— Wszyscy od godziny mówią mi „nie tutaj”. Proszę powiedzieć chociaż tyle, żebym wiedziała, czy powinnam się bać.

Popatrzył na Zosię.

— Pamięta pani, gdzie wtedy jechałem?

Przeszukałam pamięć.

Był listopad. Padało. Miałam dwadzieścia dwa lata. Wracałam z praktyk w bibliotece uniwersyteckiej.

Młody mężczyzna stał obok zepsutego autobusu.

— Do Wejherowa?

— Tak.

— Powiedział pan, że musi się pan dostać do szpitala.

— Mój ojciec miał zawał.

Teraz coś jeszcze wróciło.

Torba, którą trzymał.

Dokumenty rozsypane na mokrym chodniku.

Pomagałam mu je zbierać.

Na jednej teczce widniało nazwisko.

„Stanisław Maj”.

Moje panieńskie nazwisko.

Spojrzałam na Andrzeja.

— Znał pan mojego ojca.

Nie odpowiedział.

To wystarczyło.

— Jak?

— Pani ojciec pomagał mojemu ojcu ratować niewielką firmę transportową. Wtedy nie byliśmy bogaci. Byliśmy o krok od bankructwa.

— Nigdy mi o tym nie powiedział.

— Ponieważ to nie była zwykła pomoc.

Andrzej chciał mówić dalej, lecz dostrzegł kogoś za moimi plecami.

Marek.

— Ewa. Jedziemy.

— Jeszcze nie.

— Powiedziałem, że jedziemy.

Gdybym usłyszała taki ton miesiąc wcześniej, automatycznie zaczęłabym szukać płaszcza.

Tym razem zostałam na miejscu.

— A ja powiedziałam, że nie.

Marek spojrzał na Andrzeja.

— Czy może pan zostawić mnie z żoną?

— Jeśli pani Ewa będzie chciała, odejdę.

Mój mąż zacisnął szczękę.

— Widzisz, co robisz? Wszyscy patrzą.

— Widziałam, jak wszyscy patrzyli, kiedy sadzałeś Monikę na moim miejscu.

— Nie zaczynaj.

— To ty zacząłeś trzydzieści lat temu. Ja po prostu właśnie przestałam udawać, że tego nie widzę.

Jego twarz drgnęła.

Nie spodziewał się tego zdania.

Ja również.

— Porozmawiamy w domu — rzucił.

— Nie wracam dziś z tobą.

— Słucham?

— Zostanę w hotelu.

— Ewa, nie wygłupiaj się.

— Dom jest mój. Sam przypomniałeś mi o tym, próbując go zastawić bez mojej zgody.

Cisza.

Andrzej nie poruszył się.

Marek natomiast zmienił się na twarzy.

To była pierwsza prawdziwa reakcja.

Nie oburzenie.

Nie pogarda.

Strach.

— Nie wiem, o czym mówisz.

Wyjęłam dokument.

— Naprawdę?

Sięgnął po kartkę, ale cofnęłam rękę.

— Gdzie to znalazłaś?

— Czyli jednak wiesz.

— To dokument roboczy.

— Z moim sfałszowanym podpisem?

— Prawnicy przygotowują dziesiątki wersji.

— Z pieczęcią notarialnego poświadczenia?

Zbladł.

Monika obserwowała nas z drugiego końca sali.

Marek pochylił się do mnie.

— Nie masz pojęcia, w co się mieszasz.

— To mój dom.

— Chodzi o coś większego.

— W takim razie wyjaśnij.

— Nie tutaj.

Prawie się roześmiałam.

— Oczywiście.

Odwróciłam się.

Złapał mnie za nadgarstek.

Andrzej natychmiast zrobił krok do przodu.

— Proszę ją puścić.

Marek puścił.

— Niech pan nie ingeruje w moje małżeństwo.

— To nie jest ingerencja. Pańska żona powiedziała, że chce zostać.

— Moja żona nie rozumie połowy spraw, o których próbuje teraz decydować.

Odwróciłam się do niego.

— W takim razie jutro zacznę rozumieć wszystkie.

Odeszłam.

*

Po północy Zosia zapukała do mojego hotelowego pokoju.

Zdjęła welon i buty. W białej sukni wyglądała nagle bardzo młodo.

— Mamo.

Przytuliła mnie.

Dopiero wtedy pozwoliłam sobie zapłakać.

Nie z powodu miejsca przy stole.

Nie z powodu Moniki.

Płakałam nad trzydziestoma latami, które w jednej chwili wyglądały inaczej.

Zosia usiadła na łóżku.

— Wiedziałaś o nich?

— Podejrzewałam.

— Od kiedy?

— Kilka miesięcy.

— Dlaczego nic nie powiedziałaś?

— Bo dziś był twój ślub.

— Nie o dziś pytam.

Milczałam.

Rozumiała.

— Znowu chciałaś mnie chronić.

— Chciałam dać ci spokojny dom.

Zaśmiała się gorzko.

— Mamo, ja od dawna wiedziałam, że ten dom nie jest spokojny.

To zabolało najbardziej.

— Słyszałam, jak tata się do ciebie odzywał. Widziałam, jak babcia cię traktowała. Kiedy byłam młodsza, myślałam, że takie jest małżeństwo. Jedna osoba zajmuje całą przestrzeń, a druga ciągle robi krok do tyłu.

Usiadła obok mnie.

— Wiesz, dlaczego Jakub mi się spodobał?

Pokręciłam głową.

— Bo kiedy pierwszy raz się pokłóciliśmy, nie próbował wygrać. Chciał zrozumieć.

Łzy znów napłynęły mi do oczu.

— Więc jednak czegoś cię nauczyłam.

— Tak. Nauczyłaś mnie, czego nigdy nie powinnam pozwolić sobie odebrać.

Przytuliłyśmy się.

Po chwili zapytałam:

— Jak poznałaś Jakuba?

Zmarszczyła brwi.

— Wiesz przecież. Na konferencji młodych architektów w Warszawie.

— Kto was sobie przedstawił?

— Nikt. Wpadłam na niego przy stoisku z kawą.

— Jesteś pewna?

— Mamo…

Opowiedziałam jej, co powiedziała Helena.

Zosia przestała się uśmiechać.

— Jakub twierdził, że pojechał na tę konferencję w ostatniej chwili.

— Zapytaj go dlaczego.

Nie musiała.

Drzwi otworzyły się po cichym pukaniu.

Jakub wszedł.

Spojrzał na Zosię, potem na mnie.

— Tata powiedział mi, że musimy porozmawiać.

— O konferencji? — zapytała Zosia.

Zatrzymał się.

I już wtedy znałam odpowiedź.

— Jakub.

— Zosiu, przysięgam, że kiedy cię poznałem, nie wiedziałem, kim jesteś.

— Ale pojechałeś tam z jakiegoś powodu.

Skinął głową.

— Ojciec poprosił, żebym odnalazł Ewę Maj.

Spojrzałam na niego.

— Mnie?