— Wystarczająco dobrze, żeby przez ostatnie miesiące przygotować kilka dokumentów dotyczących pani majątku.
— Jakiego majątku?
Policjant spojrzał na mnie uważnie.
— Pani nie wie?
— O czym?
— Trzy miesiące temu zmarł pani wuj, Roman Sadowski.
Skinęłam głową.
Roman był starszym bratem mojego ojca. Mieszkał samotnie pod Kazimierzem Dolnym. Widywaliśmy się rzadko, głównie na święta.
— Co to ma wspólnego z Markiem?
— Pani wuj zostawił testament.
W pokoju zrobiło się nagle bardzo cicho.
— I?
— Według informacji, które otrzymaliśmy, jest pani główną spadkobierczynią.
Patrzyłam na niego bez słowa.
— To niemożliwe.
— Dlaczego?
— Wuj Roman miał ziemię. Dom. Sad. To musiało być warte…
— Sporo.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, była absurdalna.
Dlaczego nikt mi nie powiedział?
Druga była znacznie gorsza.
Kto wiedział?
— Marek wiedział?
— Na to wygląda.
Poczułam chłód.
Nagle kilka rzeczy przestało wyglądać jak przypadki.
Marek zaczął kontrolować moje dokumenty właśnie po śmierci wuja.
Jadwiga coraz częściej mówiła o „przyszłości rodziny”.
Kilka razy pytała, czy pamiętam, gdzie mam akt urodzenia.
Nie zwróciłam na to uwagi.
— Jak mogli wiedzieć wcześniej ode mnie?
— To właśnie sprawdzamy.
— A notariusz?
— Nie prowadził sprawy testamentowej pani wuja. Ale wygląda na to, że Marek zwrócił się do niego później.
Wtedy zrozumiałam znaczenie pełnomocnictwa.
— Chcieli przejąć spadek.
Wolski nie potwierdził natychmiast.
— Taki kierunek badamy.
— Dlatego potrzebowali mojego podpisu.
— Być może.
— Dlatego nie chcieli, żebym odchodziła.
To zdanie wypowiedziałam sama do siebie.
Przemoc nagle nabrała jeszcze jednego wymiaru.
Przez miesiące sądziłam, że chodzi o obsesję Marka na punkcie syna i wpływ jego matki.
Teraz zobaczyłam drugą linię biegnącą pod powierzchnią wydarzeń.
Pieniądze.
*
Tego dnia wypisano mnie ze szpitala.
Policjant zawiózł mnie do mieszkania Ewy.
Nie wracałam do domu Marka.
Pierwszą osobą, którą zobaczyłam po wejściu, była Hania.
Rzuciła się na mnie tak szybko, że Ewa musiała ją zatrzymać.
— Ostrożnie z mamą.
Hania natychmiast zwolniła.
Objęła mnie delikatnie w pasie.
— Maluch śpi?
Zaśmiałam się przez łzy.
— Chyba tak.
Zosia stała kilka kroków dalej.
Była starsza i wiedziała, że wydarzyło się coś poważnego.
— Tata przyjedzie?
Pytanie uderzyło mnie mocniej niż wszystko, co powiedziała Jadwiga.
Przykucnęłam ostrożnie.
— Nie.
— Nigdy?
Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć.
— Na razie nie będzie z nami mieszkał.
Zosia spuściła wzrok.
— Dobrze.
Jedno słowo.
A jednak sprawiło, że zamarłam.
— Dlaczego dobrze?
Nie odpowiedziała.
Hania patrzyła na siostrę.
Ewa zacisnęła usta.
— Zosiu?
Dziewczynka podniosła oczy.
— Bo tata powiedział, że jak urodzisz trzecią dziewczynkę, to będzie przez nas.
Poczułam ból tak silny, że musiałam oprzeć dłoń o ścianę.
Marek mówił to przy dzieciach.
Nie tylko mnie karał za istnienie córek.
Obciążył również je.
Przyciągnęłam Zosię do siebie.
— Posłuchaj mnie. Ty, Hania i to dziecko nie jesteście winne absolutnie niczemu.
— Ale babcia mówiła…
— Babcia się myliła.
— Tata też?
— Tata też.
Powiedzenie tego przed własnym dzieckiem było bolesne.
Ale kłamstwo byłoby gorsze.
*
Przez kolejne dwa dni sprawa rozwijała się szybciej, niż nadążałam za nią emocjonalnie.
Policja przesłuchała sąsiadów.
Kowalscy, których Jadwiga wymieniała na nagraniu, przyznali, że kilka razy słyszeli rano krzyki.
Pan Kowalski powiedział, że pewnego dnia wyszedł na ogród, ale Marek natychmiast zabrał mnie do środka.
Inna sąsiadka przypomniała sobie, że widywała Jadwigę przychodzącą przed szóstą rano.
Nagrania ze starego telefonu zaczęły łączyć te drobne obserwacje w jedną historię.
Marek nadal zaprzeczał.
Twierdził, że nagrania zostały „wyrwane z kontekstu”.
Jadwiga mówiła, że wszystko robiła z troski o moje „niestabilne zachowanie”.
Kiedy Wolski przekazał mi tę informację, prawie się roześmiałam.
— Wiedziałam, że to powie.
— Co dokładnie?
— Że jestem niestabilna.
— Czy wcześniej grozili takim argumentem?
— Wielokrotnie.
— Mamy to na jednym z nagrań.
Telefon.
Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że stary aparat był drobnym aktem desperacji, okazywał się czymś więcej.
*
Paweł Domański zgodził się zeznawać.
Nie dlatego, że nagle stał się dobrym człowiekiem.
Policja znalazła u niego dokumentację, która mogła oznaczać poważne problemy zawodowe i karne.
Wolski powiedział mi później, że Domański próbował przedstawiać siebie jako kogoś zmanipulowanego przez Marka.
Nie wierzyłam w to.
Ale jego zeznania były ważne.
Spotkanie odbyło się bez mojego udziału, jednak później dowiedziałam się najważniejszego.
Marek zjawił się u niego kilka tygodni po śmierci wuja Romana.
Wiedział już o testamencie.
Twierdził, że jestem ciężko chora i nie radzę sobie z formalnościami.
Pokazał Domańskiemu dokumenty z moim podpisem.
Później pojawiło się pełnomocnictwo.
Najbardziej przerażające było jednak coś innego.
Marek pytał, co stałoby się z zarządzaniem moim majątkiem, gdybym została uznana za osobę niezdolną do samodzielnego podejmowania decyzji.
Nie potrzebował tylko mojego podpisu.
Potrzebował historii o „niestabilnej Agacie”.
Nagle wszystkie jego słowa zaczęły układać się w plan.
„Nikt ci nie uwierzy.”
„Zabiorę ci dzieci.”
„Wszyscy widzą, jaka jesteś.”
„Nie potrafisz nawet normalnie myśleć.”
Przez długi czas sądziłam, że chciał mnie jedynie złamać.