Rozpoznałem jej charakter pisma.
„Adam, muszę ci powiedzieć coś ważnego. Lekarz potwierdził ciążę. Wiem, że wszystko między nami jest skomplikowane, ale nie chcę podejmować żadnej decyzji bez ciebie.”
Drugi list był bardziej rozpaczliwy.
Trzeci informował, że ciąża jest mnoga.
Czwarty, że spodziewa się czterech chłopców.
W piątym prosiła mnie, żebym choć raz odebrał telefon.
— Nie dostałem żadnego.
— Wiem.
— Skąd?
Magdalena patrzyła w ogień.
— Bo pojechałam do twojego domu.
Pamiętałem tamten okres.
Ojciec zmarł dwa miesiące wcześniej. Byłem rozbity. Matka przejęła kontrolę nad większością spraw rodzinnych, tłumacząc, że potrzebuję czasu.
Magdalena podobno wyjechała.
Tak mi powiedziano.
— Co się wydarzyło?
— Krystyna przyjęła mnie w gabinecie twojego ojca. Powiedziała, że pokazałeś jej moje wiadomości. Że dziecko niczego nie zmienia. Że zapłacisz, jeśli będę rozsądna.
— Nigdy…
— Wiem to teraz.
Wyjęła kolejny dokument.
Umowę.
Na dole znajdowało się miejsce na jej podpis.
Puste.
Kwota wynosiła dwa miliony złotych.
W zamian Magdalena miała zrzec się wszelkich roszczeń wobec mnie i rodziny.
— Nie podpisałam.
— Co zrobiła matka?
— Powiedziała, że jeśli zostanę, zniszczy mnie finansowo. A potem pokazała mi coś gorszego.
Magdalena wyciągnęła telefon.
Na ekranie pojawiło się stare zdjęcie.
Ja.
Wychodzący z hotelu z kobietą.
Laurą Ostrowską.
Pamiętałem tamten wieczór. Spotkanie dotyczące przejęcia firmy jej ojca. Byliśmy tam z kilkunastoma osobami.
Zdjęcie wykadrowano tak, żeby wyglądało inaczej.
— Powiedziała, że jesteście razem — mówiła Magdalena. — Że byłam tylko epizodem, którego się wstydzisz.
Zacisnąłem dłonie.
— A ty uwierzyłaś?
— Byłam w ciąży, przerażona, bez pieniędzy i przez tygodnie nie mogłam się z tobą skontaktować. Twoja matka znała szczegóły naszych prywatnych rozmów. Pokazała mi wydruki wiadomości wysłanych rzekomo przez ciebie.
— Jakich wiadomości?
Magdalena podała mi telefon.
Czytałem.
„Nie kontaktuj się ze mną.”
„Dziecko nie zmieni mojej decyzji.”
„Moi prawnicy załatwią resztę.”
Pod wiadomościami widniał mój numer.
— To nie ja.
— Teraz wiem.
— Dlaczego teraz?
Spojrzała na mnie.
— Bo rok temu jeden z twoich dawnych pracowników mnie znalazł.
— Kto?
— Tomasz Rogalski.
Nazwisko uderzyło mnie jak kamień.
Tomasz był kierowcą mojego ojca.
Zniknął z firmy krótko po jego śmierci.
Matka twierdziła, że ukradł pieniądze.
— Co ci powiedział?
— Że twój ojciec wiedział o ciąży.
Wstałem.
— Niemożliwe.
— Wiedział.
— Zmarł, zanim…
— Zanim dowiedziałeś się ty. Nie zanim dowiedziała się twoja matka.
Magdalena wyjęła z koperty niewielki pendrive.
— Tomasz dał mi to trzy miesiące przed swoją śmiercią.
Poczułem chłód.
— Nie wiedziałem, że nie żyje.
— Wypadek samochodowy.
Włożyłem pendrive do laptopa.
Był na nim jeden plik audio.
Data nagrania: sześć lat wcześniej.
Kliknąłem.
Najpierw szum.
Potem głos mojego ojca.
Słabszy niż go pamiętałem.
„Krystyna, nie będziesz decydowała za Adama.”
Głos matki odpowiedział:
„Nie rozumiesz konsekwencji.”
„Rozumiem doskonale. Jeśli dziecko jest jego, jest częścią rodziny.”
„A Ostrowscy?”
„Interesy mnie nie obchodzą.”
„Powinny. Bez ich kapitału możemy stracić połowę projektów.”
Nastąpiło kilka sekund ciszy.
Ojciec odezwał się ponownie.
„Jeżeli spróbujesz pozbyć się tej dziewczyny, zmienię testament.”
Nagranie się urwało.
Siedziałem bez ruchu.
Ojciec wiedział.
I groził matce zmianą testamentu.
Kilka tygodni później zmarł.
— Na co umarł mój ojciec? — zapytałem.
Magdalena pobladła.
— Adam…
— Oficjalnie zawał.
— Nie sugeruję, że…
— Wiem.
Ale sugestia już istniała.
Nie wypowiedziana.
Znacznie gorsza przez to, że pozostawała niewypowiedziana.
*
Wiktor przyjechał o 7:43.
Sam.
Wyglądał, jakby nie spał całą noc.
Położył skórzaną teczkę na stole.
— Zanim cokolwiek ci pokażę, musisz wiedzieć, że przez lata sam nie znałem pełnej treści dokumentów.
— Pokaż.
Wyjął testament mojego ojca.
Dokument liczył trzydzieści cztery strony.
Najważniejszy był paragraf siedemnasty.
Czytałem go trzy razy.
Ojciec utworzył osobny fundusz rodzinny. Kontrolny pakiet udziałów miał przejść na mnie po trzydziestych piątych urodzinach.
Był jednak warunek.
Jeżeli miałbym biologiczne dzieci, część udziałów automatycznie trafiała do funduszu potomków, którego zarządcą do osiągnięcia przez nich pełnoletności miał zostać niezależny powiernik.
Nie moja matka.
Nie zarząd.
Nie Ostrowscy.
— Ile? — zapytałem.
Wiktor poprawił okulary.
— Przy obecnej wycenie? Fundusz dzieci kontrolowałby aktywa warte około dwustu osiemdziesięciu milionów złotych.
Magdalena wypuściła powietrze.
Nie wyglądała na zachwyconą.
Wyglądała na przerażoną.
— Dlatego ich szukali — powiedziała.
Spojrzałem na nią.
— Kto?
— Nie wiem.
Wiktor zmarszczył brwi.
Magdalena opowiedziała o ostatnich miesiącach.
Najpierw ktoś włamał się do jej mieszkania w Tarnowie.
Nic wartościowego nie zniknęło.
Potem przedszkole otrzymało telefon od osoby podającej się za pracownika opieki społecznej, która chciała kopii aktów urodzenia chłopców.
Później właściciel mieszkania nagle wypowiedział jej umowę.
Tydzień temu straciła pracę.
Restauracja w Krakowie była tymczasowym zajęciem.
— Dlaczego nie poszłaś na policję?
— Poszłam po włamaniu. Nie znaleziono sprawcy.
— A później?
— Zaczęłam się bać, że ktoś chce znaleźć chłopców przez oficjalne dokumenty.
Wiktor otworzył kolejną teczkę.
— Jest jeszcze coś.
Wyjął kartkę.
Było to polecenie zlecenia prywatnego dochodzenia.
Cel: Magdalena Lis.
Data: cztery miesiące wcześniej.
Podpis zlecającego należał do spółki zależnej naszego holdingu.