— Dlaczego tata podpisywał dokumenty z Wiktorem?
Marek pobladł.
— Bo twoi rodzice nie zginęli w historii, którą ci opowiedziano.
I wtedy ktoś po drugiej stronie drzwi nacisnął klamkę.
CZĘŚĆ 3
Marek natychmiast schował telefon.
Nie zrobił tego gwałtownie. W jego ruchach nie było paniki. Przez całe moje dzieciństwo właśnie to odróżniało go od innych ludzi: kiedy sytuacja stawała się naprawdę poważna, uspokajał się jeszcze bardziej.
Klamka poruszyła się ponownie.
Drzwi jednak się nie otworzyły.
Lekarka, wychodząc wcześniej, uruchomiła blokadę.
Po chwili usłyszałam stłumiony głos Adriana.
— Marta, otwórz. Musimy porozmawiać.
Zosia poruszyła się przy mojej piersi.
Całe moje ciało zesztywniało.
Marek zauważył to natychmiast.
— Nie musisz z nim rozmawiać.
Jeszcze poprzedniego dnia odpowiedziałabym, że muszę. Przez lata Adrian nauczył mnie, że każda odmowa ma cenę. Milczenie oznaczało awanturę. Sprzeciw oznaczał karę. Próba odejścia kończyła się przypomnieniem, że nie mam własnych pieniędzy, domu ani pozycji.
Ale teraz patrzyłam na śpiącą córkę.
Po raz pierwszy strach nie pchał mnie w stronę uległości.
Pchał mnie w przeciwnym kierunku.
— Nie otwieraj — powiedziałam.
Marek skinął głową.
Adrian przez chwilę jeszcze mówił zza drzwi. Najpierw spokojnie. Potem ostrzej. W końcu zamilkł.
Usłyszałam oddalające się kroki.
Dopiero wtedy spojrzałam na wujka.
— Co miałeś na myśli, mówiąc o rodzicach?
Marek usiadł.
Przez chwilę obracał w palcach stary mosiężny przedmiot.
— Najpierw jedno. Ten napis nie jest najważniejszy.
Odwrócił zapalniczkę.
Na drugiej stronie znajdował się niemal starty symbol: trzy litery otoczone prostokątną ramką.
WZK.
— Co to znaczy?
— Wysocki, Zieliński, Krawiec.
Nie rozumiałam.
Marek westchnął.
— Zanim Wiktor Wysocki stał się Wiktorem Wysockim z gazet, był zwykłym kierownikiem technicznym. Twój ojciec, Tomasz, był inżynierem. Trzecim człowiekiem był Roman Krawiec, księgowy. Poznali się przy kontraktach zagranicznych. Później założyli razem firmę.
Patrzyłam na niego oszołomiona.
Przez dziewięć lat małżeństwa słyszałam dziesiątki historii o początkach fortuny Wysockich. W każdej Wiktor zaczynał sam, podobno z jednym samochodem dostawczym, pożyczonym biurem i kilkoma tysiącami złotych.
Nigdy nie pojawiał się w nich Tomasz Zieliński.
Mój ojciec.
— To niemożliwe.
— Chciałbym, żeby było.
Marek ponownie wyjął telefon i pokazał fotografię dokumentu.
Tym razem przyjrzałam się dokładniej.
Data pochodziła sprzed ponad dwudziestu lat. W nagłówku widniała nazwa spółki, której nie znałam: WZK Projekt.
Pod dokumentem były trzy podpisy.
Tomasz Zieliński.
Wiktor Wysocki.
Roman Krawiec.
— Tata był wspólnikiem Wiktora?
— Jednym z trzech założycieli.
— Dlaczego nigdy mi tego nie powiedziałeś?
To pytanie zabolało bardziej, niż chciałam przyznać.
Marek spuścił wzrok.
— Bo obiecałem twojemu ojcu, że jeśli wydarzy się coś złego, najpierw będę chronił ciebie, a dopiero później prawdę.
— Miałam dziewięć lat.
— Właśnie.
— A później osiemnaście. Dwadzieścia. Dwadzieścia pięć. Wyszłam za syna Wiktora i nadal nic mi nie powiedziałeś.
Marek zacisnął szczękę.
Trafiłam w miejsce, którego sam nie potrafił sobie wybaczyć.
— Kiedy poznałaś Adriana, nie wiedziałem, kim jest jego ojciec. Wysockich jest wielu. Kiedy dowiedziałem się prawdy, byłaś już zakochana. Powiedziałem ci wtedy, że nie ufam tej rodzinie.
— Powiedziałeś tylko, że Adrian jest rozpieszczony.
— Bo nie miałem dowodów na nic więcej.
— A teraz masz?
Marek popatrzył na telefon.
— Mam początek.
Zosia zakwiliła.
Przytuliłam ją i poczułam, jak moje emocje rozrywają się na dwie części. Jedna chciała poznać całą prawdę natychmiast. Druga pragnęła zamknąć drzwi, zabrać dziecko i nigdy więcej nie usłyszeć nazwiska Wysocki.
— Powiedz wszystko.
Marek długo milczał.
W końcu zaczął.
*
Firma mojego ojca, Wiktora i Romana rozwijała się szybko. Projektowali zaplecza magazynowe i organizowali transport dla dużych zakładów. Tomasz odpowiadał za rozwiązania techniczne, Roman za finanse, Wiktor za kontakty i negocjacje.
Według Marka mój ojciec był człowiekiem, który ufał zbyt łatwo.
Wiktor był człowiekiem, który nigdy nie ufał nikomu.
Przez pierwsze lata ta różnica działała na ich korzyść.
Potem pojawiły się naprawdę duże pieniądze.
— Twój ojciec zaczął zauważać niezgodności — powiedział Marek. — Faktury, których nie zatwierdzał. Przelewy. Zmiany własności. Dokumenty podpisywane pod jego nieobecność.
— Przez Wiktora?
— Tego podejrzewał.
— A Roman?
— Zniknął.
Poczułam zimno.
— Jak to: zniknął?
— Oficjalnie wyjechał za granicę. Nigdy nie uwierzyłem w tę wersję. Tomasz też nie.
Marek opowiedział, że kilka miesięcy później mój ojciec zdecydował się wycofać ze spółki. Nie chciał wojny. Chciał odzyskać należny udział i rozpocząć życie gdzie indziej.
Wiktor miał się zgodzić.
Przygotowano dokumenty.
Do podpisania jednak nie doszło.
Dwa tygodnie później moi rodzice zginęli.
— Mówisz, że ich wypadek…
— Nie mówię niczego, czego nie potrafię udowodnić — przerwał Marek. — I ty też tego nie rób.
To zabrzmiało jak ostrzeżenie.
— Ale nie wierzysz, że to był zwykły przypadek.
Marek nie odpowiedział.
Nie musiał.
*
Jeszcze tego samego dnia szpitalna pracownica socjalna przyszła porozmawiać ze mną bez obecności rodziny Wysockich.
Opowiedziałam jej o śladach na szyi.
O groźbach Adriana.
O próbie zabrania Zosi.
Każde wypowiedziane zdanie sprawiało mi trudność.