Mistrz Lenoir otworzył czarne, drewniane pudełko wyściełane ciemnym aksamitem. W środku leżał ciężki, wykonany z platyny i wysadzany szafirami klucz oraz oprawiony w skórę dokument z herbem rodziny Vallier.
W salonie zapadła tak głęboka cisza, że słychać było jedynie ciche uderzenia deszczu o wysokie szyby i oddech szokowanych gości.
Clara Beaumont zmarszczyła brwi, a uśmiech powoli zaczął schodzić z jej twarzy. Jej ojciec, Gérard Beaumont, zaczął nerwowo poprawiać krawat przy barze, wpatrując się w prawnika z rosnącym niepokojem.
– Czekaj pan… – odezwał się drżącym głosem Marc Delcourt, wystąpiwszy krok naprzód ze swoim nieskazitelnym smokingiem. – Antoine Vallier to prezes zarządu naszej grupy. Ten klucz… to klucz do głównego skyrzu i historycznych akcji holdingu. Dlaczego… dlaczego ma go otrzymać ona? To musi być pomyłka. Moja narzeczona, Clara, miała podpisać dzisiaj umowę o strategicznym partnerstwie…
Mistrz Lenoir nawet na niego nie spojrzał. Zignorował Marca z tak lodowatą obojętnością, że biznesmen poczuł się jak niewidzialny człowiek. Prawnik obrócił się w stronę Élise, która wciąż stała w progu, mokra od październikowego deszczu, trzymając za ręce swoich synów.
– Żadna pomyłka, panie Delcourt – rzekł Mistrz Lenoir głośno i wyraźnie, by wszyscy zgromadzeni pod kryształowymi żyrandolami mogli usłyszeć każde słowo. – Antoine Vallier, twórca całego imperium, nie żyje od trzech dni. Ale przed śmiercią sporządził testament. W świetle prawa i na mocy decyzji rady nadzorczej, siedemdziesiąt procent akcji Vallier Group – oraz pełna własność tej posiadłości, w której właśnie urządzają państwo urodziny – nie należy do firmy, ani do panów dyrektorów. Należy do jedynej spadkobierczyni i wnuczki Antoine’a Valliera. Do pani Élise Moreau.
W salonie rozległ się jeden wielki, zbiorowy wdech.
Marc cofnął się gwałtownie, a jego twarz stała się popielatoszara. – Wnuczka…? Przecież ona… ona pochodzi z prowincji, pracowała w bibliotece, kiedyśmy się poznali!
– Bo wybrała życie z dala od wielkiego świata i egoistycznych ludzi, panie Delcourt – odpowiedział chłodno prawnik. – Wybrała pana, wierząc, że kocha ją za to, kim jest. A pan… sprzedał jej pierścionek, żeby opłacić studia, a potem wyrzucił ją na deszcz z własnego domu, bo myślał, że jest nikim.
Élise nie płakała. Nie uniosła głosu. Spojrzała na czarne pudełko, potem na portret Clary wiszący nad kominkiem, a na końcu na swojego wciąż zszokowanego, wiarołomnego męża.
Powoli puściła rękę Julesa, podeszła do stolika kawowego, wzięła do ręki papiery rozwodowe, które Marc przygotował z taką łatwością przed chwilą, i podpisała je własnym piórem. Następnie położyła je z powrotem na blacie, tu obok tabliczki z napisem WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, CLARA.
– Papiery są już podpisane, Marc – powiedziała Élise, a jej głos brzmiał teraz tak potężnie, że wszyscy goście odruchowo cofnęli się o krok. – Chciałeś rozwodu? Masz go. Ale dom, w którym stoimy, należy do mnie. Podobnie jak kontrakty twojej firmy, pensja, którą pobierasz, i krzesło, na którym siedzisz.
Gérard Beaumont gwałtownie upuścił szklankę z szampanem, która roztrzaskała się na podłodze. Zrozumiał, że imperium, na które liczył dla swojej córki, właśnie przestało istnieć.
Élise wzięła klucz z rąk Mistrza Lenoir, zamknęła aksamitne pudełko i spojrzała na swoich synów.
– Chłopaki – powiedziała z ciepłym, prawdziwym uśmiechem. – Zabieramy walizki. Czas wracać do domu.
Bez słowa wyjaśnienia, nie oglądając się za siebie na zrujnowanego Marca i płaczącą z wściekłości Clarę, Élise wyszła przez drzwi willi, zostawiając za sobą całe ich kłamliwe życie, by wreszcie zacząć na własnych warunkach.