Krawiec było nazwiskiem panieńskim Jadwigi. Po śmierci męża wróciła do niego, twierdząc, że nie chce już „nosić nazwiska słabego człowieka”.

— Co oznacza wiadomość o notariuszu? — zapytałam.

Policjanci wymienili spojrzenia.

— Tego jeszcze nie wiemy.

— Mogę zobaczyć pozostałe wiadomości?

— Telefon jest zabezpieczonym dowodem.

— To dotyczy mnie.

— Wiem.

Marta pochyliła się lekko.

— Ale nie chcemy też, żeby przeczytała pani coś wyrwanego z kontekstu i niepotrzebnie się przestraszyła.

Zaśmiałam się krótko.

Bez radości.

— Za późno.

*

Marek został zabrany na komisariat.

Jadwiga również.

Nie wiedziałam jeszcze, czy zostaną zatrzymani na dłużej. Procedury brzmiały dla mnie jak język z innego świata.

Lekarze zostawili mnie w szpitalu.

Wieczorem Ewa zadzwoniła ponownie.

— Dziewczynki pytają o ciebie.

— Powiedz, że zostaję u lekarza, bo maluch chce trochę odpocząć.

— Agata, one rozumieją więcej, niż myślisz.

— Wiem.

Po chwili Ewa powiedziała:

— Hania znalazła coś w swojej torbie.

Zamarłam.

— Co?

— Kopertę.

— Jaką kopertę?

— Była wsunięta między kolorowanki.

Usiadłam wyżej.

— Otworzyłaś?

— Tak.

— Co jest w środku?

Cisza trwała zbyt długo.

— Kopia jakiegoś dokumentu.

— Jakiego?

— Pełnomocnictwa.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

— Na czyje nazwisko?

— Twoje.

Zacisnęłam palce na telefonie.

— Ja nikomu nie dawałam pełnomocnictwa.

— Wiem.

Ewa mówiła coraz ciszej.

— Agata… podpis wygląda jak twój.

*

Następnego ranka Wolski pojawił się w szpitalu wcześniej niż lekarz prowadzący.

Kiedy powiedziałam mu o dokumencie, natychmiast zadzwonił do kolegów.

— Siostra ma niczego nie dotykać — powiedział. — Zabezpieczymy kopertę.

— Co ktoś mógł zrobić takim pełnomocnictwem?

— To zależy od treści.

— Ewa zrobiła zdjęcie.

Pokazałam mu fotografię.

Dokument miał kilka stron. Na pierwszej widniało moje nazwisko: Agata Nowicka.

Niżej zapisano, że udzielam Markowi Nowickiemu pełnomocnictwa do reprezentowania mnie w określonych sprawach majątkowych.

Wolski czytał w milczeniu.

Jego twarz nie zdradzała emocji.

— Podpisała pani coś takiego?

— Nigdy.

— Czy mąż mógł mieć dostęp do wzoru pani podpisu?

— Oczywiście. Podpisywałam umowy, dokumenty szkolne dziewczynek, formularze bankowe…

Nie dokończyłam.

Przypomniałam sobie dzień sprzed niemal roku.

Marek przyniósł do domu plik papierów związanych — jak twierdził — z ubezpieczeniem samochodu.

— Tylko tu i tu — wskazywał miejsca. — Resztę już sprawdziłem.

Byłam wtedy zmęczona po całym dniu.

Podpisałam.

Nie czytałam.

Ta myśl przeszyła mnie zimnem.

— Raz dał mi kilka dokumentów do podpisu.

— Kiedy?

— Prawie rok temu.

— Pamięta pani, czego dotyczyły?

— Powiedział, że samochodu.

Wolski spojrzał na Martę.

— Sprawdzimy notariusza.

— Tego z wiadomości?

— Jeśli uda nam się ustalić, o kogo chodzi.

W tym momencie zapukała doktor Borkowska.

— Przepraszam, ale muszę zbadać pacjentkę.

Policjanci wyszli.

Badanie przebiegło spokojnie. Stan dziecka był stabilny, ale lekarka zdecydowała, że zostanę jeszcze jedną noc.

Kiedy zostałyśmy same, zapytałam:

— Czy mogę stracić dziecko przez stres?

— Stres nie działa w tak prosty sposób — odpowiedziała. — Najważniejsze teraz jest, że zarówno pani, jak i dziecko jesteście pod opieką.

Dotknęłam brzucha.

— Nie wiem, czy to chłopiec, czy dziewczynka.

— I?

Spojrzałam na nią.

— Pierwszy raz od dawna przypomniałam sobie, że naprawdę mnie to nie obchodzi.

Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.

— To chyba dobra rzecz do zapamiętania.

*

Po południu odwiedziła mnie kobieta z ośrodka pomocy kryzysowej.

Nazywała się Iwona Radecka.

Miała spokojny głos i nie używała wielkich słów.

Wyjaśniła, jakie mam możliwości, gdzie mogę zamieszkać po wyjściu, jak wystąpić o zakaz kontaktowania się i co zrobić w sprawie córek.

— Nie chcę do schroniska — powiedziałam. — Mogę zostać u siostry.

— Jeśli jej mieszkanie jest bezpieczne, to również rozwiązanie.

— Marek zna adres.

— W takim razie policja oceni ryzyko.

Patrzyłam na własne dłonie.

— On zawsze mówił, że jeśli odejdę, nikt nie uwierzy, że taki jest.

— Dlaczego?

— Bo przy innych jest idealny.

Iwona pokiwała głową.

— To bardzo częste.

— Ludzie go lubią.

— To nie jest dowód niewinności.

Te słowa zostały ze mną.

Przez lata traktowałam opinię otoczenia jak coś ważniejszego od własnego doświadczenia.

Marek pomagał sąsiadom naprawiać bramy.

Woził starszego pana z końca ulicy do lekarza.

Na szkolnych uroczystościach nosił krzesła.

A później wracał do domu i mierzył moją wartość płcią dzieci.

Jedno nie anulowało drugiego.

*

Wieczorem dostałam wiadomość od nieznanego numeru.

„Musimy porozmawiać. Nie wszystko jest takie, jak myślisz. — Paweł”

Nie znałam żadnego Pawła, który mógłby pisać w tej sprawie.

Pokazałam wiadomość pielęgniarce.

Dziesięć minut później telefon zobaczyła policja.

Wolski zadzwonił do mnie.

— Proszę nie odpowiadać.

— Kim jest Paweł?

— Sprawdzimy.

— Czy to notariusz?

— Możliwe.

Nie czekałam długo.

Następnego dnia rano Wolski wszedł do sali z miną, która powiedziała mi więcej niż jego pierwsze słowa.

— Ustaliliśmy nadawcę wiadomości.

— Kto to?

— Paweł Domański. Notariusz z Tarnobrzega.

Poczułam, jak żołądek mi się ściska.

— Zna Marka?

— Tak.

— Jak dobrze?

Wolski usiadł.