— Polecenie przyszło z góry.

Wróciłem pod salę Marty.

Krystyny i jej córek już nie było.

Została tylko Beata.

Podeszła do mnie, udając, że szuka czegoś w torebce, i wsunęła mi do dłoni mały mosiężny klucz.

— Marta dała mi go trzy tygodnie temu — szepnęła. — Powiedziała, że jeśli coś jej się stanie, mam przekazać go tylko tobie.

— Do czego jest?

Beata zaczęła płakać.

— Do metalowej szafki w piwnicy. Ale Adam…

Złapała mnie za rękaw.

— Nie jedź tam sam.

— Dlaczego?

Spojrzała w stronę windy.

— Bo mama wie, że Marta zbierała dowody.

Drzwi windy rozsunęły się.

Stała w niej Krystyna.

Patrzyła prosto na klucz w mojej dłoni.

CZĘŚ 3

Przez moment nikt się nie poruszył.

Krystyna stała między rozsuniętymi drzwiami windy, nieruchoma, z dłonią opartą na pasku skórzanej torebki. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej sprawiała wrażenie kobiety całkowicie przekonanej, że sytuacja znajduje się pod jej kontrolą. Teraz po raz pierwszy zobaczyłem w jej oczach coś, czego nie było tam wcześniej.

Nie strach.

Kalkulację.

Beata puściła mój rękaw.

— Mamo…

— Chodź ze mną — powiedziała Krystyna.

— Zostaję.

Jedno słowo wystarczyło, by coś między nimi pękło.

Krystyna wyszła z windy.

— Adamie, oddaj mi klucz.

Schowałem go do kieszeni.

— Nie.

— Nie masz pojęcia, czego dotyczy.

— Właśnie dlatego go zatrzymam.

Przez kilka sekund patrzyła na mnie bez słowa.

— Marta zawsze miała talent do komplikowania prostych spraw.

— Leży za tą ścianą nieprzytomna.

— I właśnie dlatego nie powinieneś podejmować pochopnych decyzji.

— To brzmi jak groźba.

— Jak rada.

Odwróciła się do Beaty.

— Ostatni raz mówię: idziemy.

Najmłodsza z sióstr Marty pokręciła głową.

Krystyna ruszyła do windy sama.

Zanim drzwi się zamknęły, powiedziała:

— Nie wszystko, co Marta przed tobą ukrywała, miało związek ze mną.

To zdanie osiągnęło dokładnie to, czego chciała.

Zasiało wątpliwość.

Przez siedem miesięcy byłem poza domem. Marta wiedziała, że w trakcie zadania kontakt będzie ograniczony. W ostatnich tygodniach przed moim wyjazdem była niespokojna, ale tłumaczyła to pracą. Zajmowała się finansami w rodzinnej firmie Wysockich jeszcze przez dwa lata po naszym ślubie, zanim ostatecznie odeszła.

Twierdziła, że ma dość matki.

Nigdy nie powiedziała nic o dowodach.

Ani o kluczu.

Ani o metalowej szafce.

Spojrzałem na Beatę.

— Opowiesz mi wszystko.

— Nie tutaj.

— Dlaczego przyjechałyście przed karetką?

Zacisnęła palce.

— Joanna zadzwoniła do mamy.

— Skąd Joanna wiedziała?

— Nie wiem.

— Była w naszym domu?

Beata odwróciła wzrok.

To wystarczyło.

— Była.

— Nie powiedziałam tego.

— Nie musiałaś.

Usiadła.

Nagle wyglądała o dziesięć lat starzej.

— Marta od kilku miesięcy kłóciła się z mamą. Najpierw myślałam, że chodzi o pieniądze. Potem zaczęła zadawać pytania o stare umowy.

— Jakie umowy?

— Nie wiem dokładnie. Dostawy, podwykonawców, faktury. Coś znalazła.

— Co?

— Gdybym wiedziała, powiedziałabym ci.

Nie byłem tego pewien.

Beata przez całe życie funkcjonowała wewnątrz rodziny, w której Krystyna decydowała nie tylko o pieniądzach, ale również o tym, kto z kim rozmawia, gdzie pracuje i jakie wersje rodzinnych wydarzeń uznaje się za prawdziwe.

Marta opowiedziała mi o tym dopiero po ślubie.

W domu Wysockich nie krzyczano.

Nie było potrzeby.

Krystyna potrafiła karać ciszą, odebraniem stanowiska, wstrzymaniem pieniędzy albo telefonem do właściwej osoby.

Marta była jedyną córką, która nauczyła się mówić „nie”.

Zapłaciła za to.

Najpierw straciła stanowisko w zarządzie.

Później udział w kilku rodzinnych inwestycjach.

Wreszcie praktycznie zerwała kontakty.

A jednak trzy tygodnie temu spotkała się z Beatą.

— Dlaczego właśnie z tobą? — zapytałem.

Beata odpowiedziała po długiej chwili:

— Bo wiedziała, że jestem jedyną, która jeszcze się jej boi mniej niż mamy.

*

Do domu pojechałem dopiero nad ranem.

Nie sam.

Lisiecki nalegał, żeby mi towarzyszyć, choć formalnie odsunięto go już od części materiałów.

Przed posesją stał radiowóz.

Taśma policyjna nadal otaczała wejście.

— Nie możemy wejść — powiedział.

— To mój dom.

— To miejsce prowadzonego postępowania.

— W takim razie zdobądź zgodę.

Spojrzał na mnie z irytacją.

— Myśli pan, że nie próbuję?

Nie odpowiedziałem.

Był zmęczony. Od początku widziałem, że coś go uwiera. Teraz zaczynałem rozumieć: nie był człowiekiem Wysockich. Był policjantem, który zbyt długo pracował w miejscu, gdzie nauczył się rozpoznawać granice, których nie należało przekraczać.

— Kto pana odsunął? — zapytałem.

— Oficjalnie nikt.

— Nieoficjalnie?

— Zastępca komendanta zadzwonił osobiście. Powiedział, że sprawa jest „zbyt wrażliwa”.

— Dlaczego zwykłe włamanie jest wrażliwe?

Lisiecki spojrzał na dom.

— Właśnie.

O siódmej otrzymał zgodę na mój krótki pobyt wewnątrz budynku, pod nadzorem.

W salonie wszystko wyglądało jeszcze bardziej sztucznie niż na zdjęciach.

Telewizor rzeczywiście zdjęto ze ściany, ale pozostawiono przewody. Szuflady wysunięto, jednak ich zawartość nie została wyrzucona. Ktoś zabrał stary tablet, którego praktycznie nie używaliśmy, a zostawił komputer Marty.

Zauważyłem coś jeszcze.

Na podłodze nie było szkła.

W tylnych drzwiach znajdowała się niewielka szyba.

Gdyby ktoś chciał wejść bez klucza, jej wybicie byłoby prostsze niż pokonywanie solidnego zamka.