Teraz rozumiałam, że budował narrację.
*
Kilka dni później odwiedził mnie prawnik specjalizujący się w sprawach rodzinnych.
Nazywał się Łukasz Maj.
— Pierwsza rzecz — powiedział — musi pani oddzielić sprawę karną od majątkowej. One się łączą, ale formalnie będą biegły różnymi drogami.
— Czy Marek może dostać pieniądze wuja?
— Nie, jeśli testament wskazuje panią i jeśli nie wykonał skutecznie czynności prawnych w pani imieniu.
— A jeśli coś podpisał na podstawie pełnomocnictwa?
— Będziemy to kwestionować.
— A dom wuja?
— Na razie nie wygląda na to, żeby został sprzedany.
Odprężyłam ramiona.
— Co dokładnie zostawił mi Roman?
Łukasz spojrzał do dokumentów.
— Dom. Około osiemnastu hektarów ziemi, w tym sad. Kilka rachunków bankowych. Udział w małym magazynie owoców należącym do lokalnej spółdzielni.
Poczułam zawrót głowy.
— Dlaczego mnie?
— Testament zawiera krótkie uzasadnienie.
— Mogę je przeczytać?
Podał mi kopię.
Pismo wuja Romana było duże i nierówne.
„Agata zawsze przyjeżdżała bez pytania, czy coś dostanie. Jako dziecko pomagała w sadzie, choć nikt jej nie prosił. Później miała własne życie, ale nigdy nie traktowała mnie jak starego dziwaka. Chcę, żeby to, na co pracowali nasi rodzice i dziadkowie, zostało przy kimś, kto rozumie, że ziemia nie jest tylko pieniędzmi.”
Łzy zamazały mi tekst.
Ostatni raz widziałam Romana pół roku przed jego śmiercią.
Zjadłyśmy wtedy razem z dziewczynkami szarlotkę w jego kuchni.
Marek nie pojechał.
Powiedział, że nie ma ochoty „siedzieć u starego samotnika”.
Gdyby wiedział…
Zatrzymałam się.
Oczywiście, że później wiedział.
I wtedy Roman przestał być dla niego dziwakiem.
Stał się majątkiem.
*
Największym zaskoczeniem było ustalenie, skąd Marek dowiedział się o testamencie.
Nie od notariusza.
Nie od sądu.
Od Jadwigi.
Okazało się, że jej daleka kuzynka pracowała w kancelarii zajmującej się dokumentami dotyczącymi jednej z działek wuja Romana. Kobieta usłyszała nazwisko i niewinnie wspomniała Jadwidze, że prawdopodobnie odziedziczyłam znaczną część gospodarstwa.
Jadwiga zaczęła działać szybciej niż ktokolwiek oficjalnie zdążył mnie powiadomić.
To ona naciskała Marka.
To ona znalazła Pawła Domańskiego, którego znała przez dawnego wspólnika swojego męża.
To ona zaczęła powtarzać, że „majątek powinien zostać w rodzinie Nowickich”.
Choć nie należał do Nowickich.
Należał do Sadowskich.
Do mojej rodziny.
Do mnie.
*
Miesiąc po wyjściu ze szpitala po raz pierwszy pojechałam do domu wuja Romana.
Towarzyszyły mi Ewa i dziewczynki.
Policja pozwoliła wejść po zakończeniu części czynności.
Dom wyglądał niemal tak samo jak podczas mojej ostatniej wizyty.
Na parapecie stał ceramiczny kogut.
W przedpokoju wisiała brązowa kurtka Romana.
W kuchni znajdował się stary kalendarz, zatrzymany na miesiącu jego śmierci.
Hania pobiegła do okna.
— Mamo! Jabłka!
Sad rozciągał się za domem.
Nie był ogromny w sposób, jaki sugerowałyby bajki o wielkich majątkach. Był prawdziwy. Niedoskonały. Część drzew wymagała przycięcia. Trawa między rzędami była za wysoka.
I właśnie dlatego poczułam coś niezwykłego.
To nie był skarb.
To było miejsce.
Ewa stanęła obok mnie.
— Co z nim zrobisz?
— Nie wiem.
— Sprzedasz?
Spojrzałam na córki biegające między drzewami.
— Nie teraz.
W domu znalazłam stare fotografie.
Na jednej siedziałam jako dziesięcioletnia dziewczynka na skrzynce z jabłkami.
Roman stał obok.
Na odwrocie napisał:
„Agata, największa gaduła w całym sadzie.”
Roześmiałam się.
Po raz pierwszy od bardzo dawna śmiech nie bolał.
*
Marek próbował skontaktować się ze mną przez adwokata.
Najpierw zaproponował „rozmowę dla dobra dzieci”.
Odmówiłam.
Potem przysłał list.
Nie przeczytałam go od razu.
Leżał przez trzy dni na stole w mieszkaniu Ewy.
W końcu otworzyłam.
„Agata,
wiem, że popełniłem błędy. Nie będę udawał, że wszystko robiłem dobrze. Ale sytuacja została przedstawiona jednostronnie. Moja matka wywierała na mnie ogromną presję. Bałem się o naszą przyszłość. Chciałem syna, bo tak zostałem wychowany, ale nigdy nie uważałem dziewczynek za bezwartościowe.”
Zatrzymałam się.
Kłamstwo było tak oczywiste, że poczułam niemal spokój.
Nagrania zawierały jego dokładne słowa.
Czytał dalej:
„Jeśli zgodzisz się porozmawiać, możemy wszystko wyjaśnić. Nie pozwól obcym ludziom zniszczyć naszej rodziny.”
Odłożyłam list.
Właśnie to robił zawsze.
Przenosił odpowiedzialność.
Jadwiga go naciskała.
Policja niszczyła rodzinę.
Ja nie chciałam rozmawiać.
Nigdy on.
Wzięłam długopis.
Nie odpisałam.
Na kopercie napisałam tylko datę otrzymania i przekazałam ją prawnikowi.
*
Jadwiga była trudniejsza do zrozumienia.
Podczas przesłuchania konsekwentnie przedstawiała się jako kobieta, która chciała „uratować syna przed rozpadem rodziny”.
Kiedy policja skonfrontowała ją z nagraniami, powiedziała, że jej słowa zostały źle zinterpretowane.
Kiedy pokazano jej wiadomości dotyczące notariusza, twierdziła, że chodziło jedynie o „uporządkowanie spraw”.
Kiedy zapytano o plan przedstawiania mnie jako osoby niezdolnej do zarządzania majątkiem, zaczęła mówić, że od początku widziała u mnie „problemy emocjonalne”.
Wtedy Wolski odtworzył nagranie, o którego znaczeniu wcześniej nawet nie wiedziałam.
Był to jeden z pierwszych plików.
Głos Jadwigi:
„Nie przesadzaj jeszcze. Musi wyglądać normalnie przy ludziach. Inaczej zaczną pytać.”
Marek odpowiedział:
„A jak będzie się stawiać?”
„To wtedy powiemy, że ciąża jej szkodzi na głowę.”
Nagrywając tamtego ranka, nie rozumiałam wagi tego zdania.