Na ziemi widniały świeże ślady obcasów.
— Klaudia — powiedziała Marta. — Miała te buty, kiedy mnie tu przyprowadziła.
Wiktor skierował światło na ścianę. Ktoś namalował na niej trzy symbole: okrąg, krzyż oraz ptaka z rozpostartymi skrzydłami.
Srebrny wisiorek na szyi Marty pasował kształtem do ostatniego znaku.
— Skąd go masz? — zapytał.
— Znalazłam w tamtym pomieszczeniu. Leżał obok metalowej skrzynki. Kiedy usłyszałam Klaudię, wsunęłam go pod kołnierzyk. Nie wiedziałam, że należy do pańskiej żony.
Wiktor dotknął ściany przy symbolu ptaka. Cegła poruszyła się pod naciskiem. Wewnątrz ukryto niewielkie wgłębienie, którego kształt odpowiadał wisiorkowi.
— Klucz — powiedział Maksym.
Marta zdjęła łańcuszek, ale Wiktor powstrzymał jej dłoń.
— Nie wiemy, co uruchomi.
— Klaudia przychodziła tu dwa razy — odparła. — Za każdym razem otwierała coś metalowego. Słyszałam przesuwanie rygla.
Wiktor spojrzał na Adriana.
— Co jest za ścianą?
— Włóż wisiorek, a sam zobaczysz.
— Dlaczego Zofia miała klucz do pomieszczenia pod moim domem?
Adrian milczał.
Wiktor wsunął srebrnego ptaka w zagłębienie. Mechanizm kliknął. Fragment ściany cofnął się o kilka centymetrów, odsłaniając ciężkie drzwi.
Powietrze za nimi było suche i chłodne.
Pomieszczenie nie przypominało grobowca. Wyglądało jak archiwum. Wzdłuż ścian stały metalowe regały pełne segregatorów, pudeł i starych dysków. Na biurku leżał laptop, a nad nim wisiała tablica z fotografiami, nazwiskami oraz trasami przejazdów.
Wiktor rozpoznał członków własnej organizacji, prokuratorów, policjantów, przedsiębiorców i polityków. Przy niektórych zdjęciach widniały czerwone kreski. Część osób nie żyła.
Na środku pomieszczenia stała zamknięta szklana gablota.
Wewnątrz leżała nadpalona damska torebka Zofii.
Wiktor przestał oddychać.
Rozpoznał zadrapanie na klamrze. Zofia zrobiła je podczas ich podróży do Rzymu, kiedy uparła się, że sama naprawi zacięte zapięcie nożem z hotelowej kuchni. Torebki nie znaleziono we wraku.
Obok niej spoczywały obrączka oraz zwęglony telefon.
— Powiedziałeś mi, że wszystko spłonęło — zwrócił się do Adriana.
— Tak przekazali śledczy.
— Ty byłeś pierwszy przy samochodzie.
— Wyciągnąłem cię z ognia.
— A ją zostawiłeś.
Twarz Adriana pozostała nieruchoma.
— Drzwi po jej stronie były zakleszczone.
— Skąd więc tutaj znalazły się jej rzeczy?
— Nie wiem.
Dariusz przeszukał doradcę. W wewnętrznej kieszeni marynarki znalazł niewielki metalowy klucz. Pasował do gabloty.
Wiktor otworzył ją drżącą ręką. Pod torebką leżała koperta zaadresowana do niego pismem Zofii.
Papier pożółkł, ale nie nosił śladów ognia.
„Wiktorze, jeśli czytasz ten list, nie zdążyłam powiedzieć ci tego osobiście. Adrian okłamuje nas obu. To on przekazuje twojemu ojcu informacje o każdej rozmowie, każdej trasie i każdym człowieku, któremu zaczynasz ufać. Odkryłam, że używają domu do ukrywania dokumentów oraz ludzi. Nie wiem jeszcze, kto znajduje się w pomieszczeniu pod oranżerią. Słyszałam płacz. Jutro spotkam się z prokuratorem. Jeżeli nie wrócę, nie wierz Adrianowi, bez względu na to, jaką historię opowie”.
List urywał się w połowie strony.
Wiktor czytał go dwa razy, jakby przy kolejnym podejściu słowa mogły ułożyć się inaczej.
W noc śmierci Zofii Adrian wyciągnął go z płonącego samochodu. Przez lata Wiktor wierzył, że zawdzięcza mu życie. Odtwarzał tamte sekundy w snach: huk, ogień, dłoń przyjaciela zaciskającą się na jego kołnierzu.
Nie pamiętał jednak, kto nalegał, aby pojechali właśnie tą trasą.
Adrian.
Nie pamiętał, dlaczego kilka minut przed wybuchem zatrzymali się na leśnej drodze.
Adrian zadzwonił i poprosił, by zaczekali na samochód ochrony.
I to Adrian przekonał go później, że za zamachem stał konkurencyjny gang z Pruszkowa.
Wiktor odpowiedział wtedy wojną. Trzech ludzi zginęło, dwóch zniknęło, a kilkanaście rodzin uciekło z miasta. Przez osiem lat nosił w sobie przekonanie, że pomścił Zofię.
Jeżeli list był prawdziwy, zamordował niewłaściwych ludzi.
— Czytałeś to? — zapytał Adriana.
— Tak.
Wiktor uderzył go po raz pierwszy.
Cios odrzucił mężczyznę na regał. Segregatory spadły na podłogę, rozsypując fotografie i dokumenty.
— To ty podłożyłeś bombę?
Adrian otarł krew z wargi.
— Gdybym chciał cię zabić, nie wyciągałbym cię z samochodu.
— Pytałem o Zofię.
— Zofia zaczęła grzebać w sprawach, których nie rozumiała.
Wiktor ruszył ku niemu, ale Marta stanęła pomiędzy nimi.
Była słaba, blada i ledwie utrzymywała się na nogach. Mimo to nie odsunęła się.
— Jeśli go pan zabije, zabierze odpowiedzi do grobu.
— Zejdź mi z drogi.
— Nie.
Dariusz i Maksym patrzyli na nich w napięciu. Każdy w tym pomieszczeniu znał reputację Wiktora. Ludzie znikali za znacznie mniejsze przewinienia niż współudział w zabójstwie jego żony.
Marta jednak wytrzymała jego spojrzenie.
— Hania tu jest — powiedziała. — Niech nie widzi, że człowiek, który ją uratował, staje się taki sam jak ci, którzy zamknęli jej matkę.
Wiktor spojrzał na dziewczynkę. Hania stała za Maksymem i obserwowała go szeroko otwartymi oczami.
Opuścił rękę.
Adrian zaśmiał się.
— Służąca wydaje ci rozkazy we własnym domu.
— Właśnie ocaliła ci życie — odparł Wiktor. — Powinieneś okazać wdzięczność.
— To zawsze było twoją słabością. Pozwalałeś kobietom wierzyć, że ich zdanie ma znaczenie.
— A ty pomyliłeś zaufanie z pozwoleniem na zdradę.