Wiktor potarł czoło.
— Adrian jako młody człowiek usłyszał fragmenty historii. Wiedział, że dokumenty Tomasza mogą istnieć. Nigdy nie kazałem mu się do ciebie zbliżać.
— Ale nie powstrzymał go pan.
— Nie wiedziałem, że robi to celowo.
Marek patrzył na niego z pogardą.
— Własnego syna nie znasz.
— Znałem go gorzej, niż sądziłem.
— Wygodne.
Wiktor podniósł głowę.
— Myślisz, że go bronię? Dzisiaj zobaczyłem ślady na szyi Marty.
— I dopiero wtedy odkryłeś moralność?
— Nie. Dopiero wtedy zrozumiałem, dokąd doprowadziłem własną rodzinę.
Nie chciałam słuchać ich rozliczeń.
— Wyjdź.
Wiktor spojrzał na mnie.
— Marta…
— Powiedziałam: wyjdź.
Wstał.
Przy drzwiach zatrzymał się.
— Adrian będzie próbował odzyskać kontrolę.
— Niech próbuje.
— Nie rozumiesz. On nie wie, że ci to powiedziałem.
— Tym lepiej.
— Jeśli naprawdę przez lata szukał dokumentów twojego ojca, teraz może uznać, że jesteś bliżej nich niż kiedykolwiek.
Marek przesunął się w stronę drzwi.
— Wyjdź.
Wiktor wyszedł.
*
Następnego ranka zadzwoniła do mnie prawniczka polecona przez pracownicę socjalną.
Nazywała się mecenas Joanna Lis.
Nie obiecywała cudów.
To od razu wzbudziło moje zaufanie.
Powiedziała, że najważniejsze są bezpieczeństwo moje i Zosi, dokumentacja medyczna, wiadomości oraz formalne zabezpieczenie sytuacji. Ostrzegła też, żebym nie podpisywała niczego dostarczonego przez rodzinę Wysockich.
— Nawet jeśli dokument będzie wyglądał niewinnie — powiedziała. — Niczego bez konsultacji.
Marek siedział obok i słuchał.
Po rozmowie zapytałam:
— Gdzie są rzeczy rodziców?
— Część u mnie.
— Wszystkie?
Zawahał się.
— Nie.
Spojrzałam na niego.
— Marek.
— Twój ojciec wynajął kiedyś mały garaż pod Śremem. Po ich śmierci znalazłem klucz, ale garaż był pusty.
— Sprawdziłeś dokładnie?
— Tak mi się wydawało.
— „Wydawało”?
— Miałem wtedy ciebie. Pogrzeb. Policję. Wszystko naraz. Potem właściciel sprzedał budynek.
— A rzeczy z domu?
— Są w piwnicy.
— Chcę je zobaczyć.
— Dopiero kiedy wyjdziesz ze szpitala.
— Dzisiaj.
— Marta…
— Przez dwadzieścia lat wszyscy decydowali, ile prawdy mogę unieść. Koniec.
Marek spojrzał na mnie długo.
W końcu skinął głową.
*
Nie wróciłam do domu Adriana.
Po wypisie pojechałyśmy z Zosią do mieszkania Marka na obrzeżach Poznania.
To samo mieszkanie, w którym dorastałam.
Nic nie wyglądało luksusowo. Stary stół miał rysę po żelazku. W kuchni stał ten sam ceramiczny pojemnik na cukier. W przedpokoju wisiała drewniana półka, którą zrobił Marek, kiedy miałam jedenaście lat.
A jednak po przekroczeniu progu zaczęłam płakać.
Bo pierwszy raz od bardzo dawna zamknęłam drzwi i nie zastanawiałam się, w jakim nastroju będzie mężczyzna po drugiej stronie domu.
Marek przygotował mi pokój.
Nad łóżkiem nadal znajdowała się mała dziura po plakacie, który zerwałam przed maturą.
— Niczego tu nie zmieniłeś — powiedziałam.
— Nie wszystko trzeba zmieniać.
Spojrzałam na niego.
— Nie. Ale niektóre rzeczy trzeba.
Zrozumiał.
*
Pudła rodziców stały w piwnicy.
Marek przyniósł je na górę dopiero wieczorem, kiedy Zosia zasnęła.
Było ich pięć.
Dokumenty.
Zdjęcia.
Książki.
Stare ubrania.
Kasety.
Narzędzia ojca.
Przeglądałam je przez prawie trzy godziny.
Nie znalazłam dokumentów spółki.
Znalazłam natomiast notes.
Na pierwszych stronach ojciec zapisywał zwykłe rzeczy: pomiary, numery telefonów, ceny części.
Dopiero pod koniec pojawiały się inicjały.
W.W. — 140
R.K. — kopie
M.Z. — klucz
— M.Z.? — zapytałam.
Marek pokręcił głową.
— Nie wiem.
Przewróciłam kartkę.
Na ostatniej stronie znajdowało się jedno zdanie:
Jeśli coś się stanie, nie szukaj pieniędzy. Szukaj miejsca, gdzie Marta pierwszy raz nauczyła się nie bać ciemności.
Zamarłam.
Marek przeczytał zdanie dwa razy.
— Wiesz, co to znaczy?
Wiedziałam.
Miałam sześć lat, kiedy ojciec zabrał mnie pierwszy raz do swojego warsztatu. Zgasło światło podczas burzy. Wpadłam w panikę.
Ojciec zapalił starą lampę warsztatową i powiedział:
„Ciemność nie zmienia tego, co jest w pokoju. Tylko sprawia, że musisz wiedzieć, gdzie patrzeć”.
Potem nauczył mnie poruszać się po warsztacie bez światła.
— Warsztat — powiedziałam.
Marek zmarszczył brwi.
— Ten ze zdjęcia?
— Tak.
— Budynku już nie ma.
— Co jest na jego miejscu?
Sprawdził telefon.
Dawna działka została przebudowana.
Stał tam niewielki kompleks magazynowy.
Należący do spółki zależnej Wysockich.
*
Nie pojechaliśmy tam od razu.
Joanna była stanowcza.
— Żadnych samotnych wypraw. Żadnego wchodzenia na cudzy teren. Jeżeli dokumenty istnieją, zdobędziemy je legalnie.
Miała rację.
Nie znaczyło to jednak, że musiałam siedzieć bezczynnie.
Zaczęłam analizować wszystko, co posiadałam.
Stare zdjęcia.
Daty.
Nazwy firm.
Marek znalazł archiwalne dokumenty działalności ojca. Joanna pomogła sprawdzić publiczne rejestry.
W ciągu dwóch dni pojawił się wzór.
Po śmierci moich rodziców kilka aktywów dawnej spółki WZK zostało przeniesionych do przedsiębiorstwa kontrolowanego przez Wiktora.
Nie był to jeszcze dowód przestępstwa.
Ale nie wyglądało to dobrze.
Najważniejsze odkrycie przyniósł jednak nie dokument.
Tylko Adrian.
Napisał do mnie z nowego numeru.
Musimy zakończyć tę farsę. Wiem, że Marek pokazał ci dokumenty.
Przeczytałam wiadomość dwa razy.
Nie odpowiedziałam.
Przyszła kolejna.
Oddaj to, co znalazłaś, a możemy załatwić sprawę spokojnie.
Pokazałam telefon Joannie.
— On zakłada, że coś masz — powiedziała.