, dzięki którym grunty przeszły do ich rodziny.
Jeżeli kiedykolwiek będziesz miała siłę, odzyskaj swoje nazwisko, swoje pieniądze i swoje życie.
Marek nie zbudował majątku od zera.
Zbudował go częściowo z tego, co należało do ciebie.”