Zamek nie nosił śladów uszkodzeń.

— Kto miał klucze? — zapytał Lisiecki.

— Ja i Marta.

Zawahałem się.

— Oraz Krystyna.

Policjant odwrócił głowę.

— Dlaczego?

— Marta dała jej zapasowy kilka lat temu. Później zażądała zwrotu.

— Dostała?

Przypomniałem sobie tamten wieczór.

Krystyna położyła klucz na stole.

Marta schowała go do szuflady.

Ale nic nie gwarantowało, że wcześniej nie wykonano kopii.

Zeszliśmy do piwnicy.

Metalowa szafka stała za regałem z narzędziami.

Nigdy wcześniej jej nie widziałem.

Marta musiała przesunąć regał sama albo poprosić kogoś o pomoc.

Wyjąłem klucz.

Lisiecki złapał mnie za nadgarstek.

— Jeśli to materiał dowodowy, nie powinien pan go dotykać.

Miał rację.

Założył rękawiczki, sfotografował szafkę i dopiero wtedy użył klucza.

W środku nie było pieniędzy.

Ani biżuterii.

Leżały tam trzy segregatory, mały dyktafon, koperta z napisem „ADAM” oraz zewnętrzny dysk.

Poczułem ucisk w gardle.

Lisiecki wyjął kopertę.

— To jest do pana.

Otworzyłem ją.

W środku znajdowała się kartka zapisana charakterem pisma Marty.

„Jeżeli to czytasz, znaczy, że nie zdążyłam ci powiedzieć. Nie ufaj wersji o kradzieży. Nie chodzi o pieniądze. Chodzi o firmę i o to, co wydarzyło się dwanaście lat temu. Najpierw sprawdź segregator czerwony. Potem nagranie 17. Nie pokazuj niczego Krystynie. Beata nie zna całości.”

Przeczytałem tekst dwukrotnie.

— Co wydarzyło się dwanaście lat temu? — zapytał Lisiecki.

— Nie wiem.

Czerwony segregator zawierał kopie dokumentów dotyczących spółki Wysocki Aero-System.

Faktury.

Umowy.

Protokoły.

Nazwy firm, których nie znałem.

Na części dokumentów Marta zaznaczyła czerwonym długopisem konkretne numery.

Lisiecki przeglądał je coraz wolniej.

— Rozumie pan coś z tego?

— Nie.

— Ja trochę.

Pokazał mi trzy faktury.

Wystawiono je przez różne przedsiębiorstwa, ale miały niemal identyczny układ, błędy i sposób opisywania usług.

— Firmy-słupy? — zapytałem.

— Możliwe. Ale jeśli pańska żona odkryła tylko przekręty finansowe, nie rozumiem skali tego, co jej zrobiono.

Wtedy znaleźliśmy zdjęcie.

Było stare.

Przedstawiało halę produkcyjną częściowo zniszczoną przez pożar.

Na odwrocie Marta napisała:

„17 listopada. Nie wypadek.”

Lisiecki przestał przeglądać dokumenty.

— Pamiętam tę sprawę.

— Jaką?

— Pożar zakładu pod Chełmżą. Dwanaście lat temu. Zginął pracownik ochrony. Oficjalnie zwarcie instalacji.

Spojrzałem na kartkę od Marty.

„To, co wydarzyło się dwanaście lat temu.”

— Zakład należał do Wysockich?

— Formalnie do podwykonawcy.

Lisiecki wziął dyktafon.

Nagranie numer siedemnaście trwało dziewięć minut.

Pierwsze sekundy wypełniał szum.

Potem usłyszałem głos Marty.

— Powiedz jeszcze raz.

Odpowiedział mężczyzna.

— Nie mogę.

— Obiecał pan.

— Pani nie rozumie, z kim ma do czynienia.

— Właśnie zaczynam rozumieć.

Mężczyzna oddychał ciężko.

— Po pożarze kazano nam zmienić dokumentację. Raport kontroli instalacji powstał już po zdarzeniu, ale wpisaliśmy wcześniejszą datę.

Marta milczała.

— Kto kazał?

— Nie powiem nazwiska.

— Dlaczego?

— Bo mam rodzinę.

Potem głos Marty:

— Czy moja matka wiedziała?

Długa cisza.

— Pani matka wszystko zatwierdziła.

Nagranie urwało się.

Stałem w piwnicy własnego domu i po raz pierwszy rozumiałem, że napaść na Martę mogła być częścią czegoś znacznie większego.

Lisiecki schował dyktafon do woreczka dowodowego.

— Tego nie mogę już prowadzić sam.

— Komu pan ufa?

Nie odpowiedział od razu.

— Niewielu osobom.

— Więc zaczniemy od nich.

*

Marta odzyskała przytomność dwa dni później.

Lekarz ostrzegł mnie, że może być zdezorientowana.

Kiedy wszedłem, miała otwarte oczy.

Usiadłem obok.

— Jestem.

Jej spojrzenie przesunęło się po mojej twarzy.

Przez moment bałem się, że mnie nie poznaje.

Potem poruszyła palcami.

Pochyliłem się.

— Adam…

— Tak.

Jej głos był ledwie słyszalny.

— Dom.

— Byłem tam.

Jej oczy rozszerzyły się.

— Szafka?

— Znaleźliśmy ją.

Natychmiast się spięła.

— My?

— Policjant, któremu ufam.

— Nie ufaj…

Urwała.

— Komu?

Przełknęła ślinę.

— Nikomu od mamy.

— Marta, kto ci to zrobił?

Jej oddech przyspieszył.

— Joanna przyszła.

Zastygłem.

— Twoja siostra?

Minimalnie skinęła głową.

— Sama?

Marta zamknęła oczy.

Monitor przyspieszył.

— Nie mów teraz, jeśli nie możesz.

Ścisnęła moje palce.

— Były trzy.

— Trzy osoby?

Kolejne skinienie.

— Joanna?

— Tak.

— Kto jeszcze?

Otworzyła oczy.

Zobaczyłem w nich strach.

— Nie widziałam trzeciej.

— A drugą?

Łzy spłynęły jej po skroniach.

— Dorota.

Dwie siostry.

Nie przypadkowi włamywacze.

Rodzina.

Zacisnąłem szczękę.

— Dlaczego?

— Chciały dysku.

— Wiedziały o szafce?

— Nie. Myślały, że mam go przy sobie.

Przez chwilę milczała.

— Joanna mówiła, że mama chce tylko dokumentów. Że jeśli oddam, wszystko się skończy.

— Nie oddałaś.

— Powiedziałam, że kopie już wysłałam.

— Wysłałaś?

W jej oczach pojawił się cień czegoś, co niemal przypominało satysfakcję.

— Nie.

To było kłamstwo, którym próbowała kupić sobie czas.

Nie wystarczyło.

— Marta, dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?

Odwróciła twarz.

— Bo wiedziałam, co zrobisz.

— Co?

— Wrócisz.

— Oczywiście.

— I właśnie tego nie chciałam.

Zabolało bardziej, niż powinno.

— Dlaczego?

— Bo to moja rodzina. Mój bałagan. Nie chciałam, żebyś ryzykował karierę.

— Prawie cię zabili.

— Wiem.

Pochyliłem głowę.