Przez siedem miesięcy wierzyłem, że największym zagrożeniem dla naszego małżeństwa jest odległość.

Marta walczyła sama z ludźmi, których znała od dzieciństwa.

— Co było na dysku?

— Wszystko, co zebrałam. Dokumenty dotyczące pożaru. Przelewy. Nagrania. Nazwiska.

— Dlaczego zaczęłaś to sprawdzać?

Jej twarz zmieniła się.

— Tata.

Ojciec Marty, Henryk Wysocki, zmarł pięć lat wcześniej na zawał.

— Co z nim?

— Przed śmiercią zostawił mi wiadomość.

Nigdy o niej nie słyszałem.

— Powiedział, że jeśli kiedyś będę chciała zrozumieć, dlaczego odsunął się od firmy, mam sprawdzić pożar.

— Wiedział?

— Wiedział wystarczająco dużo, żeby się bać.

Marta zamknęła oczy.

— Adam… tamten człowiek, który zginął…

Przerwała.

— Co z nim?

— Miał dokumenty.

— Jakie?

— Dowody, że część podzespołów przeznaczonych do testów nie spełniała norm.

Poczułem, jak wszystkie elementy zaczynają układać się w znacznie groźniejszy obraz.

Firma Wysockich produkowała części dla lotnictwa.

Jeżeli fałszowano dokumentację jakościową, problem nie dotyczył już rodzinnych pieniędzy.

— Marta, czy te części trafiły do wojska?

Spojrzała na mnie.

— Nie wiem. Dlatego potrzebowałam ciebie.

*

Tego samego dnia Lisiecki zadzwonił z informacją, że Joanna i Dorota zgłosiły się na policję z prawnikami.

Obie twierdziły, że w czasie napaści przebywały w domu Krystyny.

Pięć osób miało to potwierdzić.

W tym cztery siostry.

Idealne alibi.

Prawie.

Beata odmówiła złożenia takiego zeznania.

To wywołało pierwszy otwarty rozłam w rodzinie.

Wieczorem przyszła do szpitala.

Bez makijażu, w zwykłym swetrze, wyglądała zupełnie inaczej niż podczas naszego pierwszego spotkania na korytarzu.

— Mama odcięła mnie od wszystkiego — powiedziała.

— Od czego?

— Kart, konta, samochodu służbowego. Kazała mi oddać telefon.

— Oddałaś?

Wyjęła go z kieszeni.

— Nie.

Marta spała.

Usiedliśmy w niewielkim pomieszczeniu dla rodzin pacjentów.

— Dlaczego teraz pomagasz? — zapytałem.

Beata długo szukała odpowiedzi.

— Bo przez całe życie patrzyłam, jak Marta płaci za to, że mówi prawdę. I zawsze sobie tłumaczyłam, że skoro mama nie robi tego mnie, to nie moja sprawa.

— A teraz?

— Teraz zobaczyłam Martę.

Głos jej zadrżał.

— I już nie potrafię sobie tego powiedzieć.

Wyjęła telefon.

— Mam coś.

Otworzyła wiadomości.

Na ekranie znajdowała się rodzinna grupa.

W dniu napaści o 18:42 Krystyna napisała:

„Joanna, pojedź do Marty. Dorota jedzie z tobą. Zabierzcie to, o czym rozmawiałyśmy. Nie chcę kolejnego skandalu.”

O 20:11 Joanna odpowiedziała:

„Sprawy się skomplikowały.”

Krystyna:

„Czy macie dokumenty?”

Joanna:

„Nie.”

Następna wiadomość została wysłana o 20:17.

„Wracajcie. Ja zajmę się resztą.”

Karetka otrzymała wezwanie o 20:31.

— Kto ją wezwał? — zapytałem.

— Mama.

Spojrzałem na Beatę.

— Krystyna była w waszym domu?

— Tak.

— Skąd wiedziała, że trzeba wezwać karetkę?

Beata pobladła.

— Joanna zadzwoniła do niej.

— Czyli twoja matka wiedziała, co wydarzyło się u Marty, co najmniej dwadzieścia minut przed pogotowiem.

— Tak.

— Dlaczego nie zadzwoniła od razu?

Beata zaczęła płakać.

Nie musiała odpowiadać.

*

Materiał z telefonu trafił do prokuratury poza powiatem.

Lisiecki nie ryzykował lokalnej ścieżki.

Ja również uruchomiłem kontakty służbowe, ale nie po to, żeby „wykorzystać władzę”, jak zapewne wyobrażała sobie Krystyna.

Jeśli dokumentacja Marty dotyczyła kontraktów związanych z obronnością, należało ustalić fakty właściwymi kanałami.

Dwa dni później otrzymałem informację, że część numerów z czerwonego segregatora odpowiadała dostawom dla podmiotów realizujących zamówienia związane z sektorem lotniczym.

Nie oznaczało to jeszcze, że wadliwe elementy rzeczywiście gdziekolwiek trafiły.

Ale wystarczyło, by sprawa przestała być lokalna.

I wtedy ludzie, na których wpływ Krystyny działał przez lata, nagle przestali odbierać od niej telefony.

*

Krystyna przyszła do mnie sama.

Spotkaliśmy się w szpitalnej kawiarni.

— Zniszczysz firmę — powiedziała.

— Nie ja prowadziłem jej księgowość.

— Zatrudniamy ponad czterysta osób.

— Marta też była pani pracownikiem. I córką.

— Nie wiesz, co się wydarzyło.

— Więc proszę powiedzieć.

Po raz pierwszy zobaczyłem zmęczenie na jej twarzy.

— Dwanaście lat temu firma była na skraju bankructwa. Jeden kontrakt mógł nas uratować. Podwykonawca dostarczył partię elementów, których parametry budziły wątpliwości.

— A państwo zaakceptowaliście dokumentację.

— Henryk podjął decyzję.

— Marta twierdzi, że pani.

Krystyna zacisnęła usta.

— Twój problem polega na tym, Adamie, że widzisz wszystko jak żołnierz. Winny albo niewinny. Rozkaz albo odmowa. Życie nie jest tak czyste.

— Człowiek zginął w pożarze.

— Pożar był wypadkiem.

— A raport napisano po fakcie.

Jej twarz stężała.

Trafiłem.

— Skąd to masz?

— Od Marty.

— Ona nie rozumie dokumentów.

— Rozumiała wystarczająco dobrze, żeby ktoś próbował ją uciszyć.

Krystyna wstała.

— Joanna straciła panowanie nad sobą.

Pierwsze prawdziwe przyznanie.

Nie do całej winy.

Ale wystarczające.

— Dorota również?

— Miały odzyskać dokumenty. Nic więcej.

— A trzecia osoba?

Krystyna zamarła.

— Jaka trzecia?

Patrzyłem na nią.

Nie udawała.

Albo była najlepszą aktorką, jaką spotkałem, albo naprawdę nie wiedziała.

Marta mówiła o trzech osobach.

Joanna.

Dorota.

I ktoś jeszcze.

— Kto jeszcze wiedział o dokumentach? — zapytałem.

Krystyna usiadła ponownie.

— Kilka osób.

— Nazwiska.

— Adam…

— Nazwiska.