— Kto zatwierdził płatność?
Wiktor wskazał inicjały.
K.B.
Krystyna Bielecka.
Moja matka.
Wstałem.
— Jedziemy do Krakowa.
Magdalena również poderwała się z miejsca.
— Nie.
— Muszę z nią porozmawiać.
— A chłopcy?
— Zostaną tutaj.
— Z kim?
Spojrzałem na Wiktora.
Prawnik pokręcił głową.
— Nie ze mną. Jeżeli ktoś obserwuje firmę, mój przyjazd tutaj mógł już zostać zauważony.
Miał rację.
Zadzwoniłem do jedynej osoby, której ufałem jeszcze przed powstaniem rodzinnego imperium.
Mojej ciotki Elżbiety.
Siostry ojca.
Przyjechała czterdzieści minut później.
Kiedy zobaczyła chłopców, zatrzymała się w drzwiach.
Zakryła usta dłonią.
— Boże.
Mikołaj przyglądał jej się ciekawie.
— Zna nas pani?
Elżbieta uklękła.
— Jeszcze nie.
Potem spojrzała na mnie.
— Ale znałam waszego dziadka.
Jej głos zadrżał.
— I wyglądacie dokładnie tak jak on, kiedy był mały.
To była pierwsza osoba z mojej rodziny, która zobaczyła chłopców nie jako problem, dowód czy zagrożenie dla spadku.
Po prostu się rozpłakała.
*
Do Krakowa pojechałem z Magdaleną.
Wiktor miał udać się osobno do kancelarii i zabezpieczyć oryginały dokumentów.
Przed wyjazdem pobraliśmy próbki do prywatnego testu DNA. Nie dlatego, że nadal wątpiłem.
Potrzebowałem dowodu, którego nikt nie podważy.
Matkę znaleźliśmy w rodzinnym domu na Woli Justowskiej.
Siedziała w gabinecie ojca.
Dokładnie tam, gdzie sześć lat wcześniej siedziała Magdalena.
Krystyna Bielecka miała sześćdziesiąt dwa lata i niezwykły talent do sprawiania, że każdy pokój wyglądał jak jej własność.
Kiedy weszliśmy, nawet nie wstała.
Spojrzała najpierw na mnie.
Potem na Magdalenę.
— Widzę, że po sześciu latach wciąż potrafisz komplikować życie mojego syna.
Magdalena zesztywniała.
— Nie mów do niej w ten sposób.
Matka uniosła brwi.
— Adamie, zanim zaczniesz dramatyzować…
Położyłem przed nią kopię testamentu.
Po raz pierwszy zobaczyłem zmianę na jej twarzy.
Minimalną.
Ale wystarczającą.
— Wiedziałaś.
— O czym?
Położyłem telefon obok testamentu i włączyłem nagranie ojca.
Nie przerywała.
Dopiero kiedy usłyszała własny głos, jej dłonie zacisnęły się na podłokietnikach.
— Skąd to masz?
— Czyli nagranie jest prawdziwe.
— Nie powiedziałam tego.
— Nie musiałaś.
Magdalena położyła przed nią listy.
— Dlaczego je zatrzymałaś?
Matka spojrzała na koperty.
— Ponieważ mój syn nie był wtedy zdolny do podejmowania racjonalnych decyzji.
Zaśmiałem się.
Nie dlatego, że było zabawnie.
— Ukradłaś sześć lat życia moich dzieci i nazywasz to decyzją za mnie?
— Nie wiedziałam, że urodziła czworo.
Magdalena pobladła.
— Ale wiedziałaś o ciąży.
— Tak.
Słowo spadło między nami ciężko.
Bez przeprosin.
Bez usprawiedliwienia.
— Dlaczego? — zapytałem.
Matka wstała.
— Ponieważ twój ojciec zostawił firmę na krawędzi katastrofy. Banki czekały na jeden błąd. Ostrowscy byli jedynymi ludźmi gotowymi wejść z kapitałem. Małżeństwo z Laurą stabilizowało układ.
— Więc zniszczyłaś moje życie dla transakcji?
— Uratowałam dziesięć tysięcy miejsc pracy.
— Nie wykorzystuj pracowników jako usprawiedliwienia.
— A ty nie zachowuj się tak, jakbyś sześć lat temu był gotowy wychowywać dziecko.
Zrobiłem krok w jej stronę.
— To ja powinienem był o tym zdecydować.
Po raz pierwszy spuściła wzrok.
I wtedy zobaczyłem coś, czego się nie spodziewałem.
Nie skruchę.
Zmęczenie.
— Tak — powiedziała cicho. — Powinieneś.
Magdalena patrzyła na nią bez słowa.
— Kto ją śledził? — zapytałem.
Matka podniosła głowę.
— Wynajęłam ludzi.
— Po co?
— Żeby ją znaleźć.
— Dlaczego po sześciu latach?
Nie odpowiedziała.
— Mamo.
Cisza.
— Bo trzy miesiące temu dowiedziałam się o czworaczkach.
Magdalena zrobiła krok naprzód.
— Jak?
— Tomasz Rogalski.
— Tomasz nie żyje.
— Wiem.
Krystyna podeszła do okna.
— Przed śmiercią skontaktował się ze mną. Powiedział, że ma kopie dokumentów i nagrań. Zażądał pieniędzy.
— Szantażował cię?
— Tak.
— I potem zginął.
Odwróciła się gwałtownie.
— Nie miałam nic wspólnego z jego śmiercią.
Nie odpowiedziałem.
— Adam, możesz myśleć o mnie wszystko, ale nie jestem morderczynią.
— Jeszcze wczoraj nie sądziłem również, że przez sześć lat ukrywałaś przede mną moje dzieci.
Trafiłem.
Zobaczyłem to.
Ale zanim odpowiedziała, drzwi gabinetu otworzyły się.
Do środka weszła Laura Ostrowska.
Kobieta, której poprzedniego wieczoru miałem się oświadczyć.
Nie wyglądała na porzuconą narzeczoną.
Wyglądała na kogoś, kto przyszedł na spotkanie biznesowe.
— Laura?
Spojrzała na Magdalenę.
— Więc jednak ją znalazłeś.
Kolejny cios.
— Ty też wiedziałaś?
Laura zamknęła drzwi.
— O Magdalenie? Tak.
— O dzieciach?
Zawahała się.
I ta sekunda wystarczyła.
— Od kiedy?
— Od kilku miesięcy.
Poczułem mdłości.
— Mieliśmy się wczoraj zaręczyć.
— Wiem.
— Wiedziałaś, że prawdopodobnie mam czterech synów, i pozwoliłaś mi wejść do oranżerii z pierścionkiem?
— Nie wszedłeś.
— Odpowiedz.
Laura zacisnęła usta.
— Twój związek ze mną nigdy nie opierał się na romantycznych złudzeniach.
— To nie jest odpowiedź.
— Wiedziałam.
Magdalena zamknęła oczy.
Matka powiedziała ostro:
— Lauro, wystarczy.
Odwróciłem się do niej.
— Nie. Teraz dopiero zaczynamy.
*
W ciągu następnej godziny konstrukcja mojego dotychczasowego życia rozsypała się niemal całkowicie.