— Nie mam.

— Nie musi o tym wiedzieć.

Marek spojrzał na nią.

— Chcesz go sprowokować?

— Nie. Chcę, żeby Marta przestała reagować według jego scenariusza.

Joanna poradziła, żebym nie odpowiadała.

To wystarczyło.

Wieczorem Adrian wysłał siedem kolejnych wiadomości.

W ostatniej napisał:

Zapytaj Marka, co naprawdę zrobił w noc śmierci twoich rodziców.

Poczułam lodowaty ucisk w żołądku.

Odwróciłam ekran w stronę wujka.

Marek przeczytał.

Usiadł.

— Wiedziałem, że kiedyś do tego wróci.

— Do czego?

Nie patrzył na mnie.

— Byłem na miejscu wypadku przed policją.

*

Tego wieczoru usłyszałam najtrudniejszą historię z całego dzieciństwa.

Moi rodzice zadzwonili do Marka kilka godzin przed śmiercią.

Byli zdenerwowani.

Ojciec powiedział, że jedzie spotkać się z kimś, kto ma dostarczyć brakujące dokumenty dotyczące spółki.

Poprosił Marka, żeby został ze mną.

Potem zmienił zdanie.

Zadzwonił ponownie.

— Powiedział mi, żebym pojechał za nimi — mówił Marek. — Nie wyjaśnił dlaczego.

Pojechał.

Nie zdążył.

Samochód rodziców znalazł poza drogą.

Marek dotarł kilka minut przed przypadkowym kierowcą, który wezwał pomoc.

— Dlaczego policja nigdy mi o tym nie powiedziała?

— Powiedziałem im.

— I?

— Uznali, że przyjechałem, bo Tomasz do mnie dzwonił.

— Zabrałeś coś z samochodu?

Marek zamknął oczy.

— Tak.

Poczułam gniew.

— Co?

Wyjął z kieszeni mosiężną zapalniczkę.

Położył ją przede mną.

— To.

Patrzyłam na przedmiot, który dwa dni wcześniej odebrał Wiktorowi pewność siebie.

— Była taty?

— Tak.

— Mówiłeś, że twoja.

— Nigdy tego nie powiedziałem.

Miał rację.

Sama założyłam.

— Dlaczego ją zabrałeś?

— Bo Tomasz ściskał ją w dłoni.

Marek odwrócił zapalniczkę.

— A symbol?

— Logo pierwszej spółki.

— Wiktor przestraszył się zapalniczki, bo należała do taty?

— Nie tylko.

Marek nacisnął paznokciem niewielkie wgłębienie przy zawiasie.

Dolna część obudowy przesunęła się.

W środku znajdowała się maleńka, wąska skrytka.

Pusta.

— Co tam było?

— Nie wiem.

— Nigdy jej nie otworzyłeś?

— Otworzyłem. Była pusta już wtedy.

Patrzyłam na niego.

I nagle przypomniałam sobie słowa ojca zapisane w notesie.

Nie szukaj pieniędzy.

Szukaj miejsca, gdzie Marta pierwszy raz nauczyła się nie bać ciemności.

— Tata chciał, żebyś znalazł warsztat.

— Możliwe.

— A ty nigdy tego nie zrozumiałeś.

Ból na twarzy Marka odpowiedział za niego.

*

Dwa dni później wydarzyło się coś, czego nie przewidział nikt.

Wiktor zadzwonił do Joanny.

Chciał złożyć formalne oświadczenie.

Przyjechał do jej kancelarii bez Adriana.

Spotkaliśmy się w niewielkiej sali konferencyjnej.

Wiktor położył przed nami segregator.

— To kopie ksiąg WZK.

Joanna otworzyła pierwszą stronę.

— Dlaczego przekazuje je pan teraz?

— Bo przez dwadzieścia lat mówiłem sobie, że naprawiłem swoje błędy.

— Naprawił pan?

— Nie.

Spojrzał na mnie.

— Zbudowałem firmę częściowo na majątku, który powinien należeć również do twojego ojca.

Nie poczułam triumfu.

Tylko zmęczenie.

— Ile?

— Nie potrafię podać jednej kwoty bez audytu.

— Więc zróbmy audyt.

Wiktor skinął głową.

— Zgadzam się.

Joanna zamknęła segregator.

— A pański syn?

— Adrian nie wie, że tu jestem.

— Nadal chce odebrać mi Zosię?

Wiktor zacisnął usta.

— Adrian nie chce dziecka.

Te słowa zabolały mnie w sposób, którego się nie spodziewałam.

— Co?

— Chce kontroli nad tobą.

Wiedziałam to.

Ale usłyszenie tego od jego ojca sprawiło, że prawda stała się ostateczna.

— Dlaczego?

— Ponieważ odkrył coś kilka miesięcy temu.

Wiktor wyjął kartkę.

Była to kopia dawnego aktu założycielskiego WZK.

Joanna zaczęła czytać.

Po chwili uniosła brwi.

— Marta.

— Co?

Przesunęła dokument w moją stronę.

Nie rozumiałam prawniczego języka.

Wskazała jeden akapit.

— Udziały Tomasza nie mogły zostać automatycznie przejęte przez pozostałych wspólników w przypadku jego śmierci. Miały przejść na spadkobiercę.

— Na mnie?

— Tak.

Wiktor powiedział cicho:

— Jeżeli oryginalna umowa nadal istnieje i jeśli część późniejszych zmian została dokonana niezgodnie z prawem, możesz mieć roszczenia znacznie większe, niż sądziłem.

Wszystko zaczęło nabierać sensu.

Adrian nie poślubił wyłącznie kobiety, którą łatwo było kontrolować.

Poślubił spadkobierczynię problemu, którego jego rodzina nigdy do końca nie rozwiązała.

*

Joanna zabroniła mi konfrontować się z Adrianem.

Nie musiałam.

Sam pojawił się trzy dni później przed kancelarią.

Stał obok samochodu.

Nie podszedł.

Marek był ze mną.

Adrian uśmiechnął się.

— Naprawdę zamierzasz zniszczyć rodzinę przez kilka starych papierów?

— Ty ją zniszczyłeś.

— Marta, wróć do domu.

— Nie.

Jego uśmiech zniknął.

— Nie wiesz, w co się pakujesz.

— Wiem wystarczająco dużo.

— Marek cię wykorzystuje.

Wujek nie zareagował.

Adrian wskazał go brodą.

— Zapytaj go o Romana.

— Pytałam.

— Nie o to, gdzie Roman zniknął. Zapytaj, dlaczego Roman bał się właśnie jego.

Spojrzałam na Marka.

Adrian zauważył moje zawahanie i odzyskał pewność siebie.

— Widzisz? Nadal ci nie powiedział.

Marek zrobił krok do przodu.

— Dosyć.

— Co? Prawda boli?

— Adrian — powiedziałam. — Odejdź.

— Wrócisz do mnie.

— Nie.

— Mamy dziecko.

— Właśnie dlatego nie wrócę.