Gdybym nie zobaczyła jego twarzy przy windzie, być może sama zaczęłabym wątpić.
Vanessa zachowywała się zupełnie inaczej.
Drżały jej ręce.
Poprosiła o prawnika.
Potem o wodę.
Potem jeszcze raz o prawnika.
Nie chciała rozmawiać beze mnie.
To było dziwne.
Komisarz zapytał:
— Dlaczego?
Vanessa spojrzała na mnie.
— Bo jeśli powiem wszystko, Daniel powie, że to ja.
Daniel odwrócił się gwałtownie.
— Vanessa.
— Nie.
— Zamknij się.
— Właśnie dlatego.
Policjant natychmiast poprosił Daniela, żeby opuścił pomieszczenie.
Pierwszy raz zobaczyłam prawdziwą panikę w oczach kuzyna.
Vanessa usiadła naprzeciwko mnie.
Jeszcze kilka godzin wcześniej mnie spoliczkowała.
Teraz wyglądała, jakby chciała schować się pod stołem.
— Nie wiedziałam, że Adrian ma cię zabić — powiedziała.
Nikt w pokoju się nie poruszył.
— Powtórz — powiedział policjant.
Vanessa zaczęła płakać.
— Myślałam, że ma cię tylko przestraszyć.
Spojrzałam na nią.
— Kto go wysłał?
— Daniel.
Cisza.
— Po co?
Vanessa zakryła twarz.
— Żebyś nie przyjechała na jutrzejsze posiedzenie trustu.
Poczułam, jak coś zaciska mi żołądek.
Jutrzejsze posiedzenie.
Oczywiście.
Miałam podpisać pakiet dotyczący restrukturyzacji aktywów Somor Hospitality.
Daniel od miesięcy twierdził, że to formalność.
— Co miało się wydarzyć na posiedzeniu?
— Nie wiem wszystkiego.
— Kłamiesz.
— Naprawdę nie wiem.
— Vanessa.
Spojrzałam jej prosto w oczy.
— Jeśli chcesz, żebym uwierzyła choć w jedno twoje słowo po tym, jak uderzyłaś mnie i kazałaś wyrzucić z mojego hotelu, zacznij mówić prawdę.
Zamknęła oczy.
— Chcieli przenieść główne aktywa do nowego holdingu.
— Wiem.
— Nie wiesz wszystkiego.
— Więc mów.
— Nowy holding nie byłby kontrolowany przez trust.
Zamarłam.
— Przez kogo?
Vanessa spojrzała w stronę drzwi.
— Daniela.
Nazwa nowej spółki brzmiała North Meridian Group.
Na dokumentach, które wcześniej widziałam, miała być jedynie technicznym wehikułem restrukturyzacyjnym.
Sto procent udziałów miał zachować rodzinny trust.
Tak wyglądała wersja, którą dostałam.
Vanessa powiedziała, że istnieje druga.
W drugiej wersji 51 procent praw głosu przechodziło do spółki kontrolowanej przez Daniela.
— Gdzie są dokumenty?
— W jego prywatnym sejfie.
— Kod?
— Nie znam.
— Kto jeszcze wie?
— Paweł.
— Kto to?
— Jego dyrektor finansowy.
Znałam Pawła Radeckiego.
Pracował dla grupy pięć lat.
Zawsze nienagannie przygotowany.
Zawsze lojalny wobec Daniela.
— To wszystko?
Vanessa pokręciła głową.
— Nie.
Wiedziałam.
Najgorsze dopiero miało nadejść.
— Daniel nie mógł zrobić tego sam — powiedziałam.
— Nie zrobił.
— Kto?
Vanessa milczała.
— Kto?
— Twój wuj.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
Marek Somor.
Ojciec Daniela.
Młodszy brat mojego zmarłego ojca.
Człowiek, który na pogrzebie dziadka trzymał mnie za rękę i powiedział:
— Bez względu na dokumenty, rodzina jest ważniejsza niż firma.
Nagle zrozumiałam, dlaczego od kilku miesięcy tak bardzo namawiał mnie do oddania Danielowi większej kontroli.
Marek Somor mieszkał w Szwajcarii.
Oficjalnie był na emeryturze.
Nieoficjalnie nadal dzwonił do dyrektorów.
Doradzał.
Naciskał.
Daniel przez całe życie żył w cieniu dziadka i mojego ojca.
Marek z kolei nigdy nie pogodził się z tym, że to ja dostałam większościowy głos.
Nie Daniel.
Nie on.
Ja.
— Od kiedy? — zapytałam.
Vanessa odpowiedziała:
— Około dwóch lat.
— Dwa lata planowali przejęcie?
— Na początku nie nazywali tego przejęciem.
Oczywiście.
Nigdy tak się nie zaczyna.
— Jak?
— Mówili, że firma jest za duża, żeby kontrolowała ją osoba, która nie uczestniczy codziennie w zarządzaniu.
To było częściowo prawdziwe.
Ja naprawdę się wycofałam.
Po śmierci ojca miałam dość.
Prowadziłam fundację rodzinną.
Pilnowałam audytów.
Czytałam sprawozdania.
Ale pozwoliłam Danielowi być twarzą wszystkiego.
— Kiedy zaczęło się coś nielegalnego?
Vanessa milczała.
Policjant powiedział:
— Proszę odpowiedzieć.
— Kiedy Elena odmówiła sprzedaży mariny w Sopocie.
Przypomniałam sobie.
Rok wcześniej.
Daniel chciał ją sprzedać inwestorowi z Luksemburga.
Cena była dobra.
Za dobra.
Odmówiłam, bo struktura kupującego była niejasna.
Daniel wpadł we wściekłość.
Wtedy uznałam, że chodzi o urażone ego.
Teraz nie.
— Kupujący był powiązany z nimi?
Vanessa skinęła głową.
— Z Markiem.
Pierwszy prawdziwy ślad finansowy znaleźliśmy jeszcze tego samego dnia.
Awaryjny audyt pokazał, że w ciągu osiemnastu miesięcy z grupy wypłynęło prawie czternaście milionów euro w formie „opłat konsultingowych” i „kosztów strategicznych”.
Część trafiła do firm istniejących wyłącznie na papierze.
Jedna należała do przyjaciela Daniela.
Druga do Pawła Radeckiego.
Trzecia była powiązana z Markiem Somorem.
To nie było tylko przejęcie.
Oni już wyciągali pieniądze.
Daniel wszystkiemu zaprzeczył.
— Vanessa próbuje się ratować.
— A przelewy? — zapytałam.
— Normalne koszty biznesowe.
— Czternaście milionów?
— Grupa ma miliardowe przychody.
— Czyli kwota ma usprawiedliwiać kradzież?
— Niczego nie ukradłem.
Spojrzałam na niego.
— Adrian Vale.
Twarz Daniela pozostała nieruchoma.
— Nie rozmawiam o tym bez prawnika.
— Wczoraj pobrał samochód twoją kartą.
— To nie dowodzi, że go wysłałem.
— Vanessa mówi, że go wysłałeś.
— Vanessa kłamie.
— Dlaczego miał mnie przestraszyć?
Cisza.
— Daniel.
— Nie wiem.
— Dlaczego powiedziałeś: „Ty żyjesz”?
Po raz pierwszy mrugnął.
— Przejęzyczenie.
— Nie.
— Elena—
— Przestań.